"Medycy na Granicy": Wzywamy MSWiA i Straż Graniczną, aby podjęła z nami dialog

- Wzywamy MSWiA i Straż Graniczną, aby podjęła z nami dialog - powiedział Jakub Sieczko, z grupy "Medycy na Granicy". Lekarze i lekarki od ponad trzech tygodni pomagają uchodźcom przy granicy polsko-białoruskiej. Jak podkreślili medycy na konferencji, wszystkie prośby o wjazd do strefy stanu wyjątkowego spotkały się z odmową. - Nie mamy żadnej możliwości porozmawiania ze służbami państwowymi na poziomie centralnym - dodał Sieczko.

"Medycy na Granicy" zorganizowali konferencje prasową w Warszawie. Podczas spotkania z mediami zaapelowali do władz o dialog i pozwolenie na wjazd do strefy stanu wyjątkowego. - Wzywamy MSWiA i Straż Graniczną, aby podjęła z nami dialog - powiedział Jakub Sieczko, z grupy "Medycy na Granicy". Jak dodał: Nie mamy żadnej możliwości porozmawiania ze służbami państwowymi na poziomie centralnym.

- Przestrzeganie prawa jest podstawową zasadą naszej działalności i dopóki takiej zgody nie otrzymamy, to nasza grupa będzie poza strefą stanu wyjątkowego, pomimo narastającej w nas frustracji i bezsilności - podkreślił Sieczko. Lekarz zauważył również, że do strefy stanu wyjątkowego wjeżdżają ambulanse państwowego systemu ratownictwa medycznego. - Nie przekonuje nas więc argument, że nasz wjazd wiązałby się z niebezpieczeństwem - podkreślił na konferencji. 

Medycy od dwudziestu pięciu dni czekają na zgodę na wjazd do strefy objętej stanem wyjątkowym. Zgody na wjazd odmówiło najpierw MSWiA, a teraz - po raz kolejny - Straż Graniczna. W uzasadnieniu SG napisała: "udzielamy pomocy medycznej na bieżąco w ramach państwowego systemu ratownictwa medycznego każdej osobie, która tego wymaga". Wskazano także na "brak konieczności udzielania dodatkowego wsparcia w tym zakresie."

Nie zgadzają się tym "Medycy na Granicy". 

Na granicy polsko-białoruskiej rozgrywa się dramat, który widzieliśmy na własne oczy. To o czy wcześniej czytaliśmy w gazetach lub widzieliśmy w internecie, czy telewizji jest prawdą. Tam naprawę w lesie są dzieci, tam naprawdę w lesie są kobiety w ciąży. Tam naprawdę są ludzie, którzy umierają z zimna i głodu

- mówił Jakub Sieczko na konferencji. Podkreślił, że ratownicy są gotowi pomóc wszędzie, gdzie zostaną o to poproszeni. - System państwowego ratownictwa medycznego wymaga wzmocnienia i my takie wzmocnie i wsparcie oferujemy - zapewnił na konferencji.

Prezydent Andrzej Duda podczas wizyty w WilnieAndrzej Duda o kontrolach na granicy z Niemcami: Nie ma takiego sygnału

Medycy na Granicy: "Znajdujemy się zatem w miejscu, gdzie cierpią ludzie"

42 lekarzy, ratowników i pielęgniarek z grupy Medycy na Granicy od początków października pełnią na zmianę dyżury w specjalnym ambulansie. Działają przy strefie objętej stanem wyjątkowym, starają się pomóc osobom, którym udało się przekroczyć granicę z Białorusi do Polski. Pomagali już kilku dużym grupom. - Nasza baza znajduje się kilkaset metrów od granicy strefy stanu wyjątkowego. Znajdujemy się zatem w miejscu, gdzie cierpią ludzie, a my jako medycy nie możemy tam wjechać i udzielać pomocy - mówił na konferencji Jakub Sieczko. 

Medycy pracują więc poza granicą strefy.  -  Nasza grupa wyjechała już do kilkunastu zdarzeń, kilkunastu grup, które potrzebowały pomocy. Byli to pacjenci wychłodzeni i głodni. Kilku z nich znajdowało się w stanie bezpośredniego zagrożenia życia. Zostało im udzielona pomoc i zastali oni przewiezieni do szpitala - powiedział Sieczko. 

Karetka Medyków na Granicy"Najcięższa z interwencji" medyków. Pomocy potrzebowało 16 dzieci

"Najcięższa z interwencji" medyków

O tym, jak ciężka i trudna jest ich praca,  świadczy relacja z nocnej akcji, której opis Medycy Na Granicy zmieścili w środę w mediach społecznościowych. "Po północy nasz zespół otrzymał od organizacji pomocowej zgłoszenie o dużej grupie osób potrzebujących pomocy. Poszkodowani przebywali w lasach od wielu dni"- napisali. 

Zgłoszenie dotyczyło grupy ponad 30 osób przebywających poza strefą stanu wyjątkowego. Na miejsce pojechała też Anna Borkowska (lekarka), która miała zacząć swój dyżur o 8:00, ale przebywała już w naszej bazie. Okazało się, że niemożliwe jest dotarcie do poszkodowanych żadnym pojazdem - musieliśmy zaparkować na końcu drogi i przedrzeć się do grupy nocą przez gęsty las razem z naszym sprzętem oraz pakietami pomocowymi. Nieśliśmy ze sobą około 35 litrów wody oraz kilka termosów z gorącą herbatą. Marsz po grząskim terenie, przez gęsto usiane przewalone drzewa trwał około 40 minut

- czytamy w relacji. Chorych udało się uratować, ale jak zgodnie podkreślają medycy "nigdy, w całym swoim życiu zawodowym, nie widzieliśmy czegoś takiego".

Uchodźcy chcą azylu w Polsce. W rozmowie z reporterką TVN24 mówili, że są w naszym kraju od tygodnia. Nad ranem zabrała ich Straż Graniczna i przewiozła najprawdopodobniej do placówki w Białowieży. 

Więcej o sytuacji przy granicy z Białorusią przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl

Więcej o: