Był na wojnach w Afganistanie, Iraku, Ukrainie... O trosce rządu o zdrowie dziennikarzy mówi: "obłuda"

- Jest ewidentne, że nikomu nie chodzi o bezpieczeństwo dziennikarzy. Chodzi o bezpieczeństwo rządu - tak o ograniczaniu dostępu mediów do granicy z Białorusią mówi Gazeta.pl Marcin Ogdowski, dziennikarz i korespondent wojenny. Kiedy był na wojnie w Afganistanie czy Iraku, nikt tak się o jego bezpieczeństwo nie obawiał.

- Co mogłoby mi się stać na granicy? Gdybym miał pecha, oberwałbym kamieniem. W najgorszym razie ktoś zdzieliłby mnie w twarz albo poczęstował kopniakiem. Mówimy więc o ryzyku jak na większości tak zwanych marszów niepodległości w Warszawie, których jakoś nikt nie zamykał dla dziennikarzy - stwierdza były korespondent wojenny, dziennikarz "Przeglądu" i autor bloga "bezkamuflażu.pl".

Więcej informacji na temat sytuacji na granicy można znaleźć na stronie głównej Gazeta.pl

Zobacz wideo

Narracja o groźnych i zagrożonych dziennikarzach

Dostęp dziennikarzy do granicy z Białorusią został zamknięty wraz z wprowadzeniem drugiego września stanu wyjątkowego. Wcześniej przedstawiciele rządu i koalicji rządzącej wielokrotnie krytykowali część polskich mediów za to, w jaki sposób relacjonują kryzys. Zwłaszcza sytuację wokół obozu migrantów w pobliżu Usnarza Górnego. 24 sierpnia minister obrony Mariusz Błaszczak mówił między innymi, porównując sytuację w Polsce i na Litwie: "Problemem jest to, że Straż Graniczna i Wojsko Polskie zostało zaatakowane przez niektóre media i przez polityków totalnej opozycji".

Po fali krytyki za uniemożliwienie dostępu do granicy pojawiła się narracja, że władza dba o bezpieczeństwo. - Na Boga, proszę was o odpowiedzialność. Proszę, nie róbcie z rzeczy poważnych, niezwykle poważnych jakiegoś zagadnienia polityczno-medialnego. Naprawdę nie rozumiem. Powołuje się pan na przykłady, że armia amerykańska dopuszcza korespondentów. Ale my nie jesteśmy na wojnie. Nawet na wojnie tym bardziej są licencjonowani korespondenci, którzy znajdują się pod bezpośrednią ochroną – mówił pod koniec września szef MSWiA Mariusz Kamiński i podkreślał, że chodzi o bezpieczeństwo dziennikarzy. Taka narracja jest kontynuowana. 14 listopada premier Mateusz Morawiecki stwierdził: "Dziś sytuacja jest na tyle napięta, że w przypadku przerwania kordonu wzdłuż granicy, dziennikarze byliby narażeni na bezpośrednie zagrożenie zdrowia i życia".

- Argument o dbaniu o bezpieczeństwo dziennikarzy jest obłudny i absurdalny, żeby nie powiedzieć głupi - uważa Ogdowski, który był między innymi na wojnach i w rejonach konfliktu w Afganistanie, Kenii, Iraku, Libanie czy na Ukrainie i w Ugandzie. - Dla mnie to ewidentne, że władzom nie chodzi o bezpieczeństwo dziennikarzy, a o bezpieczeństwo rządu - dodaje.

Anna Michalska, rzeczniczka Straży GranicznejRzeczniczka SG o sytuacji na granicy: Jeśli będzie trzeba, użyjemy broni

Ryzyko wpisane w zawód

Ogdowski przypomina, że kiedy polskie wojsko było na wojnach w Afganistanie i Iraku, to jeździło tam wielu polskich dziennikarzy. Część żyła tygodniami i miesiącami z polskimi żołnierzami. - W Iraku jeździłem w teren Honkerami, które z odpornością na pociski czy miny nie mają nic wspólnego. I nikt się tym zbytnio nie przejmował. Przed wylotem z kraju odbyłem szkolenie, podpisałem dokument, że jak coś się stanie, to MON nie poniesie odpowiedzialności, i tyle - opisuje Ogdowski. - W Afganistanie codziennością były zasadzki, potyczki, a po drogach gęsto rozstawione improwizowane ładunki wybuchowe. Ewidentne zagrożenie życia. Nawet Rosomaki czy MRAP-y (specjalne pojazdy minoodporne - red.) nie dawały gwarancji, a jakoś nikt nie miał problemu z tym że dziennikarze jeżdżą na patrole razem z żołnierzami - dodaje.

Ryzyko jest z zasady wpisane w pracę dziennikarza, który decyduje się na wyjazd na wojnę czy w strefę konfliktu. Nikt do tego nie przymusza, jest to decyzja niezależna i pociągająca za sobą oczywiste konsekwencje.

W obecnej sytuacji zdaniem Ogdowskiego nie ma żadnych obiektywnych argumentów przemawiających za tym, że rejon w pobliżu granicy z Białorusią jest nadzwyczaj niebezpieczny. Bardziej niż Afganistan czy Irak. Jedynym co przemawia za uniemożliwianiem i utrudnianiem pracy mediów w pobliżu granicy, jest kalkulacja polityczna.

- Ten zakaz ma uchronić władzę przed wpadkami wizerunkowymi, które by się niekorzystnie odbiły na sondażach PiS. No i ta władza ma wpisaną w DNA niechęć wobec niezależnych mediów i dziennikarzy, więc jak ma możliwości i narzędzia, to utrudnia im działanie - stwierdza były korespondent. - Gdyby na granicę pojechali niezależni dziennikarze, szybko by się okazało, czym naprawdę jest ten kryzys. Żadnym śmiertelnym zagrożeniem dla państwa polskiego, które usprawiedliwiałoby niehumanitarne traktowanie ludzi - dodaje.

APTOPIX Migration Poland BelarusPogrzeb Ahmeda - uchodźcy, który zginął na granicy z Białorusią

Jakiś dostęp ma być, ale na specjalnych warunkach

Dostęp mediów do granicy stanie się teoretycznie ponownie możliwy wraz z wygaśnięciem stanu wyjątkowego ostatniego dnia listopada. Dalej nie można go przedłużać. Wobec tego rząd pracuje nad nowym rozwiązaniem. W poniedziałek kancelaria premiera opublikowała projekt nowelizacji ustawy o ochronie granic. Przy okazji stwierdzono:

Nowe przepisy mają zapewnić skuteczność działań podejmowanych przez Straż Graniczną, aby chronić granicę w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa państwa lub porządku publicznego. Poprawi się również bezpieczeństwo samych funkcjonariuszy SG, a w obszarze przygranicznym – na specjalnych zasadach – będą mogli pracować dziennikarze

O zasadności takich obostrzeń po wygaśnięciu stanu wyjątkowego pisaliśmy już wcześniej.

W nowych przepisach ma być określone, że to Straż Graniczna będzie miała możliwość wydawania specjalnych pozwoleń dla mediów do działania bezpośrednio przy granicy. Na jakich konkretnie zasadach jeszcze nie wiadomo. Premier Mateusz Morawiecki wspominał też o pomyśle utworzenia specjalnego "ośrodka" dla dziennikarzy w pobliżu granicy, gdzie mogliby pracować znacznie bliżej miejsca wydarzeń, choć nie swobodnie.

To wszystko jednak przyszłość. Na razie bardziej otwarty na działanie mediów jest nawet autorytarny reżim Aleksandra Łukaszenki, który w ciągu ostatniego tygodnia znacznie ułatwił dostęp do granicy ze swojej strony. Skorzystał z tego cały szereg redakcji mediów zachodnich. W tym CNN, BBC czy "New York Times", których dziennikarze relacjonowali i nadal relacjonują wydarzenia na granicy z terytorium białoruskiego. Obok nich działa liczne grono pracowników mediów państwowych Białorusi i Rosji, starając się kreować przekaz o brutalnych Polakach traktujących migrantów w sposób niehumanitarny.

Zobacz wideo
Więcej o: