Sejmowa komisja zajęła się śmiercią Bartosza S. "Tydzień po Bartku w podobnych okolicznościach ginie Dmytro"

Sejmowa komisja administracji i spraw wewnętrznych zajęła się w czwartek sprawą śmierci Bartosza S. z Lubina, który zmarł podczas lub po policyjnej interwencji. W czasie posiedzenia komisji poseł Piotr Borys pytał o przeszkolenie policji z postępowania wobec osób pod wpływem alkoholu lub środków odurzających. - Tydzień po Bartku we Wrocławiu w podobnych okolicznościach ginie Dmytro - mówił.

Sejmowa komisja zajęła się sprawą na wniosek posłów Koalicji Obywatelskiej, Lewicy i PSL-Koalicji Polskiej. Jako pierwszy głos na posiedzeniu zabrał poseł Piotr Borys, który od analizował wydarzenia.

Polityk swoje wystąpienie zaczął od kilku pytań. Zastanawiał się, czy policja w Polsce jest wystarczająco przeszkolona do reagowania w podobnych sytuacjach. - Czy może faktycznie jest tak, że policjanci nie zawsze reagują adekwatnie do sytuacji w stosunku do osób pobudzonych, pod wpływem środków odurzających? - pytał.

Swoje zapytanie argumentował śmiercią 25-letniego obywatela Ukrainy Dmytro Nikiforenko, który zmarł we wrocławskim areszcie. Sprawę jako pierwsza nagłośniła "Gazeta Wyborcza". Po ujawnieniu przez "Wyborczą" okoliczności śmierci 25-letniego Dmytra Nikiforenki, który 30 lipca zmarł w izbie wytrzeźwień, policja wszczęła postępowanie wobec maltretujących go policjantów. 

"Śmierć Ukraińca podczas interwencji policji. Pół godziny katorgi w izbie wytrzeźwień ["WYBORCZA" UJAWNIA]" - pełną treść artykułu "Gazety Wyborczej" przeczytasz pod TYM linkiem.

Do śmierci Nikiforenki doszo we Wrocławskim Ośrodku Pomocy Osobom Nietrzeźwym (WrOPON). "Gdy przywieziono do niego 25-letniego obywatela Ukrainy Dmytra Nikiforenkę, mężczyzna był bity, rażony gazem i duszony. Aż po kilkudziesięciu minutach wyzionął ducha" - podaje Wyborcza.

"Żądamy transparentnego wyjaśnienia sprawy"

W czasie posiedzenia sejmowej komisji poseł Piotr Borys wskazał nieprawidłowości, które zauważył w sprawie śmierci Bartosza S. Na podstawie otrzymanych dokumentów stwierdził, że policyjne komunikaty nie pokrywały się z rzeczywistością. - W komunikacie policji mieliśmy informację, że śmierć Bartosza nastąpiła w ciągu dwóch godzin po przewiezieniu do szpitala, z kolei według informacji, którą uzyskaliśmy od dyrekcji szpitala Bartosza przewieziono do placówki już nieżywego - mówił. 

Dodał, że niedopuszczalna jest sytuacja, w której policjanci przychodzą do domu zmarłego "wykręcają ręce i siłą zabierają telefon". Zaznaczył, że w sytuacji "wielkiej traumy" policja powinna zabezpieczyć minimum wsparcia psychologicznego dla rodziny Bartosza S. Poseł przypomniał także, że mimo wcześniejszych zapewnień prokuratury matka 34-latka nie mogła zobaczyć ciała syna. 

- Żądamy i prosimy, aby ta sprawa została transparentnie i rzetelnie wyjaśniona, abyśmy w przyszłości podobnych tragedii mogli uniknąć - podkreślał Piotr Borys.

Wątpliwości do rzetelności działań policji wyraziła także pełnomocniczka rodziny mecenas Renata Kolerska. Prawniczka zauważyła, że komunikaty policji mijają się w wielu punktach i "przekazują obraz, który ma za zadanie usprawiedliwić działania policji." - Sposób, w jaki dokonano ustaleń, nie jest w wielu miejscach zgodny z prawdą - dodała.

Komendant główny: Kiedy zmarł Bartosz? Nie potrafię odpowiedzieć

Następnie głos zabrał komendant główny policji Jarosław Szymczyk. - Niezwykle ważnym dzisiaj jest przeprowadzenie właściwych postępowań: przygotowawczego (…) jak i z drugiej strony postępowań naszych wewnętrznych, policyjnych, czyli czynności wyjaśniających i ewentualnych postępowań dyscyplinarnych - zaczął. Zaznaczył, że oba postępowania zostały wdrożone niezwłocznie po śmierci 34-latka. Zapewnił, że dołoży wszelkich starań (…) żeby wyjaśnić tę sprawę i przebieg interwencji jak najbardziej obiektywnie.

- Kiedy zmarł pan Bartosz? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie - stwierdził. - Wierzę w to, że obiektywnie niezależny organ, jakim jest prokuratura, w ramach prowadzonego postępowania, będzie w stanie na to pytanie odpowiedzieć - podkreślił Szymczyk.

Pogrzeb Bartosza SokołowskiegoŚmierć Bartosza z Lubina. Lekarz: Policjanci postępowali jak z manekinem

Przyznał, że na podstawie nagrania nie jest w stanie stwierdzić, na ile działania funkcjonariuszy mogły przyczynić się do śmierci mężczyzny. Zaznaczył jednak, że jeśli policjanci "przyczynili się do zgonu tego młodego człowieka, poniosą właściwe konsekwencje".

Ojciec 34-latka: Matka szukała syna w szpitalach

Dla mnie to było zwykłe morderstwo. Żaden z policjantów nie podjął reanimacji. Na filmie też widać, że Bartek praktycznie się nie ruszał, a policjant przerzucał jego głowę w jedną i drugą stronę - stwierdził z kolei Bogdan Sokołowski, ojciec zmarłego Bartosza. 

Sokołowski powiedział też, że po interwencji lubińskiej policji matka szukała syna w szpitalach, a później zadzwoniła na policję.

Pogrzeb Bartosza SokołowskiegoŚmierć Bartosza S. w Lubinie. Rodzina otrzymała protokół z sekcji

- Policjant powiedział jej: "Przykra wiadomość, syn nie żyje. Umarł w karetce". Czyli było wiadomo, że umarł w karetce, co według mnie jest nieco dziwne. Następnie dyżurny powiedział, że "pani" przyjedzie do mojej żony. Myślałem, że chodzi o psychologa, ale dla mnie to był napad bandycki. Bo tak się nie wchodzi do domu matki, która przed chwilą straciła syna. Pani policjantka ani się nie przedstawiła, ani nie pokazała legitymacji. Weszła i powiedziała: "Przyszłam panią przesłuchać". Pierwszy raz o tym słyszę. Może takie zasady panują w Polsce - ja nigdy nie miałem z tym do czynienia - relacjonował.

- Jak się okazało, policjantka nie przyszła nikogo przesłuchać, tylko zabrać telefon mojej siostrze. Policjanci nie widzieli tego telefonu, bo leżał w kuchni. W międzyczasie siostra zadzwoniła do pani adwokat, by zapytać, czy muszą oddać telefon. Usłyszała, że nie i gdy powiedziała to policji, funkcjonariusz rzucił się na nią, złapał za torebkę. Natomiast policjantka wykręciła jej rękę i powiedziała: "Jak się pani nie będzie ruszała, to nie będzie bolało". Chcę zapytać pana komendanta, czy jest to w Polsce normalne. Przyszło jeszcze dwóch policjantów, choć nie wiem, czy to była policja, bo nikt się nie przedstawił. Przepraszam za wyrażenie, ale wchodzili jak do stajni - mówił ojciec Bartosza. 

Więcej o: