"Z całą pewnością nic im nie zagraża". Jak władza kłamała w sprawie dzieci z Michałowa

Politycy obozu rządzącego, Straż Graniczna i rządowe media od tygodni kłamały na temat grupy kurdyjskich azylantów, którzy pod koniec września zostali zatrzymani w Michałowie. Teraz w mediach pokazano dowody, że ludzie - w tym dzieci - z Michałowa nie są "bezpieczni", jak przekonywał Jarosław Kaczyński. Wywieziono ich do lasu, wypchnięto na Białoruś i od tego czasu koczują przy granicy. Nocami temperatura spada tam to -5 stopni Celsjusza.
Zobacz wideo Aktywiści mówią o kryzysie humanitarnym na pograniczu

27 września do placówki Straży Granicznej w Michałowie funkcjonariusze przywieźli grupę ludzi zatrzymanych za nielegalne przekroczenie granicy. Wśród ponad 20 osób, głównie Kurdów, były małe dzieci. Na miejscu pojawili się dziennikarze oraz aktywiści, którzy próbowali przekazać im jedzenie oraz uzyskać pełnomocnictwa prawne (co SG uniemożliwiła). Wieczorem funkcjonariusze zabrali całą grupę i wywieźli w - wtedy nieznanym - kierunku.

Teraz wiemy, że poddano ich niezgodnej z konwencjami międzynarodowymi wywózce (tzw. push-back) na Białoruś i zostawiono w lesie, gdzie koczują od tygodni. 

Gdzie są dzieci z Michałowa?

Wydarzeniom w Michałowie 27 września przyglądali się dziennikarze. Udało się wtedy nagrać i zrobić zdjęcia azylantów. Jak mówili w rozmowie z Gazeta.pl aktywiści, trwająca wiele godzin sytuacja wyglądała tak, jakby funkcjonariusze placówki SG czekali na rozkazy "z góry". W końcu zabrali ludzi do autobusu i pojechali w stronę granicy. W tym momencie ich trop urwał się. Dziennikarka "Faktu" Agnieszka Kaszuba została zatrzymana przez policję, gdy próbowała jechać za autobusem Straży Granicznej. 

Po tym dziennikarze zaczęli zadawać pytania o to, co stało się z dziećmi i dorosłymi, którzy byli tego dnia w Michałowie. Obawiano się, że zastosowano wobec nich push-back. W rozmowach z aktywistami migranci przekazali, że już wcześniej byli odpychani na Białoruś po przekroczeniu granicy. 

Po dwóch dniach rzeczniczka prasowa Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej w rozmowie z reporterką TVN24 powiedziała, że wobec grupy "zastosowano procedurę zgodnie z rozporządzeniem", co było pierwszym oficjalnym przyznaniem zastosowania wobec nich push-backu. Więcej opowiedział później Piotr Dederko, zastępca komendanta Straży Granicznej w Michałowie, podczas sesji rady miejskiej w Michałowie. - Mniej więcej tak to wygląda. Tak, odprowadzamy te osoby do linii granicy państwowej i na tym nasza rola, że tak powiem, się kończy. Przechodzą na stronę białoruską i są po stronie białoruskiej, czyli są tam, skąd przyszły. Osoby, które zostały w poniedziałek zatrzymane, nie spełniały przesłanek formalnych do tego, żeby pozostać na terytorium Polski i zostały z tego terytorium zawrócone - tłumaczył Piotr Dederko. 

Pytania o status dzieci na tym się nie skończyły. Gdy 7 października rzeczniczka Straży Granicznej Anna Michalska została zapytana o miejsce przebywania dzieci, odpowiedziała, że to "jej ulubiony temat". Dodała, że SG "nie może udzielić odpowiedzi na pytanie, gdzie osoby te zostały przewiezione" oraz że nie wie, gdzie są w tym momencie. 

Kaczyński: Z całą pewnością nic im nie zagraża

Tego samego dnia o sytuację dzieci z Michałowa pytany był także Jarosław Kaczyński. - Zostały po prostu wraz ze swoimi rodzicami w jakimś bezpiecznym miejscu przetransportowane z powrotem do Białorusi. Z całą pewnością nic im z tego powodu nie zagraża - stwierdził prezes PiS.

Teraz wiemy, że rodziny z Michałowa nie są w bezpiecznym miejscu, wręcz przeciwnie - ich zdrowie i życie są zagrożone. 9 października w mediach społecznościowych pojawiło się nagranie, na którym widzimy grupę migrantów koczującą prawdopodobnie po białoruskiej stronie granicy. Aktywiści dziennikarze TVN24 wtedy zidentyfikowali w grupie dzieci z Michałowa. Mieli znajdować się wtedy w lesie w rejonie białoruskiej części Puszczy Białowieskiej, mniej niż kilometr od granicy z Polską.

Kobieta, którą słychać na filmie, mówi o śmierci jednej z osób, która należała do grupy. - Nie ma wody, nie ma jedzenia. Płaciliśmy 100 dolarów, żeby kupić jedzenie dzieciom. Dzieci płaczą o jedzenie. Cierpimy tu od 10 dni - mówi do kamery. Następnie prosi o pomoc. 

12 października Wirtualna Polska opublikowała nagranie rozmowy z mężczyzną, który przebywa w grupie migrantów koczujących przy granicy, w której są też ludzie zatrzymani w Michałowie. Jak relacjonowano w materiale, tamtejsza straż graniczna nie pozwala im zawrócić na Białoruś, a gdy spróbowali to zrobić, zostali pobici. Nie mogą też przekroczyć granicy do Polski. Są w pułapce. Nocą temperatura przy ziemi spada w tym obszarze do -5 stopni Celsjusza.

Te nagrania udowadniają, że z prawdą mijał się także Tadeusz Cymański, który jest członkiem klubu PiS. 12 października dziennikarze pytali m.in. jego o komentarz do sprawy dzieci. - Jeżeli ktoś dopuszcza w swojej głowie myśl, że polski żołnierz, mając rozkaz nie wiadomo czyj, zostawi dzieci w lesie, to nie ma pojęcia o polskim mundurze i polskich żołnierzach - powiedział polityk. Na uwagę, że na nagraniach widać, że dokładnie tak się stało, odpowiedział: - O, to pięknie, cudownie, że się odnalazły. Bo były takie głosy, że nie wiadomo, co się z nimi dzieje. Dodał, że jest "oburzony, że się przedstawia, że te dzieci wywieziono i zostawiono w lesie. A nie dodanie do tej relacji informacji, że są tam ich matki, ojcowie czy rodzice".

"Nie chcieli azylu w Polsce"

Wcześniej SG informowała w komunikacie, że "funkcjonariusze Straży Granicznej poinformowali cudzoziemców o możliwości złożenia wniosku o pomoc międzynarodową, lecz rodzice dzieci odmówili złożenia takiego wniosku w Polsce. Osoby te były zainteresowane wyłącznie złożeniem wniosku o pomoc międzynarodową w Niemczech".

Jednak na nagraniu opublikowanym przez TVN24 słychać, jak jeden z przebywających tam mężczyzn mówi: - Polska azyl, azyl Polska. Nie ma azylu. Białoruś, Białoruś bije człowieka. Odbiera pieniądze i z powrotem do Polski. My chcemy otrzymać azyl. Chcemy zostać w Polsce. Azyl - Polska. Obywatel - Polska.

Mówił też, że dzieci nie będą w stanie iść i "umrą w środku lasu". Od aktywistów dowiedzieliśmy się, że ludzie w grupie nie znali języka angielskiego, zaś w placówce SG nie było tłumacza, który znałby ich język i mógł pozwolić na porozumienie się z funkcjonariuszami. 

"Dziennikarze rzucali im jedzenie dla lepszych zdjęć"

W rządowych i prorządowych mediach pojawiły się też kłamstwa na temat dziennikarzy, którzy byli tam obecni. Między innym TVP twierdziło, jakoby dziennikarze "rzucali dzieciom słodycze", by zrobić im lepsze zdjęcia. Samuel Pereira, szef portalu Tvp.info w czwartkowym artykule - ilustrowanym zdjęciem hieny (!) - nazywał dziennikarzy "hienami".

Także Kaczyński mówił, że "cała ta operacja ze strony części polskich mediów z rzucaniem cukierków i wykorzystywaniem zwykłych cech dzieci, to było nadużycie i to była działalność o charakterze skrajnie niemoralnym i oczywiście to było też wspieranie Łukaszenki i jego reżimu".

W rzeczywistości - jak opisały osoby będące wtedy na miejscu, w przeciwieństwie do Pereiry i innych pracowników rządowych mediów - to aktywiści przekazywali jedzenie migrantom, którzy od dłuższego czasu przebywali przed placówką SG. Ponieważ funkcjonariusze nie zezwalali na podanie go, mogli jedynie rzucać je przez płot. Fotoreporterka "Gazety Wyborczej" Agnieszka Sadowska, która robiła wtedy zdjęcia i na której skupił się atak prorządowych mediów, kategorycznie zaprzeczyła, jakoby rzucała jedzenie, by zrobić zdjęcia dzieci. Potwierdziła, że jedzenie przekazywała osoba pomagająca migrantom na pograniczu. 

Więcej o: