Ekspert o działaniach rządu: To polityka zarządzania strachem. Buduje w ludziach potencjał do agresji

Rząd może nie mieć rozwiązania dla kryzysu na granicy, ale ma rozwiązanie na to, jak zbijać na nim polityczny kapitał - zarządzanie strachem. Migranci są dehumanizowani i przedstawiani jako zagrożenie. To nie tylko może budować poparcie dla władzy i uzasadniać niehumanitarne działania wobec tych ludzi, ale też tworzyć powody do stosowania specjalnych środków.
Zobacz wideo Kurd z Iraku: Białoruska policja zmusza nas do przecinania drutu na granicy z Polską

Służby "odpierają szturm", rząd "zatrzymuje falę" i "broni Europy" czy nawet chrześcijaństwa. Po drugiej stronie jest "fala", "narzędzia w ręku Łukaszenki", "nielegalni imigranci", "presja migracyjna", potencjalni "terroryści". Na zdjęciach — widoczny z góry lub z oddali tłum, w którym trudno rozróżnić pojedyncze osoby. Władza broni przez zagrożeniem, a jeśli odbiera wolności — to w imię bezpieczeństwa. 

Te działania polskiego rządu w sprawie sytuacji na granicy z Białorusią nie są przypadkowe — i nie są nawet nowe. Dokładnie w takich sposób działają opisywane przez naukę zjawiska zarządzania strachem i sekurytyzacji (od angielskiego securitization; security — bezpieczeństwo).

Sekurytyzację można rozumieć jako proces wprowadzania definicji zagrożeń do szerszej świadomości społecznej i uruchamiania nadzwyczajnych środków bezpieczeństwa, które mają się z tymi zagrożeniami uporać. Możemy sekurytyzować — czyli przedstawiać jako zagrożenie — wszystko, przy pomocy odpowiedniego języka. Czy to migrację, czy szczepionki na COVID-19, czy każdą mniejszość, jak np. społeczność LGBT

— tłumaczy badający to zjawisko dr Maciej Stępka z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Jest to — dodaje — niebezpieczne działanie, które "pozwala nasycić debatę publiczną różnymi rodzajami strachu i niepokoju". Ściśle powiązana jest z nim polityka zarządzania strachem. — To zjawisko znane szczególnie wśród badaczy ruchów populistycznych. Polega na budowaniu poczucia zagrożenia, ryzyka i niepewności. Najczęściej na bazie resentymentów wobec jakichś grup, "obcych" wszelkiej maści — powiedział i dodał:

Politykę zarządzania strachem wykorzystuje się najczęściej, by uzyskać poparcie wśród wyborców, lub żeby objąć ścisłą kontrolę nad jakimś obszarem życia społecznego — np. migracją. To jest mocno związane także ze zjawiskiem sekurytyzacji.

Więcej wiadomości znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl 

Granice strachu 

Te zjawiska nie są nowe i w Polsce obserwowaliśmy je już wcześniej, szczególnie w czasie kryzysu uchodźców w 2015 roku. O tym jednak później. Najpierw przyjrzymy się, jak wygląda zarządzanie strachem w ostatnich miesiącach w związku z tym, co dzieje się na granicy Polski i Białorusi. 

Sytuacja na granicy Białorusi z Polską (oraz Litwą i Łotwą) zaczęła się około połowy tego roku, choć zapowiedzi tego pojawiały się już wcześniej. W debacie publicznej w Polsce zaczęła być mocno obecna około sierpnia, wraz push-backiem uchodźców w Usnarzu i powstaniem tam obozowiska. Na początku września wprowadzono stan wyjątkowy, co usunęło media i organizacje pozarządowe od granicy i sprawiło, że w dużej mierze (choć nie w całości) relacje opierają się na materiałach polskich służb i rządu. 

— Kiedy mówimy o migracji w kategoriach zagrożenia, to politycy lub inny ważni aktorzy życia społecznego automatycznie uruchamiają różnego rodzaju działania np. prawne, które pozwalają przejmować kontrolę. Przykładem tego, jak może to działać, jest obecny stan wyjątkowy. Państwo — w imię bezpieczeństwa — obejmuje absolutną kontrolę nad danym obszarem, wykluczając media, organizacje pozarządowe, ogranicza możliwość przemieszania się — powiedział dr Stępka. 

Choć niezależne relacje (np. od aktywistów lub dziennikarzy, którzy wyjechali do strefy) pojawiają się w przestrzeni publicznej, to ograniczenia sprawiają, że dominująca na polu informacji jest władza. Wielu z jej twierdzeń nie da się niezależnie zweryfikować. I wykorzystuje to do zarządzania strachem. Najbardziej jaskrawym przykładem była konferencja ministrów Mariusza Błaszczaka i Mariusza Kamińskiego, gdzie przedstawiano osoby szukające schronienia w Europie jako pedofilów, zoofilów, terrorystów i agentów Moskwy. 

— Niesławna konferencja ministrów Kamińskiego i Błaszczaka była niesłychanie nieodpowiedzialnym podejściem do tematu. Mogło wydawać im się, że rządzący znaleźli wątek, który wzmocni ich narrację i przekona opinię publiczną do proponowanych rozwiązań na granicy. Ale wbrew zapowiedziom nie było żadnego ciągu dalszego i widać, że ten ruch się nie udał. Ta konferencja była bardziej krytykowana niż wzbudzająca poparcie — ocenił ekspert.

Uchodźcy bez twarzy 

Przykłady dehumanizującej, wzbudzającej strach narracji widać nie tylko w tej konferencji, ale też codziennej komunikacji rządu i podległych mu służb. Powszechnie — nie tylko przez polityków, ale i przez media — używane takie słowa jak "fala", "napór". Na wielu zdjęciach i nagraniach publikowanych przez służby widać migrantów z daleka (lub z góry), tak, że stanowią bezimienny tłum. Kontrastem do tego jest to, jak o migrantach mówią organizacje pozarządowe — np. starającą się pomóc Afgańczykom z Usnarza Fundacja Ocalenie mówiła o konkretnych osobach, wymieniając je z imienia. 

— Aby efektywnie sekurytyzować migrantów, najlepiej przedstawić ich w kategoriach jednolitej, bezosobowej masy. Czegoś, co nam zagraża, czegoś, co nas atakuje. Nie widzimy wtedy konkretnych ludzi i ich tragedii. To coś, co jest konsekwentnie powielane przez kanały rządowe i część mediów. A gdy nie widzimy ludzi, o wiele łatwiej jest nam zaakceptować ich śmierć — powiedział dr Stępka.

Bardzo ciekawe jest, jakie informacje i materiały są pokazywane w internecie przez polskie służby. Bardzo wyraźnie widać narrację sekurytyzacyjną, czyli "masę" migrantów, którzy "atakują" granicę. To obrazy, które wzmagają niepokój. Czyli służby, które mogłyby łagodzić strach — często wzniecają go w sposób bezpośredni i instrumentalny. Deklaracja rzeczniczki SG o możliwości użycia broni palnej wobec migrantów-cywilów wcale tutaj nie pomaga. A w strefie stanu wyjątkowego nie ma mediów, które mogłyby pokazać inny obraz 

- stwierdził i dodał: - Tymczasem Łukaszenka pozwala zachodnim dziennikarzom robić materiały po swojej stronie granicy. Przez to jest w stanie efektywniej narzucić swoją narrację.

Eskalacja sytuacji przez Białoruś w listopadzie — sprowadzenie dużych grup migrantów w okolice przejścia granicznego w Kuźnicy, agresywne zachowania białoruskich funkcjonariuszy — doprowadziły do dalszej eskalacji polityki strachu ze strony polskiego rządu. Przykładem może być np. decyzja ministra edukacji Przemysława Czarnka o tym, by w związku z tą sytuacją szkoły przy granicy z Białorusią mogły przechodzić w tryb nauki zdalnej — dotąd będący narzędziem w walce z pandemią. To może sugerować zagrożenie dla dzieci, choć rząd żadnych konkretnych informacji o takich rzekomych zagrożeniach nie podał. 

Postępuje także sekurytyzacja tej sytuacji — rząd chce wprowadzać specjalne środki dające mu większą kontrolę, poprzez procedowaną w Sejmie zmianę ustawy o ochronie granicy. Przewiduje ona nowe, większe uprawnienia dla Straży Granicznej i rządu, w tym ograniczanie swobody przemieszania się, działalności mediów. Wprowadza ograniczenia podobne jak te ze stanu wyjątkowego, jednak poza ujętą w konstytucji procedurą. 

Dehumanizacja to droga do przemocy

Polityka zarządzania strachem może przynosić polityczne zyski, ale ma bardzo realne i groźne konsekwencje — dla migrantów (tych na granicy i tych mieszkających od dawna w Polsce) oraz osób, które nie wpisują się w tę narrację i np. pomagają uchodźcom. Po antyuchodźczej kampanii PiS-u i innych partii prawicowych w 2015 roku wzrosła agresja i przemoc wobec cudzoziemców w Polsce. 

Poza dehumanizującym językiem wobec migrantów, podobne mechanizmy są stosowane w stosunku do tych, którzy im pomagają (np. medyków, wolontariuszy), czy po prostu nie popierają działań rządu. Takim osobom odbiera się (w warstwie języka) ich prawo do uznawania się za część polskiego społeczeństwa — są "zdrajcami", "agentami" czy w najlżejszym przypadku "pożytecznymi idiotami". "Karmienie, pocieszanie, koncertowanie, podbudowanie morale AGRESORÓW, dosyłanie im wiktu i opierunku, to OCZYWISTA ZDRADA państwa polskiego przez OCZYWISTYCH ZDRAJCÓW! To wzmocnienie ich PRZECIW Polsce, PRZECIW naszym OBROŃCOM ! Polsko,zrób coś z tym ! Zdrajcy,PRECZ z Polski !" - pisała sędzia Trybunału Konstyucujnego i wieloletnia posłanka PiS Krystyna Pawłowicz (pisownia oryginalna).

— Ta polityka zarządzania strachem, którą mamy od 2015 roku, wywołuje radykalizację dyskursu politycznego. Teraz migranci są przedstawiani jako zoofile, pedofile, agenci Putina, wszystko, co najgorsze. To buduje w ludziach potencjał do agresji. I czasem ta agresja jest wypuszczana -stwierdził dr Stępka.

Przykłady przemocy i agresji pojawiają się coraz częściej. Grupa Medycy na granicy informowała o tym, jak osoby w mundurach i z bronią (MON zaprzeczyło, że byli to żołnierze) spuścili im powietrze z opon karetki. Kilka dni później, nieustaleni na razie sprawcy, wybili szyby w ich samochodach. Grupa Granica poinformowała też o małżeństwie z Iraku oraz Syryjczyku, którzy zostali pobici i obrabowani w okolicach Hajnówki. 

— Najgorsze jest instytucjonalizowane tej agresji, co już powoli się dzieje. Słyszymy relacje organizacji pozarządowych na ten temat — powiedział ekspert.

W tym tygodniu trzech fotoreporterów zostało zatrzymanych i — jak relacjonuje Press Club Polska — zaatakowanych przez agresywnych żołnierzy. Ministerstwo Obrony zaprzeczyło, jakoby wojskowi byli agresywni i stwierdziło, że reporterzy "nie mieli oznaczeń", a do tego żołnierze "pełnią służbę w warunkach eskalacji napięcia". Na udostępnionym przez dziennikarzy nagraniu słychać, jak żołnierz krzyczy: "wysiadać kur**a z samochodu", "wysiadaj albo cię wysadzę", "won".

Doraźna polityka zarządzania strachem może mieć nie tylko doraźne, ale i długofalowe negatywne skutki. Widać to właśnie m.in. we wzroście przemocy i przestępstw rasistowskich po 2015 roku. 

— W tym kontekście niebezpiecznym ruchem jest też rosnący biały europejski nacjonalizm. Nacjonaliści i tego typu skrajne ruchy łączą się ze sobą i współpracują. Do tego nierzadko są wspierani przez Rosję — podkreślił ekspert.

Więcej o: