Po śmierci Izy kobiety zabierają głos. "Przez dwa miesiące czekaliśmy, aż dziecko umrze"

"Taki mamy klimat, aborcji się nie robi" - takie słowa usłyszała od lekarki jedna z bohaterek materiału Katarzyny Sławińskiej w "Faktach TVN". Dziewczyna otarła się o śmierć. Pękł jej jajowód. Po śmierci 30-letniej Izy wiele Polek ośmieliło się opowiedzieć głośno o swoich przeżyciach. Dramat przeżywają też lekarze, którzy często chcieliby pomóc, ale boją się odpowiedzialności karnej.
Zobacz wideo Jacek Ozdoba o antyaborcyjnej akcji Kai Godek

Pod koniec września w szpitalu w Pszczynie zmarła 30-lenia Izabela, gdzie została przyjęta w 22. tygodniu ciąży, po odejściu płynów owodniowych. "W toku hospitalizacji płód obumarł. Po niespełna 24 godzinach pobytu w szpitalu zmarła także pacjentka" - poinformowała radczyni prawna Jolanta Budzowska. Zmarła, bo - jak wskazała pełnomocniczka jej rodziny - lekarze "przyjęli postawę wyczekującą". Doszło do zakażenia i wstrząsu septycznego. Iza była świadoma zagrożenia. Jej mama pokazała dziennikarzom m.in. ostatnie wiadomości, jakie otrzymywała od córki przed śmiercią.

"Zaczekają, aż umrze lub coś się zacznie, a jeśli nie to extra mogę spodziewać się sepsy. Bo przyśpieszyć nie mogą. Musi albo przestać bić serce, albo się coś zacząć" - brzmi jedna z wiadomości przytoczonych w programie "UWAGA! TVN"

>>> O sprawie więcej piszemy TU <<<

Wiadomość o śmierci Izabeli spowodowała manifestacje w całej Polsce. W Warszawie demonstracja odbyła się przed siedzibą Trybunału Konstytucyjnego. "Jej serce ciągle biło", "Piekło kobiet", "Jej śmierć to ich wina", "Prawa kobiet prawami człowieka" - transparenty z takimi hasłami przynieśli demonstranci.

Mama Izabeli z Pszczyny w rozmowie z francuską gazetą: Poszła do szpitala w dobrej formie"Jestem kobietą, której aborcja uratowała życie"

"Przez dwa miesiące czekaliśmy, aż dziecko umrze"

Dramat Izabeli i jej rodzinny spowodował, że wiele kobiet zaczęło otwarcie mówić o swoich strasznych przeżyciach. Zbiera je m.in. Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

Mimo stwierdzenia wad letalnych płodu nie można było nic zrobić, przez dwa miesiące czekaliśmy, aż dziecko umrze. Jeden z lekarzy mówił, że jest mu po prostu wstyd za to, że nie może nic zrobić

- mówi anonimowo jedna z kobiet w materiale, który ukazał się w "Faktach" na antenie TVN. W felietonie Katarzyny Sławińskiej opisany został także przypadek pani Agnieszki, której lekarze odmówili usunięcia ciąży pozamacicznej, tłumacząc, że "taki mamy klimat, aborcji się nie robi". Kobiecie pękł jajowód. Ledwo przeżyła. Dramatyczna sytuacja spotkała również panią Ulę, której powiedziano, że będzie lepiej jak płód, "szybko umrze". Były to ciąża bliźniacza. Płody leżały zrośnięte brzuchami. 

Podejście do kobiet jest na takiej zasadzie, że kobieta jest na ostatnim miejscu. Liczy się tylko płód

- uważa Kamila Ferenc z Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Jak jednak podkreśla autorka materiału, ofiarami są nie tylko kobiety, ale i lekarze, którzy pracują pod ogromną presją odpowiedzialności karnej. 

Jak można mówić, że tutaj nie ma presji politycznej, jeżeli my, włączając telewizor, codziennie słyszymy o zaostrzaniu ustawy, o karach więzienia, restrykcjach, represjach

- zaznacza prof. Marzena Dębska z Uniwersyteckiego Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. - Ta asekuracja przed odpowiedzialnością, przed stawianiem zarzutów, jest na pewno z tyłu głowy każdego lekarza - dodaje prof. Mariusz Zimmer, prezes Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników. 

Protest po śmierci 30-letniej IzabeliDziennikarka usłyszała od lekarki: Nikt nie będzie się rzucał na zdrową ciążę

Dziennikarka usłyszała od lekarki: Nikt nie będzie się rzucał na zdrową ciążę

Swoją dramatyczną historią podzieliła się także dziennikarka Onet.pl Alicja Wirwicka. Dziennikarka była w środę wieczorem gościem "Faktów po faktach" na antenie TVN24. Jej ciąża była od początku skomplikowana. 

30 lipca karetka zawiozła mnie do szpitala. Okazało się, że niestety wody odeszły.  Odejście wód, jeśli jest przedwczesne, z reguły kończy się śmiercią dziecka. I w moim przypadku wyglądało to tak, że przy pierwszym USG na izbie przyjęć serce (płodu - przyp. red.) biło. I to jest taki moment, kiedy wbrew logice, wbrew wszystkiemu, w głowie pojawia się myśl, że jest jeszcze nadzieja

- mówiła. Jak relacjonowała, pani doktor szybko jej powiedziała, że bez wód płodowych nie ma szans na przeżycie dziecka.

Jej utrzymanie byłoby niebezpieczne nie tylko dla dziecka, które właściwie od razu jest skazane na pewne wady wrodzone, ale dla mnie samej, jako kobiety, mogłoby się to skończyć bezpłodnością, a nawet śmiercią

- mówiła. Jak dodała, personel szpitala, zajął postawę "wyczekującą". Lekarką zadzwoniła do ordynatora. 

Ona mówiła: Ale pani (Alicja Wirwicka - przyp. red.) ma bezwodzie całkowite. Nie ma żadnych szans. Po chwili powiedziała: dobrze, ok i się rozłączyła. Odwróciła się do mnie i powiedziała: położymy panią na oddziale i poczekamy. Kiedy ja zaczęłam drążyć, co dalej będzie się działo [...], ona powiedziała: Wie pani co, nikt nie będzie się rzucał na zdrową ciążę. Nikt tego z nas nie zrobi

- relacjonował dziennikarka. Alicja Wirwicka zapytana, co chciałaby przekazać kobietom w podobnej sytuacji, zaapelowała o odwagę.

Żeby potrafiły stanąć i powiedzieć głośno albo za pośrednictwem mediów. Ważne, żeby takie sytuacje nagłaśniać, żeby pokazywać takie dramaty

- przekonywała na antenie TVN24.

Więcej o: