Po 24 godzinach pracy podjął decyzję, która zabiła 67 osób. Najgorszy wypadek PKP, który jest i pozostanie zagadką [TAKA CIEKAWOSTKA]

Dlaczego doświadczony maszynista ruszył, choć nie miał na to pozwolenia, wyjechał na zły tor i zaczął się rozpędzać? Był przytomny i na tyle sprawny, żeby normalnie obsługiwać lokomotywę. Osiem sekund przed zderzeniem, kiedy zauważył pędzący z drugiej strony pociąg osobowy, sprawnie rozpoczął awaryjne hamowanie. Było już jednak o wiele za późno.

Świtem 19 sierpnia 1980 roku pociąg towarowy prowadzony przez Mieczysława Roscheka stanął na drodze pociągowi osobowemu, jadącemu z Torunia do Łodzi. W pobliżu Otłoczyna oba zderzyły się czołowo z prędkością sumaryczną przekraczającą 100 km/h.

Przybyli na miejsce ratownicy nie mogli zrozumieć, dlaczego na miejscu katastrofy widzą tylko sześć wagonów osobowych, podczas gdy powinno ich być siedem. Dopiero, licząc masywne wózki z kołami, doszli do wniosku, że wszystkie są. A raczej to, co z nich zostało. Siła uderzenia była tak duża, że pierwszy wagon pociągu pasażerskiego dosłownie zniknął, zmiażdżony pomiędzy masywną lokomotywą, a resztą pociągu.

Brak wyjaśnienia, pojawiły się więc teorie spiskowe

Katastrofa pod Otłoczynem była i jest najgorszą w historii polskich kolei. Zginęło w niej 67 osób, a drugie tyle zostało rannych. W okresie II wojny światowej na ziemiach należących obecnie do Polski prawdopodobnie doszło do katastrof z większą liczbą ofiar, ale nie są one dobrze udokumentowane i doszło do nich pod szyldem niemieckiej Reichsbahn. Co istotne, do dzisiaj nie jest jasne, dlaczego 41 lat temu w ogóle doszło do katastrofy na łuku torów prowadzących z Torunia na południe.

Brak jednoznacznego wyjaśnienia i wielka tragedia automatycznie stają się pożywnym gruntem dla różnych teorii. Tym bardziej że katastrofa miała miejsce tuż obok dużego poligonu wojskowego, a sierpień 1980 roku był okresem wielkich napięć w kraju. Powstała "Solidarność", całe państwo ogarniała fala strajków, władze na czele z Edwardem Gierkiem traciły kontrolę. Szeptano o możliwej radzieckiej interwencji w celu zdławienia polskiego buntu.

Pociąg pasażerski prowadziła polska lokomotywa SU45Pociąg pasażerski prowadziła polska lokomotywa SU45 Fot. Paweł Okrzesik/Wikipedia CC BY-SA 3.0

Niemal od razu pojawiły się teorie, że za katastrofą stoi ktoś trzeci. Ktoś, kto wsiadł do lokomotywy pociągu towarowego i zmusił Roscheka do rozpoczęcia jazdy, po czym wyskoczył. Jeden z ratowników jeszcze przez lata twierdził, że na wagonie pierwszego pociągu towarowego, który przejechał obok miejsca katastrofy po uprzątnięciu jednego toru, było napisane: "Otłoczyn, preludium Gdańska". Miało to sugerować jakiś związek katastrofy z rzekomym planem zdławienia protestu w stoczni Gdańskiej. Szeptano o tym, że wypadek miał zablokować transporty wojsk radzieckich czy polskich, wysłanych przeciw demonstrantom.

Śledczy oficjalnie wykluczyli, jakoby ktoś trzeci był w kabinie maszynisty i sterroryzował Roscheka. Wszystko wskazywało na to, że działał w pełni świadomie i samodzielnie. Zapisał nawet w dokumentach godzinę odjazdu. Hamować zaczął dopiero wtedy, kiedy mógł zauważyć światła drugiego pociągu wyjeżdżającego zza zakrętu w wąwozie. Osiem sekund przed zderzeniem. Oficjalnie całą winę złożono na jego barki. Przyczyną zguby 67 osób miała być jego chciwość. Nie ma jednak co do tego pewności. Roschek nie mógł wyjaśnić, dlaczego zrobił to, co zrobił, bo zginął na miejscu w kabinie lokomotywy. Nic nie wskazuje na to, żeby próbował uciekać, tak jak maszynista drugiego pociągu, który zdołał przeżyć.

Superszybki pociąg maglev opracowany przez chińską korporację CRRCChiny mają najszybszy pociąg świata. Trzeba tylko do niego dobudować tory

Bo pracował zdecydowanie za długo

Główną winą Roscheka wskazaną przez śledczych było to, że w momencie katastrofy pracował już 25 godzinę. Zaczął dzień wcześniej o czwartej rano w lokomotywowni Chojnice. Od początku miał problemy, bo przydzielona mu lokomotywa nie chciała się uruchomić, wysłano go więc na kolejną. Przez bałagan został jednak z papierami (wykazami) na jazdę dla obu. W praktyce oznaczało to, że mógł oszukać system i dodatkowo zarobić. W PKP wysokość pensji maszynisty była wówczas uzależniona od liczby godzin przepracowanych w miesiącu. Według śledczych Roschek najwyraźniej postanowił wykorzystać sytuację.

Maszynista na każdym wykazie mógł pracować maksymalnie 12 godzin. Taki był limit, aby unikać nadmiernego przemęczenia i zwiększenia ryzyka popełnienia błędów. Roschek poprowadził jednak kolejno szereg pociągów towarowych na trasie Chojnice-Piła-Bydgoszcz-Toruń. W tym ostatnim mieście znalazł się około północy, po 20 godzinach pracy. W lokomotywie spędził niecałe 14 z tych godzin. Według śledczych w Toruniu oszukał dyspozytorów, przedstawiając im drugi wykaz i oświadczył, że pracę zaczął dwie godziny wcześniej w Bydgoszczy. Wobec czego wymieniono tylko jego pomocnika i wysłano do pobliskiego Otłoczyna, gdzie miał podjąć kilkanaście pustych węglarek i poprowadzić je do stacji Wrocki. Do małej stacji na południe od Torunia dotarł ze swoją lokomotywą około godziny drugiej. Podłączył ją wraz z pomocnikiem do węglarek i zaczął czekać na sygnał do rozpoczęcia jazdy na północ.

Pociąg towarowy prowadziła lokomotywa spalinowa ST44 produkcji radzieckiej, popularnie nazywana GagarinemPociąg towarowy prowadziła lokomotywa spalinowa ST44 produkcji radzieckiej, popularnie nazywana Gagarinem Fot. Travelarz/Wikipedia CC BY-SA 3.0

W tym samym czasie na stacji Toruń Główny stał pociąg osobowy przygotowany do jazdy do Łodzi. Miał ruszyć jeszcze przed czwartą, ale czekał na opóźniony pociąg pośpieszny z Kołobrzegu, z którego miały zostać do niego podczepione dwa dodatkowe wagony. Ostatecznie wyruszył o 4:18, z 41 minutami opóźnienia. Większość pasażerów stanowiły osoby, które przesiadły się z pociągu z Kołobrzegu. Głównie rodziny z dziećmi, wracające z wakacji nad morzem, oraz same dzieci wracające z kolonii. Pociąg po ruszeniu ze stacji zaczął się planowo rozpędzać i szybko osiągnął 80 km/h.

O 4:20 z do dzisiaj nieustalonych przyczyn Roschek zwolnił hamulce i zaczął wyjeżdżać ze stacji Otłoczyn. Miejscowi dyżurni byli zaskoczeni, bo nie wydali mu na to pozwolenia. Nie zmienili światła na semaforze. Nie mieli jednak co zrobić, żeby go zatrzymać. Mogliby co najwyżej trąbić trąbką albo machać chorągiewką, ale w ciemności, lekkiej mgle i przy huku toczących się pustych węglarek to nie miało żadnego sensu. Zadzwonili szybko na posterunek Brzoza Toruńska, który znajdował się na drodze pociągu towarowego i ostrzegli o sytuacji. Usłyszeli jednak, że przez Brzozę Toruńską przejechał właśnie rozpędzony pociąg osobowy jadący w drugą stronę po tym samym torze. Wszyscy dyżurni w takiej sytuacji zdali sobie sprawę, że za chwilę dojdzie do katastrofy. Nie mieli już co zrobić. Mogli tylko czekać.

Wypadek kolejki wąskotorowej w Austrii (Fot: Youtube)W austriackich Alpach wykoleił się pociąg. Wagon wpadł do rzeki

System swoje dołożył

Sceny na miejscu katastrofy miały rozdzierać serca nawet najbardziej wytrzymałych milicjantów i ratowników. Krzyki i jęki dobiegające z wrakowiska, które powoli cichły, ponieważ nie było jak na czas dostać się do rannych. Porozrzucane ciała i kończyny. Zwłoki wręcz wysypujące się ze zniszczonego wagonu po podniesieniu go z ziemi przez dźwig. Oszalała z rozpaczy ranna kobieta, która po wyciągnięciu z wraku nie pozwoliła się przenieść dalej, ponieważ w zmiażdżonym przedziale został jej syn i mąż. Ich ciała wyciągnięto dopiero po kilku godzinach.

Ustalenie bezpośredniej przyczyny tego dramatu było proste. Pociąg towarowy prowadzony przez Roscheka nie powinien był wyjechać ze stacji i wjechać na ten tor. Nie miał na to zgody. Jednak dlaczego maszynista ruszył, choć według śledczych światło na semaforze się nie zmieniło? Prokuratura uznała, że najprawdopodobniej popełnił błąd z powodu przemęczenia. Może stwierdził, że światło się zmieniło, bo uległ złudzeniu optycznemu? Nie ma i nigdy nie będzie pewności. Generalnie winę złożono na barki maszynisty, który wiedziony chciwością sfałszował dokumenty i pracował zdecydowanie za długo.

Zdjęcia postanowienia prokuratury o umorzeniu śledztwa w sprawie katastrofy

40 lat po katastrofie została wydana książka "25 godzina", autorstwa Jonasza Przybyszewskiego, studenta psychologii, który postanowił uczynić katastrofę w Otłoczynie tematem swojej pracy magisterskiej. Zgromadził wszystkie dostępne dokumenty ze śledztwa, w tym zeznania świadków. I stwierdził, że wina Roscheka nie była taka jednoznaczna. Podczas postoju w Pile miał próbować uniknąć dalekiej jazdy do Bydgoszczy i Torunia. Dzwonił do swoich przełożonych w Chojnicach, prawdopodobnie chcąc zmiany przydziału, co by przeczyło teorii o chciwości.

Nie potrafił jednak rzucić nowego światła na to, dlaczego maszynista podjął feralną decyzję o ruszeniu pociągiem. Sugerował jednak, że istotną przyczyną tragedii były problemy systemowe PKP. Były wakacje, dużo urlopów, strajki rozregulowały system transportowy, było ogromne zapotrzebowanie na maszynistów i lokomotywy. Ludzie byli bardzo przeciążeni pracą. Jednocześnie systemowo przymykano oko na limity pracy, normy i zasady bezpieczeństwa. Ze względu na koszty nie wprowadzano systemów bezpieczeństwa, które na przykład pozwoliłyby dyżurnym zdalnie zatrzymać wszystkie pociągi w okolicy. W takiej sytuacji katastrofa była tylko kwestią czasu. Padło na Otłoczyn świtem 19 sierpnia 1980 roku.

Zobacz wideo
Więcej o: