Najgłośniejszy zamach PRL. Sprawców zgubiła kobieta i podsłuch

Bomba eksplodowała w środku nocy. Była na tyle silna, że zawaliła się część podłogi i sufitu auli, w której mieli dzień później licznie zebrać się ważni funkcjonariusze służb bezpieczeństwa i milicji. Był to pierwszy i jedyny taki zamach w PRL.

Wybuch w auli opolskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej miał miejsce pół wieku temu. 40 minut po północy szóstego października 1971 roku. Skala tego wydarzenia wywołała szok w komunistycznych władzach oraz aparacie bezpieczeństwa. Do tej pory PRL nie musiała się zmagać z terroryzmem, a ten wybuch był silny i najwyraźniej wymierzony wprost w służby bezpieczeństwa.

Siódmego października w auli miała się odbyć gala z okazji święta Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa. Mieli się na niej stawić najważniejsi lokalni dygnitarze komunistyczni i pracownicy służb. Planowano wręczać medale i nagrody między innymi podpułkownikowi MO Julianowi Urantówce, komendantowi wojewódzkiemu. Rok wcześniej był komendantem wojewódzkim w Szczecinie i okrył się niesławą, wydając rozkaz do brutalnej pacyfikacji strajków grudniowych, w wyniku czego zginęło 16 osób.

Informacja o ofiarach pacyfikacji demonstracji w Szczecinie, za które odpowiadał bezpośrednio lokalny szef MO podpułkownik Julian UrantówkaInformacja o ofiarach pacyfikacji demonstracji w Szczecinie, za które odpowiadał bezpośrednio lokalny szef MO podpułkownik Julian Urantówka Fot. domena publiczna

Z Rząśnika do Opola

Odkrycie sprawcy, albo sprawców zamachu otrzymało więc najwyższy możliwy priorytet. Sprawę monitorowała Warszawa. Początkowo śledztwo szło opornie. Z braku konkretnych informacji w Opolu zaczęły się szerzyć plotki z silnym podtekstem niemieckim. Zamach mieli przeprowadzić zradykalizowani członkowie mniejszości niemieckiej, którym odmówiono wyjazdów do RFN, albo członkowie zakonspirowanego hitlerowskiego podziemia. Do końca roku przesłuchano niemal 600 osób, głównie pracowników i studentów uczelni.

Pod koniec roku śledczy uznali, że należy się skupić na Wydziale Fizyki uczelni, którego siedziba była najbliższa auli. Dodatkowo podczas odgruzowywania pomieszczenia zniszczonego przez eksplozję znaleziono drucik, który najpewniej posłużył do zainicjowania detonacji. Kończył się w pobliżu pomieszczeń należących do tegoż wydziału. Drogą eliminacji uznano, że najbardziej niepewnym i podejrzanym elementem wśród pracowników oraz studentów wydziału są bracia Kowalczykowie. Starszy Ryszard, doktorant i młodszy Jerzy, technik.

Przeszłość obu mężczyzn do dzisiaj nie jest w pełni jasna. Większość informacji na jej temat pochodzi albo z dokumentów SB, albo jest relacją ich samych opowiedzianą wiele lat później i w zupełnie innych warunkach III RP. Nie ma przy tym wątpliwości, że nie byli wzorcowymi obywatelami komunistycznej Polski. Pochodzili z biednej mazowieckiej wsi Rząśnik w okolicy Wyszkowa, na północ od Warszawy. Ryszard urodził się w 1937 roku, Jerzy prawdopodobnie w 1942. W ich rodzinnych okolicach działały silne organizacje partyzanckie, wiele ludzi było zaangażowanych we wspieranie podziemia też po zakończeniu wojny. Ich stryj miał należeć do jednego z oddziałów partyzanckich i zostać skazany przez komunistyczne władze na karę śmierci. Wrogie nastawienie do PRL obu braci nie może więc dziwić.

Ryszard był pojętnym uczniem. Poszedł do szkoły średniej i starał się dostać na studia w Warszawie, jednak nie udało mu się to. On sam twierdził później, że z powodu poglądów politycznych i tego, że musiał zmieniać liceum z powodu przyłapania na rozwieszaniu plakatów opozycyjnych. Sławomir Koper w książce "Polscy terroryści i zamachowcy" twierdzi jednak, że powodem przeniesienia były problemy dyscyplinarne, a na studia w Warszawie nie dostał się po prostu z braku miejsc. Po rocznej przerwie na pracę udało mu się zdać w 1958 roku na Wydział Fizyki WSP w Opolu. Jako człowiek inteligentny i zafascynowany fizyką bez trudu ukończył studia, po czym dostał propozycję dalszej kariery naukowej, którą przyjął. W 1971 roku obronił doktorat i został adiunktem.

IPN poszukuje kobiety ze zdjęcia sprzed 70 lat. 'Kim jesteś?'IPN pokazuje nowe zdjęcia Marii Barr. "Uwaga, nowe wieści"

W porównaniu ze swoim starszym bratem młodszy Jerzy był czarną owcą. Już w podstawówce powtarzał klasę, jak sam potem twierdził, z powodów politycznych. Potem poszedł do szkoły zawodowej, ale nie dobrnął do jej końca. Wiele lat później podczas przesłuchań przez SB miał się przyznać, że ukradł nielubianemu dyrektorowi swojej zawodówki motorower i zakopał go w lesie. Miał też ukraść z kasy szkoły sześć tysięcy złotych, czyli istotną sumę. Nie ulega przy tym wątpliwości, że sfałszował przy pomocy brata świadectwo ukończenia szkoły zawodowej, którym posługiwał się bez problemu aż do aresztowania. Później przez wiele lat imał się różnych zajęć. Pomagał na rodzinnym gospodarstwie, pracował jako drwal. W 1961 roku został skazany za kłusownictwo, prawdopodobnie w wyniku donosu sąsiada, z którym była skłócona rodzina Kowalczyków. SB w swoich dokumentach charakteryzowała go jako mało pracowitego, o trudnym, upartym usposobieniu. Nieliczni znajomi dodawali, że był raczej typem zamkniętego w sobie samotnika, owładniętego ideą hartu ducha i ciała. Miał uwielbiać zwłaszcza Napoleona Bonaparte.

Istotną cechą charakteru Jerzego okazała się fascynacja ogniem i materiałami wybuchowymi. Już w latach 90. we wniosku o kasację wyroku obu braci napisano, iż wykazywali skłonności piromaniakalne. Lasy w rodzinnych okolicach braci były pełne pozostałości po wojnie. Jerzy od dzieciństwa wydobywał materiały wybuchowe z porzuconych pocisków i niewybuchów. Miał się nimi bawić i dla rozrywki wywoływać eksplozje czy pożary.

Skutek eksplozji w auli w OpoluSkutek eksplozji w auli w Opolu Fot. domena publiczna/Wikipedia

Wykorzystana kobieta

Na trop tych zainteresowań Jerzego Kowalczyka doprowadził SB jeden z jego nielicznych znajomych, były porucznik Ludowego Wojska Polskiego Bronisław Owsianko. Pracował na uczelni jako magazynier i kierowca. Jerzego poznał, gdy szukał kogoś, kto mógłby mu naprawić zegar. Młodego pracownika technicznego wskazano mu jako uzdolnionego technicznie i mającego smykałkę do takich precyzyjnych mechanizmów. Obaj panowie przypadli sobie do gustu i rozwinęła się znajomość, której istotnym elementem były pieniądze. Owsianko zaczął się zadłużać u bardziej obrotnego Jerzego. Ten zaczął go natomiast wypytywać o różne rzeczy związane z jego wojskową przeszłością. Miał być zainteresowany materiałami wybuchowymi, wykrywaczami metalu i bronią, które chciał zdobywać przy pomocy kolegi. Nie wiedział jednak, że Owsianko współpracuje z SB i jest jej wieloletnim informatorem.

Jego relacje utwierdziły śledczych w przekonaniu, że są na dobrym tropie. Brakował im jednak dowodów pozwalających powiązać Kowalczyków z wybuchem. Przesłuchania i obserwacja nie dały niczego konkretnego. Postanowiono więc sięgnąć po bardziej zaawansowane metody operacyjne, podsłuch i kobietę. Nie wiadomo wiele na temat Katarzyny Łachety, TW Kasia. Nie zachowała się jej teczka. Mieszkała we Wrocławiu, miała 22 lata. Z wykształcenia kosmetyczka-manikiurzystka. Nie wiadomo, jaka była jej motywacja do współpracy, ale biorąc pod uwagę późniejsze zachowanie, mogła nie robić tego zupełnie dobrowolnie.

SB zaaranżowała spotkanie Jerzego z Owsianką w kawiarni i posadziła przy stoliku obok TW Kasię. Wszystko poszło zgodnie z planem i młody Kowalczyk połknął haczyk. Pomiędzy obojgiem wywiązał się romans, a on zaczął jej mówić coraz więcej i więcej. Według relacji TW Kasi mężczyzna wielokrotnie czynił aluzje, które wskazywały na jego powiązanie z zamachem. Między innymi powiedział, gdzie był podłożony ładunek wybuchowy i jak to zostało zrobione, choć nie mówił wprost, że była to jego sprawka. Nie udało się jednak nigdy nagrać rozmów kochanków, z których jasno wynikałaby wina Jerzego. Z dokumentów śledztwa wynika, że z czasem TW Kasia zaczęła odczuwać autentyczną sympatię do mężczyzny. Podczas jednego z przesłuchań miała doznać załamania nerwowego i krzyczeć do śledczych, żeby ją zostawili w spokoju, albo od razu wsadzili do więzienia. Potem w ogóle urwała się SB i zniknęła.

Podsłuch w mieszkaniu Kowalczyków też nie dał jednoznacznego dowodu. Bracia mieli poruszać temat zamachu, ale robili to zazwyczaj bardzo zdawkowo, półsłówkami i w sposób niepozwalający jednoznacznie przypisać im sprawstwa. Pomimo tego pod koniec lutego, po ponad miesiącu intensywnego zainteresowania mężczyznami, zapadła decyzja o ich zatrzymaniu. Śledczy byli pod wielką presją Warszawy, która oczekiwała efektów. Pomimo braku twardych dowodów uznano, że to co jest, musi wystarczyć. Obu braci okrzyknięto terrorystami. Razem z nimi aresztowano jeszcze kilkanaście innych osób i zarządzono liczne przeszukania, ale wszystkich innych szybko zwolniono, a w mieszkaniu Kowalczyków na śledczych czekał kolejny zawód w postaci braku nowych istotnych dowodów.

Zdjęcie oficjalne Hanssena z końcowego okresu pracy w FBI i tuż po osadzeniu w więzieniu.Przez jego zdradę dla pieniędzy, KGB zabijało ludzi

Przyznanie się do winy

Obu przewieziono szybko do Warszawy na Rakowiecką, gdzie pracowali najlepsi specjaliści SB od przesłuchań i wydobywania informacji. Po miesiącu spędzonym w tym więzieniu Jerzy przyznał się do winy i zaczął szeroko współpracować ze śledczymi. Podobnie Ryszard, który miał znacznie gorzej znosić całą sytuację i załamywać się na wspomnienie żony oraz córki, które zostały w Opolu. Nie jest jasne, co skłoniło obu mężczyzn do współpracy. Przyznali się nie tylko do zamachu, ale też do wielu występków z przeszłości. W tym wspomnianych kradzieży i włamania, podpalenia chałupy sąsiadów czy przygotowywania innych zamachów. Prokuratura zrobiła z nich zdegenerowanych przestępców i terrorystów. Oni utrzymywali, że zamach był aktem politycznym, wyrażeniem desperackiego sprzeciwu wobec brutalnych działań władz PRL. Celowo przeprowadzonym tak, aby nikt nie ucierpiał.

Ósmego września 1972 roku sąd w Opolu skazał Jerzego na karę śmierci, jako głównego pomysłodawcę i sprawcę. Ryszarda na 25 lat więzienia, ponieważ był jedynie pomocnikiem. Sąd Najwyższy podtrzymał wyrok. Pod presją społeczną po kilku miesiącach wyrok Jerzego zmieniono na 25 lat więzienia. Obaj nie odsiedzieli jednak swoich kar w całości. Ryszard został ułaskawiony i zwolniony w 1983 roku. Jerzy dwa lata później. Starszy z braci pozostał w Opolu, gdzie zatrudniono go na uczelni jako pracownika fizycznego. Dopiero po przemianach ustrojowych kontynuował karierę naukową. Młodszy wrócił w rodzinne strony.

Dopiero na początku lat 90., z inicjatywy prezydenta Lecha Wałęsy, wyroki obu braci uległy zatarciu i przywrócono im pełnię praw obywatelskich. Obaj pozostali jednak stosunkowo nieznani. Dopiero w 2010 roku w ramach obchodów 40. rocznicy wydarzeń grudnia 1970 odsłonięto tablicę ku pamięci obu braci w Gdańsku. Przy tej okazji obaj zostali zapytani przez dziennikarzy dlaczego zrobili, co zrobili i czy nie mają dzisiaj wątpliwości, że zrobili słusznie. Ryszard odpowiedział tak:

Ja na to patrzę jako fizyk, że jakiś układ może zmienić swój stan tylko wtedy, jeżeli z zewnątrz działamy jakąś siłą. Jeżeli działania cząstkowe się sumują i zmierzają w jednym kierunku, mogą doprowadzić do zmiany. Także w tym sensie - tak.

W Opolu tablicę ku pamięci czynu obu braci odsłonięto w 2016 roku w urzędzie wojewódzkim. Starszy z nich zmarł rok później.

Zobacz wideo
Więcej o: