Usnarz Górny. Straż graniczna odsuwa media od uchodźców. "Padł komunikat, że jesteśmy na terenie prywatnym"

Jak relacjonuje reporterka TVN24, media nie są dopuszczane do obozowiska uchodźców na granicy polsko-białoruskiej. Służby poinformowały, że jest to teren prywatny. - Straż graniczna przesuwała media coraz dalej, tak żebyśmy widzieli coraz mniej - powiedziała.

Od 13 dni kilkadziesiąt osób z Bliskiego Wschodu koczuje w pasie rozgraniczającym Polskę i Białoruś w pobliżu miejscowości Usnarz Górny na Podlasiu. Na miejsce regularnie dojeżdżają przedstawiciele Fundacji Ocalenie, przez długi czas pomocy próbował udzielać też poseł Lewicy Maciej Konieczny. W sobotę do pograniczników, którzy nie przepuszczają uchodźców i nie pozwalają dostarczać im m.in. jedzenia, dołączyło wojsko.

- Zastała nas absurdalna sytuacja, ponieważ jest tutaj szpaler żołnierzy razem ze strażą graniczną. Panowie dostali rozkaz, żeby nikogo nie przepuszczać, dlatego że to jest teren prywatny. (...) To bardzo utrudnia kontakt z tymi osobami i one już nie widzą nikogo. Wiedzieli, że mają jakieś wsparcie, że mogą prosić o pomoc, teraz zostali sami z wojskiem i strażą graniczną - powiedział w TVN24 Piotr Bystrianin, prezes Ocalenia.

"Ekipa usłyszała komunikat, że jest na terenie prywatnym i nie może tam stać"

W okolicach obozowiska są też media. Służby uniemożliwiają im jednak dostęp do uchodźców. Reporterka TVN24 Marta Abramczyk mówiła na antenie, że obecnie dziennikarze są odsunięci na tyle daleko, że nie widzą uchodźców. - Najpierw byliśmy właściwie przy samym obozowisku, później kordon straży granicznej odgrodził to miejsce, zaparkowano tam wozy wojska i straży granicznej, żeby zasłonić nam to miejsce i to się funkcjonariuszom udało, bo już z tamtego miejsca mało widzieliśmy. Następnie nasza ekipa, która była na miejscu, usłyszała komunikat, że jesteśmy na terenie prywatnym i nie możemy tam stać, musimy to miejsce opuścić i straż graniczna przesuwała media coraz dalej, tak żebyśmy widzieli coraz mniej - mówiła. 

- Dziś jesteśmy w punkcie, z którego nie możemy dalej pojechać. W nocy intensywnie padało, jest tam pełno błota i droga jest dla nas nieprzejezdna. Spróbujemy dostać się tam pieszo, ale już widzę, że może być problem, ponieważ straż graniczna blokuje teren - zapowiadała. 

W kolejnym wejściu podała, że próbowała podejść bliżej obozowiska, ale została zablokowana przez wojsko. - Z tej odległości, z której mogliśmy patrzeć, niewiele widać. Funkcjonariusze bardzo się starają, żeby media nie mogły zobaczyć, co tam się dzieje - dodała.

Rzeczniczka straży ppor. Anna Michalska powiedziała w rozmowie z TVN24, że "po stronie polskiej nie ma żadnych grup koczujących imigrantów". - Ta grupa znajduje się po stronie białoruskiej. Kontaktowaliśmy się ze służbą graniczną Białorusi i oni potwierdzają, że ta grupa jest po ich stronie. Prosiliśmy też o jakąś reakcję, w razie gdyby potrzebna była pomoc tym ludziom. Służba graniczna Białorusi taką pomoc obiecała - powiedziała Michalska. 

"Każda, nawet najmniejsza rzecz, traktowana jest jako przemyt"

W piątek do uchodźców przyjechały m.in. posłanki Urszula Zielińska i Klaudia Jachira. - Przyjechałyśmy na miejsce, by wesprzeć migrantów i prawników w procesie ubiegania się o ochronę międzynarodową. strażnicy graniczni na to nie pozwolili. Byli głusi na nasze argumenty, prośby czy immunitet. Nie mogłyśmy też przekazać darów od was... Każda, nawet najmniejsza rzecz, traktowana jest jako przemyt - wyjaśniła Zielińska. 

Na miejscu był też senator Aleksander Pociej. - Mimo obecności tłumacza, nie pozwolono mi porozmawiać z nimi, aby bezpośrednio dowiedzieć się czegoś więcej. Próbowałem rozmawiać na temat tej patowej sytuacji z funkcjonariuszami straży granicznej. Wszyscy bali się zamienić chociaż słowo. Komendant placówki w Szudziałowie, wbrew obowiązkom ciążącym na nim wobec Senatora RP, w ogóle odmówił mi spotkania... - napisał. 

Czytaj więcej o sytuacji uchodźców na granicy:

Więcej o: