O. Paweł Gużyński: Paweł M. był rasowym przestępcą seksualnym, z czego o. Zięba nie zdawał sobie sprawy

- Ówczesny stan świadomości Macieja Zięby był podobny do - generalnie rzecz ujmując - mentalności, która panowała w sprawach związanych z pedofilią w lwiej części społeczeństwa i wspólnoty Kościoła. Czyli: nie ujawniać, nie mówić o tym głośno, przenieść, załatwić po cichu - mówi Gazeta.pl o. Paweł Gużyński. Z dominikaninem rozmawiamy o sprawie Pawła M., zakonnika oskarżanego o akty przemocy i wielokrotne gwałty.

Daniel Drob, Gazeta.pl: Jak ojciec przyjął ustalenia komisji ws. Pawła M.?

O. Paweł Gużyński, dominikanin: Jestem rozkawałkowany. Rozpadłem się co najmniej na trzy części. Przede wszystkim przed oczami pojawiają mi się obrazy związane z ofiarami. Jest to jak oglądanie filmu nagranego na czarnej skrzynce. Wydobyto ją z serc i dusz pokrzywdzonych. I teraz patrzę i słucham, jak doszło do katastrofy. Drugi kawałek mnie przeżywa kwestię relacji z braćmi. Takie historie jak Pawła M. sprawiają, że nic nie jest po staremu. W klasztorach już nie patrzymy na siebie w ten sam sposób co wcześniej. To, że któryś z moich braci okazał się przestępcą seksualnym, a inni popełnili błędy i pozwolili mu grasować, zmienia wszystko. Nie mogę udawać "jedynego sprawiedliwego" i mówić od tak sobie, że "ja walczyłem, żebyśmy się sami zlustrowali pod względem nadużyć i przestępstw seksualnych". Trzeci cios pojawia się, gdy pomyślę, że można to było zrobić wcześniej i lepiej, zainspirować samemu, od wewnątrz, odpowiednie procesy. Każda zwłoka, szczególnie w takich sprawach, to przedłużanie cierpienia ofiar i dawanie przestrzeni innym agresorom. Po tym wszystkim, po raporcie komisji, mam naprawdę wrażenie, jakbym się rozpadł.

Zobacz wideo Prąd coraz droższy. "Ceny niektórych produktów mogą wzrosnąć nawet o 20%"

Nie można było zbadać sprawy wspólnoty Pawła M. wcześniej?

- Na podstawie czystej intuicji było pewne, że w szeregach dominikanów ktoś taki jest. Na tej samej zasadzie można założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że podobne jednostki znajdują się wśród dziennikarzy, murarzy, terapeutów itd. Liczenie na to, że w naszej grupie, 300 dominikanów w całej Polsce, nie trafi przestępca seksualny, było naiwnością, pobożnym życzeniem. Statystycznie rzecz ujmując, taka osoba musiała istnieć.

Bracia dominikanie nie wiedzieli, co działo się w latach 90. we Wrocławiu?

Wiedzieliśmy, że Paweł M. został ukarany i nie może wykonywać określonych czynności, np. sprawować mszy świętej. Bracia mieli prawo o tym wiedzieć, żeby stosowanie zareagować, gdyby M. zjawił się w ich klasztorze i - na przykład - pchał się do ołtarza, choć miał suspensę i nie mógł sprawować sakramentów. Oczywiście istniały różne plotki, ćwierćinformacje, ale takich plotek są miliony. Zwykły zakonnik w obecnej strukturze władzy z reguły nie ma dostępu do wiedzy o tym, dlaczego któryś z braci został ukarany. Władza, której trzeba bezwzględnie ufać w tej materii i nie można jej kontrolować, jest proszeniem się o wielkie nieszczęście. Musimy zmienić strukturę wewnątrz zakonu, przemyśleć całą tradycję życia zakonnego i relacji, które zostały wytworzone w obszarze władzy. Tu potrzeba zdecydowanie większej transparencji, tak, aby te struktury stały się bardziej odporne na przestępców i zaniedbania wobec nich.

Da się to zrobić?

Po emisji pierwszego filmu Sekielskich podjąłem z jednym z braci inicjatywę. W oparciu o uprawdopodobnione domniemanie uznaliśmy, że problemy, które pokazali w filmie Sekielscy, muszą występować także u nas. To było niemożliwe, aby u nas działo się inaczej. Przygotowaliśmy petycję, zaproponowaliśmy powołanie zewnętrznej komisji, która sprawdzi nasze archiwa od a do z. Reakcja braci była taka, że działamy wbrew tradycji zakonnej. Mówiono, że mi, jako zakonnikowi, nie wolno pouczać prowincjała i wzywać do czegokolwiek w formie petycji i zbierać głosy za jej poparciem.

W tradycyjnej strukturze życia zakonnego to zachowanie było niezrozumiałe i nieakceptowalne dla wielu braci. Zarzucano nam niezakonne obyczaje, łamanie prawa zakonnego, próbę wprowadzenia świeckiego modelu działania. A tak w ogóle - jak usłyszałem - w naszych archiwach wszystko jest w porządku. Mogliśmy wówczas sami wykonać bardzo ważną robotę, precedens dla całego Kościoła. W środę za sprawą komisji Terlikowskiego to stało się faktem, ale mogło ziścić się wcześniej i bez zewnętrznego przymusu. Sami powinniśmy "odnaleźć" przypadek o. Pawła i nań zareagować. Dlatego uważam, że obecnie największe wyzwanie to zmiana struktury władzy. Kontrola musi tu zaistnieć.

Ktoś w zakonie słucha w ogóle tych apeli o reformy?

Gdyśmy tę petycję sformułowali, moje rozmowy z prowincjałem były otwarte i do rzeczy. O. Paweł Kozacki pytał nas, jak to sobie wyobrażamy, pytał o szczegóły. Jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że nasz pomysł jest pomysłem absolutnej mniejszości, że reszta braci tego nie rozumie i tego nie chce. Prowincjał się nie zdecydował, bo byliśmy grupą "wyrzutków". Nie miał złej woli, nie chciał z automatu utrącić naszej inicjatywy, ukrywać ewentualnych sprawców. Ale nie miał też odwagi, aby przejąć inicjatywę i pozwolić przejrzeć archiwa zewnętrznym ekspertom. Teraz się na to zdobył, za co mu podziękowałem.

Postawa przełożonych M. przypomina systemowe krycie pedofilów w kościele. Początkowe ignorowanie sygnałów o przemocy, później symboliczne kary.

Jeśli nie chcemy popełniać błędu anachronizmu, musimy uwzględnić ówczesny stan świadomości. A ówczesny stan świadomości Macieja Zięby był podobny do - generalnie rzecz ujmując - mentalności, która panowała w sprawach związanych z pedofilią w lwiej części społeczeństwa i wspólnoty Kościoła. Czyli: nie ujawniać, nie mówić o tym głośno, przenieść, załatwić po cichu itd. Niewielka różnica polegała na tym, że w zakonie jakoś reagowano. Były kary, chociaż kompletnie nieadekwatne do przestępstwa, to świadczące, że majaczy jakaś mglista świadomość problemu. Z dzisiejszej perspektywy to było niedoskonałe, naiwne i niekompetentne, ale w całym Kościele, 20 czy 25 lat temu, zazwyczaj nie reagowano w ogóle. W nadużycia i przestępstwa księży się nie wierzyło lub sprowadzało się je do rangi słabości i grzechu, z których wystarczy się wyspowiadać. A ofiarom nikt nie wierzył.

O. Zięba nie wiedział, jak się zachować wobec zarzutów pod adresem M.?

Jest rok 2000, a Maciej Zięba nie rozumie tego typu przypadków, nie wie, do czego się odnieść, do czego się odwołać, nie ma żadnego porównania. Odruchy, które dzisiaj są oczywiste, wtedy nie były. Jego rozumienie tego, na czym polega problem nadużyć seksualnych, też było znikome. Nie wiem tego z całą pewnością, ale - czytając z tego, jak działał prowincjał - wydaje się, że o. Zięba nie rozumiał, kim jest przestępca seksualny.

Jak mógł nie rozumieć?

Niektórzy bracia po dziś dzień nie wiedzą, na czym polega różnica między zakonnikiem, który w chwili słabości łamie śluby czystości, wikła się w romans, a rasowym przestępcą seksualnym. A rasowym przestępcą seksualnym jest Paweł M., z czego jako ignorant w tej dziedzinie nie zdawał sobie sprawy o. Zięba. Nie chodzi o to, żeby kogokolwiek usprawiedliwiać, ale w tamtym czasie świeccy członkowie społeczeństwa mieli podobny stan świadomości. Weźmy przykład przypadek słynnego dyrygenta Kroloppa, gdzie radni miejscy, a nawet rodzice, wiedzieli, co się dzieje w poznańskim chórze i reagowali w sposób, który jest dla nas dzisiaj skandaliczny. 

Prawdopodobnie poszkodowanych zgłosi się więcej. Dominikanie w kryzysie wizerunkowym?

Życzyłbym sobie, aby kolejne ofiary się zgłaszały, bo trzeba im po prostu oddać sprawiedliwość. Nie boję się tego. Gdy ludzie są krzywdzeni, jakiekolwiek straty wizerunkowe nie mają znaczenia, choć niewątpliwie będą. Infamia dotknie nas głęboko i boleśnie.

Na razie infamia głęboko dotyka zmarłego w ubiegłym roku o. Ziębę.

Maciej Zięba miał ciemną i jasną stronę, jak każdy człowiek. Wprowadził w prowincji mnóstwo zmian, bardzo potrzebnych zakonowi dominikańskiemu w Polsce. Dzięki niemu mamy np. transparentność finansową i bracia wiedzą, na co wydawane są zakonne pieniądze, jakie dokładnie są dochody. Dzisiaj wszyscy dominikanie, dzięki reformom Zięby, mogą decydować o wydatkach i nie ma wąskiej grupy osób trzymających łapę na kasie. Jednocześnie ten sam zakonnik był zamordystą, łamał ludzi, miał problem alkoholowy i spartaczył sprawę Pawła M.

Więcej o: