Granica przyzwoitości i absurdu. Służby pilnują pasa trawy, a ludzie krzyczą: umieramy

- O, tędy wielu przechodzi - słyszę w okolicy granicy Polski i Białorusi. Od jakiegoś czasu coraz więcej migrantów dostaje się tędy na terytorium UE. Jedna z takich grup - jak mówi - miała zostać zatrzymana przez pograniczników przy pasie granicznym i przewieziona do wsi Usnarz. Od ponad dwóch tygodni koczują między polskimi a białoruskimi służbami, marznąc, pijąc wodę z rzeki i cierpiąc. O cierpieniu krzyczą, bo rozmawiać zwyczajnie nie mogą - wojsko i policja odsunęły od nich aktywistów i media.
Nikt nie opuszcza domu, chyba że dom jest paszczą rekina (...)  nikt nie zabiera swoich dzieci na łódź, chyba że na wodzie jest bezpieczniej niż na lądzie"

- w taki sposób o uchodźcach pisała kilka lat temu brytyjsko-somalijska poetka Warsan Shire. Z dala od polsko-białoruskiej granicy w Usnarzu wielu zastanawia się, czy koczujące tam 32 osoby nie chcą, czy nie mogą zawrócić na Białoruś (i może dalej?); czy są po polskiej czy białoruskiej stronie; czy to element działań reżimu Łukaszenki.

Dla marznących na kawałku pola ludzi, którzy przyjechali bronić azylantów, te pytania są wtórne czy wręcz nie na miejscu. Migranci - pochodzący, jak mówią, z Afganistanu - nie są na "wycieczce", jak można czasem wyczytać w mediach. Ubiegają się o ochronę, do czego mają prawo. Takich jak oni jest na naszej wschodniej granicy coraz więcej. Rząd mówi o "działaniach hybrydowych" i odpowiedzialnością obarcza władze Białorusi. Ale odcinając ludzi od kontaktu, rozmowy i możliwości ubiegania się o ochronę Polska także jest odpowiedzialna za tę sytuację - i prawnie, i moralnie. 

Granice absurdu

W Usnarzu Górnym jest kilka granic. Jest granica państwa. Zdaniem służb i rządu - nieprzekraczalna, choć w miejscu, gdzie nie stoi żaden słup graniczny stwierdzenie co do metra, gdzie ta granica się znajduje, wcale nie jest takie proste. Jest granica oddzielająca teren działania służb - na oko 200 metrów od granicy państwa - od miejsca, gdzie mogą przebywać dziennikarze i organizacje pozarządowe. Ta "granica" przebiega pośrodku pola należącego do jednego rolnika. Ten ostatni może ją przejechać, skosić łąkę, ale przejść nie mogą dziennikarze. Przepuszczono osoby z biura Rzecznika Praw Obywatelskich, ale już nie posła Franka Sterczewskiego z jedzeniem i lekami dla azylantów. 

Fundacja Ocalenie: Poseł Franciszek Sterczewski zatrzymany przez policję i SGFundacja Ocalenie: Poseł Sterczewski zatrzymany przez żołnierzy i Straż Graniczną

W którymś miejscu przebiega wreszcie granica, którą najłatwiej naruszyć - granica przyzwoitości. To, kto i jak ją narusza, trzeba ocenić samemu, patrząc na to, co się dzieje. 

Od kilku miesięcy coraz więcej migrantów przybywa na Białoruś i kieruje się na granice sąsiednich państw Unii Europejskiej, w tym do Polski. Według Straży Granicznej od początku sierpnia 900 takich osób zostało zatrzymanych i zabranych do specjalnych ośrodków, a ponad dwa razy tyle prób dostania się do Polski "udaremniono". Organizacje broniące praw człowieka zarzucają SG, że w ramach "udaremniania" stosuje tak zwane push-backi, czyli "odpychanie" będących już w Polsce migrantów za granicę.  

Grupa 32 azylantów opowiedziała aktywistom z Fundacji Ocalenie, że w pierwszej połowie sierpnia dostała się do Polski w sposób nieudokumentowany. Już na terytorium Polski mieli zostać znalezieni przez policję, która wezwała Straż Graniczną. Według ich relacji funkcjonariusze zabrali ich do ciężarówki i zamiast zawieźć do ośrodka strzeżonego, gdzie odbyłyby się formalne procedury, zawieźli ich do Usnarza i zmusili do przejścia powrotem na białoruską stronę granicy. Tam przebywali przez około 10 dni (ich obecność  potwierdzają lokalni mieszkańcy) do momentu, aż o grupie dowiedziały się media i organizacje pozarządowe. Po pierwszych próbach przekazywania pomocy przez aktywistów i posłów SG, razem z wojskiem, a później policją, odsunęła media i pozostałe osoby na około 200 metrów od obozowiska migrantów. Kępa nieskoszonej trawy na środku pola stała się nagle nową granicą.

Na skutek działań służb dochodzimy do kolejnej granicy - granicy ponurego absurdu, o którym mówi wiele osób na miejscu. Polskie służby nie pozwalają cywilom podejść bliżej migrantów, zaś aktywiści chcą im pomagać i monitorować sytuację. To doprowadziło do sytuacji, że stojący naprzeciwko policjantów i żołnierzy tłumacze krzyczą przez megafon, a uchodźcy starają się odkrzykiwać lub gestami odpowiadać na ich pytania. Przez jakiś czas służby zagłuszały te próby kontaktu silnikami i syrenami radiowozów.

Tłumacze, a także przedstawiciele Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur w biurze RPO potwierdzili, że stan azylantów jest coraz gorszy. We wtorek pięć osób mówiło, że źle się czuje, zaś w środę - po zimnej nocy - już większość grupy wskazywała na złe samopoczucie. W najgorszym stanie jest 52-letnia pani Gul, która jest poważnie chora - informuje fundacja Ocalenie. We wtorek dostali od strony białoruskiej chleb, w środę nie mieli już nic do jedzenia. Piją wodę ze strumienia. Załatwiają potrzeby fizjologiczne w lesie. 

Ludzie z biura RPO potwierdzili także - nie tylko pytając, ale też przeliczając - że w obozowisku są 32 osoby, a nie 24, jak wielokrotnie twierdziła Straż Graniczna. - Widzimy, że potrzebują dużego wsparcia psychologicznego - mówili. Po krótkiej wizycie w obozowisku z trudem powstrzymywali emocje, łamiącym głosem mówili o stanie Afgańczyków.

Zobacz wideo Przedstawiciel RPO: Każda z osób w Usnarzu wniosła o ochronę międzynarodową. Powinny zostać wpuszczone

Granice prawa

Choć duża część medialnej dyskusji - i wypowiedzi służb oraz polityków partii rządzącej - skupia się na tym, czy grupa migrantów jest po stronie polskiej czy białoruskiej, według prawników i aktywistów nie ma to znaczenia. Po pierwsze dlatego, że według ich własnej relacji byli już na terenie Polski i zostali wywiezieni na Białoruś bez żadnej procedury. Po drugie dlatego, że nawet będąc na "zielonej" granicy mogą oświadczyć Straży Granicznej, że chcą ubiegać się o ochronę międzynarodową w Polsce. 

Marcin Kusy z biura RPO powiedział, że także przed nimi - i w obecności funkcjonariuszy SG - oświadczyły wolę ubiegania się o status uchodźcy i "w związku z tym powinny być wpuszczone na terytorium Polski". - Polskie władze widząc, że te osoby przebywają w takich, a nie innych warunkach, są odpowiedzialne za naruszenie art. 3 Konwencji o ochronie praw człowieka, czyli artykułu o zakazie tortur i nieludzkiego traktowania. Taka jest nasza opinia - powiedział. 

- Po pierwsze te osoby deklarują, że były w Polsce i zostały wywiezione do Usnarza. Widzimy inne takie sytuacje - stwierdził Piotr Bystrianin z fundacji Ocalenie. - Po drugie to, gdzie dokładnie się znajdują, nie ma znaczenia. Jeśli są na polskiej granicy, w obecności funkcjonariusza Straży Granicznej oświadczają, że chcą ubiegać się o ochronę, to funkcjonariusz ma obowiązek umożliwić im zrobienie tego - dodał. 

Granice z drutem kolczastym

- Na pewno trzeba pomóc ludziom - mówi pani Irena Panasiuk, która pochodzi z wsi obok Usnarza i której syn jest właścicielem pola, na którym trwa impas. Zgodził się on na to, by przebywali tam aktywiści starający się pomóc uchodźcom. To jego pole przecina linia, za którą służby nie pozwalają wejść. 

Sama - wspomina - znalazła swoje miejsce poza Polską, od 30 lat mieszka w Belgii, a teraz tylko odwiedza syna. Podkreśla, że "każdy by zaniósł" jedzenie koczującym migrantom, ale teraz policja nie puszcza. 

Na miejscu nie ma raczej strachu przed grupą Afgańczyków w Usnarzu. Są jednak obawy, co będzie, gdy takich jak oni pojawi się coraz więcej. - Wszystkich przyjąć nie damy rady. Ci uchodźcy zresztą nie chcą tu mieszkać, chcą iść dalej. Może do Niemiec, może do Anglii - mówi. 

Pomóc ma płot, który wojsko chce stawiać na granicy. Już od lipca na około 100-kilometrowym pasie rozłożony jest drut żyletkowy. Ale od tego czasu liczba nieregularnych przekroczeń granicy nie spada, tylko rośnie. Czy wyższe ogrodzenie będzie skuteczne? Bystrianin uważa, że nie. - Mury nie działają. To pokazują przykłady innych krajów, które stawiają takie ogrodzenia czy mury. Ich efektem jest to, że więcej osób ginie na granicach, próbując je przekraczać, bo jest to bardziej niebezpieczne. Oraz to, że więcej zarabiają przemytnicy ludzi - ocenił. - Ci ludzie dalej będą szukać schronienia. To nie jest rozwiązanie - dodał.

Granica odpowiedzialności

Impas w Usnarzu to z jednej strony dramat 32 osób w złym - i pogarszającym się - stanie, z drugiej - tylko jeden wycinek tego, co dzieje się na polsko-białoruskiej granicy. W mediach opisywane jest, jak reżim Łukaszenki zezwala, a nawet wspiera migrację na granicę Polski. Dyktator mówił o tym zresztą otwarcie już w maju: "zatrzymywaliśmy narkotyki i migrantów - teraz sami będziecie ich łapać".

Jednak według obrońców praw człowieka to osobna kwestia od tego, że obowiązkiem Polski jest przyjąć i rozpatrzyć wnioski o nadanie statusu uchodźcy. Nawet, jeśli ci azylanci są wykorzystywani przez reżim w Mińsku. 

- To nie powinno być dla nas istotne. To kwestia polityczna, Polska czy Unia Europejska może rozmawiać z Białorusią i prowadzić politykę międzynarodową. My mówimy tu o przestrzeganiu prawa o ochronie osób uciekających przed prześladowaniem i to są dwie oddzielne kwestie - powiedział Piotr Bystrianin. Podobnie uważa poseł Franek Sterczewski, który w tym tygodniu był na granicy i próbował dostarczyć azylantom jedzenie i leki. Jego zdaniem potrzebne jest wywieranie presji na Mińsk, we współpracy w UE. - Ale to jasne, że Łukaszenka będzie tę sytuację wykorzystywał. I to nie zmienia faktu, że te osoby zasługują na naszą solidarność i mają prawo ubiegać się o azyl - powiedział.

Zajmujący się migracjami prof. Mikołaj Pawlak napisał w mediach społecznościowych, że takie działania władz Białorusi "nie przekreślają ich (azylantów - red.) prawa do ubiegania się o ochronę międzynarodową w naszym kraju. Na tym właśnie polega sytuacja uchodźca, że w desperacji próbuje się różnych dróg ucieczki z kraju, w którym zagraża niebezpieczeństwo". Zwrócił też uwagę, że są dowody na to, iż "Białoruś nie jest dla tych ludzi państwem bezpiecznym".

Powiedział też, że to element szerszego procesu "eksternalizacji granic" UE. Chodzi o to, że jako Unia staramy się przekonywać inne państwa - np. Turcję, Libię, Maroko - by te nie pozwalały migrantom dostawiać się do granic UE i na swoim terytorium zajmowały się przybyłymi. Tyle że właśnie to daje takim krajom - a na ogół nie są to państwa demokratyczne - narzędzie do wywierania presji i grożenia zatrzymaniem kontroli na granicach. Tak jest też w przypadku Białorusi - jak przypomniało Stowarzyszenie Interwencji Prawnej, UE inwestowała duże środki we wspieranie białoruskich pograniczników.

"Współpraca z dyktatorami (nawet w okresie, gdy są "ciepłymi ludźmi") w tzw 'uszczelnianiu' granic UE, to ryzyko, że w przyszłości wykorzystają przeciwko nam dane im przez nas narzędzia" - stwierdził socjolog. 

Pawlak napisał także:

Obecnie Polska, aby 'skontrować' Łukaszenkę, poniża, głodzi i powoduje zagrożenie życia dla osób, które są ofiarami jego machinacji. Przecież w ten sposób stajemy się współsprawcami. (...) Z dyktatorami stosującymi brudne posunięcia trudno się rywalizuje. Gdy zaczynamy grać podobnie nieczysto, przegrywamy, bo stajemy się podobni do nich.
Więcej o: