"Niepoważne" i "naciągane". Ekspert o bombowym znalezisku na granicy

- Ze zdjęć nie wynika, żeby ktoś się tym znaleziskiem profesjonalnie zajmował. Cała ta historia wygląda niepoważnie - mówi Gazeta.pl Tomasz Goleniowski, były policyjny pirotechnik, poproszony o ocenę historii "atrapy bomby" znalezionej przez Straż Graniczną.

Potencjalny improwizowany ładunek wybuchowy miał zostać zauważony w niedzielę, za zasiekami ustawionymi przez wojsko na granicy z Białorusią. Straż Graniczna opublikowała w sieci wpis opatrzony trzema zdjęciami. Padło stwierdzenie, że to prowokacja służb białoruskich.

Wpis na Twitterze wywołał szereg komentarzy, w większości wyśmiewających Straż Graniczną, ponieważ na jednym ze zdjęć wyraźnie widać starą golarkę. - Golarka jak najbardziej może zostać użyta do ukrycia niebezpiecznego improwizowanego urządzenia wybuchowego. Był nawet kiedyś taki przypadek w Polsce, że ładunek ukryto w golarce do swetrów. Wszystko może być zagrożeniem - zastrzega jednak Goleniowski, który dzisiaj jest właścicielem firmy EOD Tech organizującej specjalistyczne kursy, między innymi z zakresu zwalczania przestępstw z użyciem materiałów i urządzeń wybuchowych, dla służb ochrony porządku publicznego.

Do nawet atrapy trzeba podejść poważnie

Specjalista zaznacza, że biorąc pod uwagę miejsce i wygląd przedmiotów uznanych przez SG za atrapę bomby, jest jak najbardziej możliwe, iż po prostu coś wypadło lub zostało porzucone przez migranta przekraczającego płot na granicy. - Jednak skoro już wzbudziły niepokój i zostały uznane za potencjalnie niebezpieczne, to należało się nimi zająć w odpowiedni sposób. Nie widzę tego na tych zdjęciach - zaznacza Goleniowski.

Były policyjny pirotechnik wylicza, że po pierwsze na miejsce należało wezwać specjalistów. - W strefie granicznej oznacza to specjalne zespoły pirotechników Straży Granicznej, która ma do tego przeszkolonych ludzi, alternatywnie techników bombowych policji - mówi Goleniowski. Zapytaliśmy o to major Katarzynę Zdanowicz, rzeczniczkę prasową Podlaskiego oddziału Straży Granicznej. Poinformowała, że podejrzany obiekt znalazł mieszany patrol żołnierza i strażnika. Na miejsce wezwano wojskowego pirotechnika, jednego z 2,5 tysiąca żołnierzy wspierających działania na granicy z Białorusią.

- Żołnierz pirotechnik sprawdził i zidentyfikował przedmiot jako maszynkę do włosów z kablem i widocznym obwodem elektrycznym oraz zegarkiem z powtarzającym się alarmem dźwiękowym. Na szczęście okazało się, że to atrapa bomby - napisała major Zdanowicz.

Zobacz wideo

Wezwanie w takiej sytuacji żołnierza pirotechnika wywołuje zdziwienie Goleniowskiego, który powtarza, że zgodnie z przepisami powinien to być zespół Straży Granicznej. - Nawet jeśli to pominiemy, to dochodzimy do drugiej poważnej kwestii. Z podejrzanym przedmiotem należy się odpowiednio obchodzić. Nawet jeśli już stwierdzimy, że to atrapa - mówi ekspert i tłumaczy, że przede wszystkim chodzi o zachowanie śladów kryminalistycznych. Bo nawet jeśli jest to atrapa, to jej podłożenie w taki sposób jest czynem zabronionym. Czyli należy wszcząć postępowanie, którego celem będzie ustalenie, kto się tego dopuścił.

- Podstawową sprawą są oględziny przedmiotów, wykonanie dokumentacji fotograficznej, zabezpieczenie i zebranie śladów daktyloskopijnych, DNA, a często osmologicznych i innych. Tak by można było udowodnić, że konkretna osoba miała kontakt z przedmiotami - mówi Goleniowski. Odpowiednio zabezpieczone przedmioty powinny trafić później do laboratorium. Jednocześnie powinna zostać formalnie wszczęta sprawa i nadana jej sygnatura.

- Na zdjęciach widzimy natomiast nieuzbrojoną rękę, bez rękawiczki, którą podniesiono jeden z tych przedmiotów. To niedopuszczalne i wygląda na działanie amatorskie. Nic nie wskazuje na to, aby ktoś chciał się na poważne zająć badaniem tych przedmiotów - stwierdza ekspert. Zapytaliśmy o to major Zdanowicz, która poinformowała, że znalezisko rzeczywiście zabezpieczono i zabrano z miejsca zdarzenia. - Straż Graniczna nie wszczynała postępowania, przedmiot został przekazany służbom wojskowym do dalszych badań - dodała.

- Moim zdaniem sposób, w jaki zajęto się tą domniemaną atrapą i zostało to ujawnione, jest niepoważny. Naciągany - stwierdza Goleniowski.

Kryzys na granicy

Straż Graniczna w swoim wpisie informującym o znalezieniu domniemanej atrapy stwierdziła, że to białoruska prowokacja. Wcześniej na konferencji prasowej ministrów MSWiA Mariusza Kamińskiego, MON Mariusza Błaszczaka i szefa SG generała Tomasza Pragi padła deklaracja wskazująca, że w przeszłości miało dochodzić do podobnych wydarzeń. - Na oczach polskich funkcjonariuszy Białorusini zostawiają także podejrzanie wyglądające pakunki, po czym odbiegają od nich sugerując zagrożenie - stwierdzono.

Poza tym Białorusini mają oddawać strzały w powietrze na widok polskich patroli, udawać rzucanie granatami w ich kierunku czy oddawanie w ich kierunku strzałów. Polacy mają być też oślepiani latarkami i lżeni.

Sytuacja na granicy jest napięta od sierpnia, kiedy zaczęły się na dużą skalę próby jej przekraczania przez migrantów. Wcześniej podobne zjawisko pojawiło się na granicy Białorusi z Litwą i Łotwą. To zorganizowana akcja reżimu Aleksandra Łukaszenki, który w ten sposób wywiera presję i próbuje się mścić na państwach ościennych za krytykę oraz sankcje po sfałszowanych wyborach i brutalnej pacyfikacji protestów opozycyjnych w 2020 roku. Białoruskie służby wykorzystują zdesperowanych ludzi głównie z Iraku, Syrii i Libanu, ułatwiając im dotarcie na granicę UE.

Alaksandr ŁukaszenkaTłumy migrantów w białoruskich miastach. Ekspert: Operacja jest rozwojowa

W reakcji polskie władze skupiły się na blokowaniu prób przekraczania granicy, łapania migrantów, odstawiania ich na granicę i zmuszania do jej przekroczenia z powrotem. Jednocześnie rozpoczęto budowę zasieków na całym odcinku granicy z Białorusią. Ogłoszono też stan nadzwyczajny w rejonie granicy, odmawiając wstępu między innymi mediom oraz organizacjom pozarządowym. W efekcie nie ma pewności co się właściwie dzieje i w jaki sposób traktowani są migranci, którzy mają prawo występować do polskich władz z wnioskiem o azyl i ochronę. Do czasu jego rozpatrzenia powinni zostać zatrzymani i umieszczeni w ośrodkach na terytorium Polski. Z relacji tych migrantów, którzy się przedostaną poza strefę stanu wyjątkowego, wynika, że spotykają się z brutalnością się ze strony polskich służb, uniemożliwia się im składanie wniosków i siłą odstawia na granicę.

Dotychczas oficjalnie potwierdzono śmierć czwórki migrantów na polskim terytorium.

W związku z kryzysem na granicy w październiku zawiązała się grupa Medycy na granicy. Zrzesza ona osoby z wykształceniem medycznym, które chcą pomóc migrantom przedostającym się do Polski. Medycy już 24 września prosili o pozwolenie na wstęp do strefy objętej stanem wyjątkowym, ale zgody na to nie wydało MSWiA. "Temperatury w rejonie przygranicznym zbliżają się nocami do zera. Ludzie są wychłodzeni. Nie mają leków na choroby przewlekłe, na które cierpią. Umierają z zimna i głodu w środku Europy w XXI wieku. Jako osoby, które ślubowały ratować ludzkie zdrowie i życie bez względu na pochodzenie, religię czy płeć, nie zgadzamy się na to. Chcemy i umiemy pomóc tym ludziom. Potrzebujemy tylko zgody polskich władz" - pisze grupa. 

***

Aby pomagać ludziom w rejonie przygranicznym, Medycy na granicy zorganizowali zbiórkę na pomagam.pl. Wpłacić na konto nieformalnej organizacji można pod tym linkiem.

Więcej o sytuacji na granicy z Białorusią w naszym "Raporcie znad granicy": 

Raport znad granicy"Raport znad granicy". Policja potwierdziła kolejną śmierć. Apel Grupy Granica

Więcej o: