Białoruska opozycja rozpracowała projekt Łukaszenki tygodnie temu. Jak reżim "ożywił turystykę" z Bliskim Wschodem

Pogranicznicy mający przymykać oko, służby specjalne zaangażowane w przerzucanie ludzi na granicę, firma powiązana z administracją prezydencką organizująca wycieczki z Iraku. Według białoruskiej opozycji reżim Aleksandra Łukaszenki już od miesięcy intensywnie pracuje nad stworzeniem strumienia migrantów płynącego ku granicy z UE.

Pisaliśmy już wcześniej o tym, jaki cel w tym działaniu może mieć Mińsk oraz Moskwa, oraz jakie korzyści z tego czerpią.

Piszemy też o tym, w jaki sposób polskie państwo traktuje grupę migrantów na granicy z Białorusią w pobliżu Usnarza Górnego.

Białoruska opozycja opisuje natomiast szczegółowo, jak zorganizowano napływ migrantów na litewską i polską granicę. Tak naprawdę to informacje na temat "Operacji Śluza" pojawiały się w opozycyjnych mediach już od lipca, kiedy kryzys na granicy litewskiej osiągnął poziom krytyczny. Pozostały jednak w znaczniej mierze niezauważone w Polsce.

Zobacz wideo

Pierwsza próba miała być dawno temu

Teraz w jeden skondensowany tekst zebrał je Tadeusz Giczan, były szef opozycyjnego białoruskiego medium NEXTA. Warto się z nim zapoznać, jak również z podlinkowanymi w nim różnymi tekstami źródłowymi, zamieszczanymi w sieci przez opozycyjne media na przestrzeni ostatnich tygodni.

Pierwsze przygotowania do tego, co się dzieje teraz, miały zostać poczynione już dekadę temu. Twierdzą tak członkowie organizacji BYPOL, założonej w Polsce przez byłych pracowników białoruskiego aparatu bezpieczeństwa, którzy po sfałszowanych wyborów prezydenckich rok temu i brutalnych represjach wobec demonstrantów, odeszli ze służby i uciekli z kraju. Wśród nich są policjanci, którzy zajmowali się w latach 2010-11 rozpracowaniem siatki przemytników ludzi, umożliwiającej przedostanie się z Bliskiego Wschodu przez Białoruś do UE. Funkcjonariusze mieli ustalić, że była to operacja białoruskich i rosyjskich służb specjalnych, zarządzana przez najbliższe otoczenie prezydenta Łukaszenki. Nazywano ją wewnętrznie "Operacja Śluza". Jej celem miało być wywarcie presji na UE, w celu uzyskania przez Białoruś dodatkowych pieniędzy na uszczelnienie granicy. Policjanci twierdzą, że w pewnym momencie kazano im przestać się zajmować sprawą i temat zakopano.

W swoim wideo opublikowali też fragment nagranej rozmowy, rzekomo pomiędzy białoruskimi urzędnikami. Jeden z nich raportuje, że ze zgrupowania treningowego piłkarzy jakiegoś państwa afrykańskiego uciekło kilku sportowców. Prawdopodobnie w celu migracji do UE. Urzędnik centralny uświadamia go, że przecież minister wydał nakaz, aby nie przeciwidziałać takiemu zjawisku, więc niech się nie przejmuje sprawą.

Projekt "Operacji Śluza" najwyraźniej odświeżono wiosną tego roku, kiedy UE nałożyła na Białoruś kolejne sankcje za uprowadzenie samolotu Ryanair. Pod koniec maja Łukaszenka oświadczył w parlamencie pod adresem UE: "Zatrzymywaliśmy migrantów i narkotyki na naszej granicy, teraz sami będziecie musieli sobie z tym radzić." Potem w lipcu powtórzył już ogólnie pod adresem Zachodu: "Mówię uczciwie, że nie będziemy już więcej zatrzymywać na granicy tych, nad którymi wy znęcacie się w Afganistanie, Iranie, Iraku. Przez wasze sankcje nie mamy już na to pieniędzy".

Minister obrony narodowej Mariusz BłaszczakMariusz Błaszczak: Na granicy z Białorusią powstanie nowy, solidny płot

Firma powiązana z Łukaszenką wzięłą się za promocję

To, co się działo później, opisują szczegółowo trzy różne dziennikarskie śledztwa, przeprowadzone głównie w lipcu, kiedy sytuacja na białorusko-litewskiej granicy stała się krytyczna. Jedno autorstwa litewskich mediów publicznych, jedno białoruskiego opozycyjnego medium Reform.by i jedno we wspólnym wykonaniu Centrum Dossier Michaiła Chodorkowskiego oraz niemieckiego "Der Spiegel".

To ostatnie koncentruje się na udziale białoruskich przedsiębiorstw w organizacji podróży z głównie Iraku na Białoruś. Jednym z nich ma być Centrkurort, wchodzące w strukturę Biura Prezydenta Białorusi. Pokazano między innymi kopię dokumentu z maja, w którym Centrkurort zawiera umowę o współpracy z białoruskim biurem turystycznym Oskartur, zarządzanym przez Muhaima Al-Asadiego. Jej celem ma być "rozwój międzynarodowej turystyki pomiędzy państwami świata arabskiego i republiką Białorusi".

Obie firmy następnie współpracowały w zwiększeniu częstotliwości połączeń lotniczych z Iraku na Białoruś i ułatwieniu wydawania wiz turystycznych Irakijczykom. Według dokumentów oficjalnie przyjeżdżali oni na tygodniowe wycieczki, połączone z wyprawami na polowanie. Nocleg załatwiano w mińskich hotelach. Jednak jak piszą dziennikarze, w praktyce większość przybyszy miała spędzać w nich noc-dwie po przylocie, po czym udawać się podstawionymi busami lub samodzielnie nad granicę z Litwą. - Dość szybko stało się dla mnie ewidentne, że to żadni turyści. Zrezygnowałem z pracy jeszcze w maju - twierdzi anonimowy informator, który miał pracować w Centrkurort.

Migranci na granicy polsko-białoruskiej w Usnarzu GórnymKomisarka Rady Europy o dramacie migrantów. "Sytuacja napawa niepokojem"

Białoruś otwiera bramy dla turystów

Śledztwo Reform.by wydobyło na światło dzienne wiele szczegółów całego procesu nielegalnej migracji do UE przez Białoruś. Choć dziennikarze zaznaczają, że nie znaleźli twardego dowodu na bezpośrednie zaangażowanie państwa białoruskiego w ten proceder. Jest jednak ewidentne, że na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy trasa do UE przez Białoruś, wcześniej uznawana za ryzykowną i dość drogą, drastycznie zyskała na popularności. Od maja do końca lipca liczba lotów z Iraku do Mińska podwoiła się. Jednocześnie znacznie spadły ceny wycieczek na Białoruś. Jeszcze rok temu było to co najmniej 850-1000 dolarów za osobę, podczas gdy w lipcu było to prawie o połowę mniej. Sporym ułatwieniem są tańsze i łatwiej dostępne turystyczne wizy krótkoterminowe.

Dziennikarze napisali do kilku Irakijczyków, którzy pod ogłoszeniami irackich biur turystycznych na Facebooku pytali o ceny wycieczek na Białoruś. Kilku odpisało, jeden szczegółowo opisał swoją podróż, która chyba skończyła się udanym przedostaniem do UE. Młody mężczyzna twierdził, że przemówienie Łukaszenki z maja na temat granic było wielokrotnie pokazywane w irackich mediach. Wszystkie tematy związane z migracją do Europy mają być gorącym tematem w Iraku czy Syrii, wobec czego takie wypowiedzi nie przechodzą bez echa. 25-latek od zawsze chciał wyjechać ze swojego kraju, który nazywa "piekłem na ziemi". Wcześniej nie było go jednak na to stać, bo tradycyjni przemytnicy, zazwyczaj oferujący dostanie się do UE w ciężarówce, żądali wielu tysięcy dolarów. Wycieczkę na Białoruś kupił z kilkoma kolegami za 700 dolarów od osoby. W cenie mieli transport, zakwaterowanie, wyżywienie, wizę i testy na koronawirusa. No i zwiedzanie kilku atrakcji w Mińsku oraz okolicach.

To ostatnie było im jednak zupełnie nie w głowie, bo jeszcze zanim przylecieli na Białoruś 10 lipca, mieli już wstępnie opracowany plan nielegalnego przekroczenia granicy Litwy. Nie spędzili nawet nocy w hotelu, tylko od razu ruszyli na zachód w kierunku miasta Lida w pobliżu granicy. Początkowo chcieli to zrobić komunikacją publiczną, ale ostatecznie wybrali taksówkę. Z powodzeniem dostali się na granicę z Litwą i ją przekroczyli, ale później mężczyzna przestał odpisywać na wiadomości dziennikarzy. Być może został zatrzymany i odebrano mu telefon, co jest standardową praktyką litewskich służb. Może kupił litewską kartę SIM i wyrzucił swoją starą.

Dziennikarze zdołali też porozmawiać z innym mężczyzną, którego historia była bardzo podobna. Wycieczkę kupił pod koniec czerwca, 13 lipca był już w Mińsku. Też nie spędził nawet jednej nocy w hotelu, ale dołączył się do grupy Irakijczyków, którzy przylecieli wcześniej i opracowali swój plan przedostania się na Litwę. Zrealizowali go z powodzeniem, ale zostali zatrzymani przez litewskie służby i zostali wysłani "do więzienia", czyli najpewniej jednego z prowizorycznych obozów. Od tego momentu kontakt się urwał.

Nagranie, które miało zostac wykonane przez Irakijczyka na granicy białorusko-litewskiej. Według opisu stwierdza, że wbrew obietnicom są zabezpieczenia i wskazuje na cały szereg kamer, ale tak właściwie to nie są one ważne, bo chodzi tylko o dostanie się na terytorium Litwy.

 

Pogranicznicy mają odwracać wzrok

Białorusini rozmawiali też z Syryjczykiem, który miał drugie obywatelstwo tureckie i na Białoruś przyleciał ze Stambułu. Opisał swój plan przedostania się przez granicę i dzień później urwał się kontakt. Mężczyźni mieli też opowiadać, że standardową praktyką jest niszczenie dokumentów po znalezieniu się na Białorusi i wymyślanie jakichś wspólnych historii dla służb. W mniemaniu migrantów ma to pomagać w uzyskaniu potem statusu uchodźcy. Żaden z rozmówców dziennikarzy nie mówił jednak nic o tym, że był w jakiś sposób bezpośrednio kierowany przez Białorusinów. W nielegalnym przekraczaniu granicy pomagają liczne grupy w mediach społecznościowych, gdzie migranci dzielą się radami, jak przedostać się z Białorusi do UE. Dostali szansę, z której skorzystali.

Dziennikarze "Reform.by" rozmawiali też z anonimowymi białoruskimi pogranicznikami. Twierdzili, że regularna białoruska straż graniczna otrzymała ustne, nieformalne rozkazy, aby przymykać oczy na migrantów. Zlikwidowano też nagrody za ich zatrzymywanie. Co więcej, nawet jeśli ktoś zostanie i tak złapany, bo będzie "zbyt bezczelny" na przykład przechodząc granicę tuż pod nosem funkcjonariuszy, to zamiast aresztu, postępowania, poważnej grzywny i deportacji z kilkuletnim zakazem powrotu, jest jedynie spisanie, pouczenie i puszczenie wolno. - To jest bardzo demoralizujące i wielu ludzi odchodzi ze służby, nie przedłużając kontraktów - twierdzi rozmówca dziennikarzy. Inny pogranicznik twierdzi, że do patrolowania granicę skierowano też funkcjonariuszy służb specjalnych.

Przytaczane są również wypowiedzi świadków, którzy widzieli ludzi o arabskim wyglądzie podwożonych busami w pobliże granicy, gdzie znajdowały się prowizoryczne posterunki jakichś umundurowanych służb. Pokazane jest też zdjęcie mężczyzn o bliskowschodnich rysach, stojących obok zielonego autobusu z rejestracjami białoruskiego wojska.

Bardzo podobny obraz migracji głównie Irakijczyków i Kurdów na białoruskich wizach turystycznych wyłania się ze śledztwa dziennikarzy litewskich mediów państwowych. Mieli oni między innymi dostęp do tych migrantów, którzy trafili do obozów przejściowych na terytorium Litwy po zatrzymaniu na granicy. Tu również mowa o boomie "turystyki" na Białoruś, łatwo dostępnych wizach i mnóstwie ludzi, którzy po znalezieniu się w hotelu w Mińsku tylko odpoczywali, po czym ruszali na granicę. W tej relacji pojawiają się jednak znacznie wyższe ceny za całą usługę przemycenia do UE. Mowa o tysiącach dolarów. Od kilku do kilkudziesięciu. Część biur turystycznych miała wręcz pobierać depozyt w wysokości kilku tysięcy dolarów, który miał być gwarancją, że turysta z Mińska wróci. Jeśli nie wrócił, to większość tego depozytu miała być przekazywana stronie białoruskiej.

Uzupełnieniem tych śledztw z lipca może być znacznie świeższe nagranie z Mińska autorstwa telewizji France 24. Francuski dziennikarz rozmawia na nim z kilkoma Irakijczykami kręcącymi się pod hotelem. Wszyscy deklarują, że chcieli się przedostać do UE, ale sytuacja na granicy się skomplikowała. Służby litewskie i polskie mają wyłapywać migrantów i odstawiać ich siłą na Białoruś. Jeden z mężczyzn mówi, że polska straż graniczna, albo policja, go już kilka razy ujęła, pobiła i zawróciła. Część z nich deklarowała, że są już zdecydowani wrócić do ojczyzny.

 
Więcej o: