Przemoc, strach i chłód na granicy. "Uchodźcy często pytają: Dlaczego nasze państwo im to robi?"

- Spotykamy ludzi, którzy od wielu dni nie jedli, nie spali pod dachem. Mają cienkie ubrania, są zupełnie nieprzygotowani na tę podróż - mówią aktywiści Grup Granica. Starają się pomagać osobom, które przekraczają granicę z Białorusi do Polski, zapewniając z jednej strony podstawową opiekę, a z drugiej pomoc prawną. Jednak są bezsilni wobec praktyki push-backów, którą stosuje Straż Graniczna.

- Nasz rząd stosuje propagandę sukcesu, mówiąc o tym, że granica jest szczelna, że działania służb są efektywne. Natomiast naszym zdaniem strefa stanu wyjątkowego jest także po to, żeby dziennikarze i opinia publiczna nie mogli zobaczyć, co tam się dzieje. To pokazałoby nieskuteczność polskich władz - mówi nam Marysia Złonkiewicz, aktywistka działająca w Grupie Granica. To sojusz organizacji pozarządowych i wolontariuszy, którzy starają się ratować osoby przekraczające granicę Polski z Białorusią. Ich relacji możecie posłuchać w powyższym materiale wideo. 

Migranci pytają: Dlaczego nasze państwo im to robi?

Na granicy od miesiąca trwa stan wyjątkowy, a wojsko układa kolejne kilometry ogrodzenia z drutu żyletkowego. Jednak od momentu wprowadzenia stanu wyjątkowego sytuacja na granicy nie poprawia się, lecz pogarsza - mówią działający tam aktywiści. Ludzi starających się dostać do Polski z Białorusi - gdzie reżim umożliwia, a nawet pomaga w próbach przekroczenia polskiej granicy - jest coraz więcej. Wiadomo o co najmniej pięciu osobach, które zginęły na pograniczu. 

- Spotykamy ludzi, którzy od wielu dni nie jedli, nie spali pod dachem. Mają cienkie ubrania, są zupełnie nieprzygotowani na tę podróż - mówi Złonkiewicz. Według jej relacji migranci przygotowywali się do podróży, np. szykując odświętne ubrania, bo liczyli na spotkanie z rodzinami mieszkającymi na zachodzie Europy. Aktywiści obawiają się, że zgonów będzie więcej i w lasach będą znajdować ciała zmarłych przybyszów. - Od samych migrantów słyszymy, że w lasach leżą trupy. Ta strefa jest dla nich przerażająca. Mówią, że idąc przez nią można natknąć się na ciało - relacjonowała. 

Aktywiści Grupy Granica starają się odnajdywać ludzi, którzy są w Polsce i udzielać im pomocy: zapewnić jedzenie i picie, ubrania, pierwszą pomoc medyczną, do których migranci nie mieli dostępu od wielu dni. Jednak kiedy Straż Graniczna zatrzymuje ich i dokonuje push-backu, czyli zmusza do przekroczenia granicy na Białoruś, aktywiści nie mogą nic zrobić. - Czujemy się bezsilni, zrozpaczeni. To wielki wstyd z naszej strony, że nasze państwo tak działa. Szczególnie że oni nas często pytają: dlaczego mi im to robimy, dlaczego nasze państwo im to robi?

Azylanci w Michałowie "wyglądali na przerażonych"

Grupa Granica była z migrantami w Michałowie. Straż Graniczna zabrała tam grupę kilkunastu osób, w większości dzieci, a później wywiozła ich na granicę z Białorusią. 

Jak mówiła aktywistka Maria Poszytek, która była tego dnia w Michałowie, migranci z Iraku i Turcji "ewidentnie potrzebowali pomocy" i wyglądali na przerażonych. Chcieli m.in. uzyskać pomoc prawną i mówili, że już wcześniej byli odpychani przez służby po obu stronach granicy. 

Według obserwacji aktywistów funkcjonariusze SG w Michałowie oczekiwali, aż na wyższym szczeblu zostanie podjęta decyzja co do dalszego losu tych ludzi - i w końcu zabrali ich na granicę. 

Więcej o:

Polecane dla Ciebie