"Dzieci krzyczące 'mamo!', gdy ona się już nie może odezwać". Reportaż TVN 24 z okolic granicy

- [Migranci - red.] całują nas po rękach, jak pozwolimy im się wykąpać, założyć czyste ubranie, czystą bieliznę. To są ludzie. (...) Ci ludzie mówią prawdę, że są bardzo źle traktowani na granicy, jak śmieci - mówi w rozmowie z reporterką "Czarno na białym" TVN24 lekarka, która pomaga migrantom.

Przeczytaj więcej podobnych informacji na stronie głównej Gazeta.pl.

Zobacz wideo Magdalena Biejat: Działamy pod szantażem Łukaszenki, ale rząd to ułatwia

10 października rano w okolicach wsi Szymki na Podlasiu (poza strefą objętą stanem wyjątkowym) wolontariusze odnaleźli grupę cudzoziemców w lesie - tej nocy temperatura wyniosła -6 stopni Celsjusza. Akcję ratunkową pokazano w programie "Czarno na białym" TVN24.

Odnalezieni migranci to Syryjczycy: skrajnie wychłodzona 48-letnia kobieta z dwuletnią wnuczką i około 30-letni mężczyzna, który miał problemy z chodzeniem, był w stanie hipotermii i czymś się zatruł w lesie.

Wolontariusze pomagają iść Syryjczykom - kobietę trzeba nieść, jest stan jest ciężki. W końcu trafią na patrol policji. Pogotowie ratunkowe odmawia przyjazdu. Pomocy udzielają ratownicy-wolontariusze z grupy "Medycy Na Granicy". Jeden z nich mówi, że 48-latka została znaleziona w ostatniej chwili. Migranci trafiają do szpitala w Hajnówce.

Jak informuje TVN24, mężczyzna opuścił już szpital, jednak dwulatka i kobieta wciąż przebywają w placówce. Syryjka walczy o życie.

Na interwencje w lesie trzeba się solidnie przygotować. Najpierw przeprowadzić wywiad, ustalić m.in. liczbę osób i skład grupy."Oni walczą o życie". Tak wolontariusze ratują osoby na granicy

"Ci ludzie mówią prawdę, że są bardzo źle traktowani na granicy, jak śmieci"

Reporterka "Czarno na białym" rozmawiała z lekarką, która pomaga migrantom, którzy są w lasach. Kobieta nie ujawnia swojego wizerunku. - Różne sytuacje widziałam, ale nie widziałam takiej tragedii humanitarnej, wycieńczonych ludzi w lasach, głodnych i wychłodzonych. (...) To są nasze lasy, w których my zbieramy grzyby, do których chodzimy na spacery, a tam umierają ludzie - powiedziała łamiącym się głosem. Jak dodała, w zawodzie pracuje 20 lat i nigdy nie przeżywała takich emocji. - Wie pani [do dziennikarki - red.], ile stwierdzałam zgonów, ile trupów widziałam, wypadków w swoim życiu? A to mnie rusza, (...) my nie możemy pomóc, oni czekają na śmierć - stwierdziła.

Medyczka została zapytana również o to, jakie obrazy ma w głowie, kiedy myśli o tym, co dzieje się na granicy polsko-białoruskiej i w jej okolicach. - Dzieci krzyczące 'mamo', gdy ta matka już nie może się odezwać, bo jest skrajnie wycieńczona, głodna, wyziębiona. Kobiety z połamanymi nogami. Strażników, którzy mówią mi: "proszę im powiedzieć, żeby się ubrali w mokre, zakleszczone ubrania, bo wywieziemy i tak ich do lasu". Kiedy mówię takiemu strażnikowi, że to nieludzkie, odpowiada: "ja to wiem, pani to wie, mój przełożony nie". Wywożą dzieci do lasu, osobiście słyszałam "w mokre ubranie i do lasu" - przyznała lekarka.

- Nie radzę sobie - dodała. Jak stwierdziła, to, z czym mamy obecnie do czynienia to "wojna przeciwko ludzkości, armagedon, koniec normalności".

Cały materiał "Czarno na białym" TVN24 można obejrzeć TUTAJ

Straż graniczna (zdjęcie ilustracyjne)SG: "puszczamy migrantom komunikat w czterech językach". Chodzi o kary

Więcej o: