Ciemność. Opowieść o uratowanej kurdyjskiej rodzinie

Sześcioosobowa kurdyjska rodzina kilkunastokrotnie była przepychana między Polską a Białorusią. Z ich relacji wynika, że matka dzieci miała zostać wypchnięta z Polski, trzymając na rękach noworodka. Dzięki współpracy polskich i białoruskich aktywistów rodzina znalazła schronienie na Białorusi, a życie dziecka udało się uratować. Ich historię opowiada Joanna - jedna z aktywistek.

Od 2 września w przygranicznym pasie z Białorusią obowiązuje stan wyjątkowy. Obejmuje 183 miejscowości. Rząd uzasadnia konieczność utrzymywania stanu wyjątkowego sytuacją na granicy z Białorusią, gdzie reżim Alaksandra Łukaszenki prowadzi wojnę hybrydową.

W związku nasilającą się presją migracyjną rząd zdecydował się na nowelizację ustawy o cudzoziemcach. Prawo zakłada, że każdy cudzoziemiec, który został zatrzymany niezwłocznie po nielegalnym przekroczeniu granicy zewnętrznej UE (z Rosją, Białorusią i Ukrainą), decyzją komendanta placówki Straży Granicznej będzie zobowiązany do opuszczenia terytorium RP i objęty czasowym zakazem wjazdu do Polski i państw Strefy Schengen.

Zobacz wideo "Prawie nic już nas nie różni od białoruskiego reżimu. Czasami rzeczywistość jest czarno-biała, a granica między dobrem i złem wyraźna"

Straż Graniczna przyznaje, że stosuje procedurę wypychania (push-backów) imigrantów także wobec rodzin z dziećmi. Jedna z takich kurdyjskich rodzin kilkunastokrotnie została przepchnięta przez polską granicę. Dzięki współpracy aktywistów udało się ją uratować i znaleźć schronienie na Białorusi. Na prośbę polskiej aktywistki Joanny rodzinę przyjęła pod swój dach Swietłana - białoruska działaczka.

Więcej informacji o sytuacji na polsko-białoruskiej granicy przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl.

***

Saman ma osiem lat. Uwielbia rysować. Teraz koloruje u Swietłany przy stole. Robi to w milczeniu. Stara się nie patrzeć na nikogo. Ukrywa twarz, zgarniając włosy tak, aby jak najmniej było ją widać. Rysuje las, gęste drzewa i zwierzę podobne do wilka. Za każdym razem, kiedy kończy rysunek, bierze czarną kredkę i zamalowuje całość na czarno, odwraca kartkę i koślawymi literkami pisze D A R K (ciemność - przyp.red.).

David skończył pięć lat. Chłopiec kocha ciężarówki i mówi, że gdy dorośnie, będzie kierowcą największej ciężarówki na świecie. Będzie to robił koniecznie na Alasce. Dlaczego? Bo tam nie ma złych ludzi. Jest dużo śniegu i są niedźwiedzie. Niedźwiedzie na pewno zjadły wszystkich złych ludzi.

Rahab ma dwa i pół roku. Swietłana mówi o niej "milcząca mała księżniczka". Najczęściej siedzi u ojca na kolanach i kurczowo trzyma go za szyję. Nie odzywa się. Gdy tylko zamknie oczy, zrywa się z krzykiem. Nie opuszcza taty na krok. Nie oderwała się od niego nawet gdy lekarz próbował ją zbadać, podając z uśmiechem piękną lalkę.

Layla urodziła się 21 października 2021 roku o godz. 3:53 w przygranicznej puszczy pod drzewem. Swietłana nazywa ją maleńkim aniołkiem. Od urodzenia walczy z zapaleniem płuc. Ciepły dom i troska Swietłany uratowały jej życie.

Rodzeństwo Layli wie już, że jak tylko ktoś puka do domu, muszą zabrać zabawkę i po cichutku zejść do pokoju w piwnicy. Stamtąd wychodzą zlęknione, jakby bały się, że kolejny raz znajdą się w lesie.

Rodzina przebywa u Swietłany od prawie dwóch tygodni. Ich traumy nie ustępują. Dzieci nadal boją się zrobić siusiu, bo wtedy chce się pić, a wody może zabraknąć. Z okien salonu Swietłany widać las, dlatego zasłony muszą pozostać spuszczone. W przeciwnym razie w dzieciach odżywają koszmary.

Oprócz lasu bardzo boją się psów. Swietłana, chcąc przełamać ten lęk, wpadła na pomysł, by podarować im malutkiego pieska. Tłumaczyła, że zwierzę, gdy dorośnie, będzie ich najlepszym przyjacielem. Gdy postawiła psa przed nimi, Rahab zmrużyła oczy i zmarszczyła czoło. Spojrzała na kobietę wielkimi oczami i zaczęła krzyczeć po polsku: Kur*a, idź! Bierz!

To są sekundy, gdy twarz Rahab nagle zmienia się. Wracają do niej demony. W ciągu zabawy powtarza słowa, które słyszała wiele razy. To przekleństwa, które kierowali do dzieci polscy pogranicznicy.

DLOBIBat na uchodźców. Prezydent Duda podpisał nowelę ustawy o cudzoziemcach

Matka dzieci nie reaguje na otoczenie. Pobyt w lesie i dziesiątki push-backów sprawiły, że zachowuje się jak nieobecna. Zje, gdy się ją nakarmi. Pójdzie do toalety, gdy się ją tam zaprowadzi. Gdy dzieci przytulają się do niej, ona patrzy tylko w dal. Reaguje tylko, gdy mąż przystawia jej do piersi malutką Laylę.

Ojciec mówi, że w najgorszych snach nie spodziewał się, że ich wyprawa do Europy skończy się tragicznie. Wcześniej pracował jako inżynier, tworzyli szczęśliwą rodzinę. Ich życie zmieniła wojna. W zamachach przeprowadzanych przez ISIS stracił siostrę. Jako Kurdowie nie mogli czuć się w Syrii bezpiecznie. Chciał zapewnić swoim dzieciom lepszą przyszłość. Tylko to dla niego liczyło się zawsze - rodzina. Skorzystał z oferty jednego z biur podróży. I tak trafili do białoruskiego lasu.

"Piszą do nas ludzie zamknięci w przygranicznym piekle"

Rodzinę przygarnęła pod swój dach pochodząca z Białorusi Swietłana. Pomogła jej w tym Joanna. Aktywistka od lat pomaga dzieciom w regionach dotkniętych klęską humanitarną. Do prowadzonej przez nią organizacji pozarządowej od dwóch miesięcy piszą imigranci, którzy utknęli między Polską a Białorusią.

Joanna otrzymuje krótkie wiadomości. Wszystkie przepełnione bólem. "Nie jedliśmy nic od sześciu dni", "Moje dzieci umierają", "Błagam, uratuj moje dzieci". Są ich setki.

- Piszą do nas ludzie zamknięci w przygranicznym piekle. Proszą o pomoc. Mówią, że ich dzieci są głodne, nie mają co pić. Jako aktywiści nie możemy patrzeć na to biernie. Dlatego razem z Fundacją Ocalenie, Grupą Granica, a także z grupami międzynarodowymi, które od 2015 roku pomagają imigrantom na całym świecie, stworzyliśmy sieć pomocową - mówi Joanna (na jej prośbę nazwisko do wiadomości redakcji).

- Jeżeli te osoby przejdą polską granicę, wysyłają nam pinezkę ze swoją lokalizacją. Staramy się wówczas zorganizować pomoc, na ile to legalne i możliwe. Zdarza się, że także mieszkańcy strefy informują nas o imigrantach, którzy potrzebują pomocy. Tak dowiedziałam się o kurdyjskiej rodzinie z trójką dzieci. Małżeństwo z Podlasia znalazło ich w lesie. Dzieci były przerażone, głodne i zmarznięte. Ich matka właśnie urodziła córeczkę - kontynuuje.

Michałowo. Uchodźcy pod placówką SG błagają, żeby nie wywozić ich na BiałoruśGdzie są dzieci z Michałowa? Dwoje z nich miało trafić do Niemiec

Mieszkańcy, którzy znaleźli rodzinę, nie potrafili porozumieć się z imigrantami. Zwrócili się do Joanny z prośbą o pomoc. - Na miejscu zjawiła się Straż Graniczna, by pomóc noworodkowi. Kilka godzin później ojciec dzieci przekazał aktywistom z innej grupy, że zostali wypchnięci za granicę. Okazało się, że pogranicznicy wypchnęli ich do lasu. Matkę z noworodkiem zostawili w zupełnie innym miejscu, niż jej męża i trójkę dzieci - tłumaczy aktywistka.

Wówczas dzięki długoletnim kontaktom Joanny i innych aktywistów udało się zorganizować dla rodziny pomoc po stronie Białorusi. Tak pojawiła się Swietłana. Pokonała 300 km, by dotrzeć pod granicę. Tam, przy wsparciu Joanny udało się jej znaleźć rodzinę i ukryć we własnym domu.

- Oni wciąż nie są bezpieczni. Gdyby wyszło na jaw, gdzie przebywają, byłby to dla Swietłany wyrok odsiadki w więzieniu politycznym, a dla rodziny wyrok śmierci. W polskim lub białoruskim lesie - podkreśla Polka.

W lesie przebywają setki dzieci. "Jedynie Taman ma siłę płakać"

Z wiadomości, które otrzymuje Joanna, wynika, że dzieci w lasach są setki. Każde połączenie wideo rozmowy ujawnia nowe tragedie.

"Jest mi zimno i jestem taka głodna" - Płacze sześcioletnia Taman, kiedy Joanna rozmawia chwilę z grupą, która znajduje się po białoruskiej stronie.

TamanTaman Materiały Fundacji A&A for Nigeria

Po chwili w kamerce pojawia się dwuletni Zaman. Chłopiec jest bez butów. Siedzi na folii na ziemi i posyła Joannie do telefonu rozbrajający uśmiech. Wtedy, jak mówi, jej serce pęka z rozpaczy, bo nie tam jest jego miejsce. Nie na zimnej ziemi. Nie w tym zimnym lesie tuż przy granicznych zasiekach.

- Ubrania dzieci są wilgotne, więc już ich nie grzeją, a jeszcze bardziej wychładzają ich ciała. Dzieci są apatyczne, zmęczone i przemarznięte. Jedynie Taman ma jeszcze siłę, żeby płakać. Pozostałe się nie ruszają, nie płaczą i nic nie mówią, jakby za wszelką cenę chciały zachować resztkę energii - relacjonuje aktywistka.

- Dajemy rodzicom instrukcje, żeby korzystali z tego, co daje natura. Taman i Zaman nie pili i nie jedli od sześciu dni. Każdego dnia są przepychani z jednej strony na drugą. Tłumaczyłam ich rodzicom, by nad ranem dali im polizać oszronioną trawę i gałęzie. Bo to jest woda. To jedyny sposób, żeby całkowicie się nie odwodnić - zaznacza.

ZamanZaman Materiały przekazane fundacji A&A for Nigeria

Stan Zamana w ostatnich godzinach się pogorszył. Nie płacze i nie oddaje moczu. Jego rodzice błagają o pomoc. To wołanie w nicość.

Po stronie białoruskiej znacznie trudniej zorganizować pomoc. Miejscowi ludzi i aktywiści nie mogą działać legalnie, gdyż grozi im za to więzienie polityczne. Nikt nie odważył się spróbować dotrzeć do grupy, w której przebywają dzieci. 

Igrzyska śmierci na polsko-białoruskiej granicy. "Tej tragedii nie zamieciemy pod dywan"

- Na polskiej granicy w najlepsze trwają "Igrzyska Śmierci". Ludzie zamknięci w prawdziwym piekle od wielu dni tracą nadzieję, że w ogóle przeżyją - mówi Joanna. 

-  Cały czas próbuję wierzyć w to, że uda nam się te dzieci ocalić, choć z każdą minutą te nadzieje maleją. Staram się wierzyć w to, że pewnego dnia stanę przed Taman i ją, po prostu, przytulę oraz powiem, że już zawsze będzie bezpieczna - dodaje.

Oprócz Taman i Zamana w grupie, która od tygodnia nie jadła i nie piła, są także: ośmioletnia Resa, siedmioletni Rahand i dziewięcioletni Rawah. 

Zdjęcie grupy, w której znajdują się dzieciZdjęcie grupy, w której znajdują się dzieci Materiały otrzymane przez Joannę

Joanna, opowiadając tę historię płacze. Od tygodni praktycznie nie sypia. Widzi twarze dzieci, które nie są już dla niej anonimowe. Ostatni kontakt od rodziny Zamana i Taman otrzymała 3 listopada rano. Informowali o złej kondycji dzieci. Pisali, że deszcz padał na nich przez całą noc. To prawdopodobnie ostatnia wiadomość. Grupie rozładowuje się telefon.

O dramatycznej sytuacji dzieci została powiadomiona była prezydentowa - Jolanta Kwaśniewska.

- Tej tragedii nie zamieciemy pod dywan. Te wydarzenia zapiszą się niechlubną kartą historii naszego kraju - podkreśla aktywistka.

Więcej o: