Ratownicy medyczni protestują. We wrześniu karetki nie wyjadą do ludzi. "Czekamy na ruch ministerstwa"

Ratownicy medyczni, w ramach protestu przeciw obecnym warunkom zatrudnienia, masowo składają wypowiedzenia albo idą na zwolnienia lekarskie. Ostrzegają, że jesienią dojdzie do paraliżu, a karetki nie będą wyjeżdżać do ludzi, bo nie będzie miał w nich kto dyżurować. Rząd twierdzi, że to pracodawcy odpowiadają za podwyżki, z kolei pracodawcy twierdzą, że dostają zbyt mało pieniędzy od rządu.

Ratownicy medyczni walczą o lepsze warunki pracy oraz wyższe wynagrodzenia. Część z nich w geście sprzeciwu wobec sytuacji składa wypowiedzenia, inni udają się na zwolnienia lekarskie. Jeśli sytuacja się szybko nie poprawi, we wrześniu może nas czekać paraliż, w związku z czym karetki nie dojadą do potrzebujących pacjentów. Swoją pracę ograniczyło do jednego etatu ok. 10 proc. ratowników. Oficjalny powód to ich stan zdrowia - do tej pory pracowali na kilku etatach z uwagi na niedobór pracowników. Akcja protestacyjna trwa w całym kraju. 

Zobacz wideo Heroiczna walka medyków. Psychiatra: To gigantyczny stres. Grozi im wypalenie

Piotr Dymon: Pensje nie są takie, jak oczekiwaliśmy

W piątek w TVN24 na temat protestów wypowiedział się przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych Piotr Dymon. - Pomimo tego, że od 1 lipca tego roku wprowadzono znowelizowaną ustawę o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego niektórych pracowników zatrudnionych w podmiotach leczniczych, różowo nie jest. Pensje nie są takie, jak oczekiwaliśmy - mówił. Według jego relacji nie zrealizowano żadnego z postulatów ratowników. - Czekamy na ruch ministerstwa, jak zamierzają ten problem rozwiązać - dodał. 

Znowelizowana ustawa wprowadza, co prawda, minimalny pułap wynagrodzenia zasadniczego, ale stawki nie są takie same. Na jednym etacie, którego pensum to 160 godzin miesięcznie, wynoszą od 3200 do 4200 zł brutto, maksymalnie 4500 zł. Wszystko dlatego, że w każdym zakładzie pracy premie i dodatki funkcyjne są zróżnicowane.

Ratownik zarobił niecałe 3,2 tys. za miesiąc pracy. 'Pomagamy ludziom, którzy nie istnieją dla społeczeństwa'3,2 tys. dla ratownika za miesiąc pracy. "Współczesna forma niewolnictwa"

Po ustaleniach z ministrem zdrowia Ogólnopolski Związek Zawodowy Ratowników Medycznych był przekonany, że powstanie "akt prawny, który będzie powodował, że dodatek ministerialny, który ratownicy otrzymywali, wejdzie na stałe do pensji, poza działaniem ustawy o minimalnym wynagrodzeniu".

- Stało się coś ciekawego, bo z dniem 1 lipca zaczęła obowiązywać ustawa o minimalnym wynagrodzeniu, a jednocześnie przestał funkcjonować dodatek w takiej formie, w jakiej był. Został przekazany do dyspozycji pracodawcom - tłumaczył Piotr Dymon. 

Rząd wskazuje na pracodawców. Pracodawcy na rząd 

- My nie mamy możliwości, żeby sobie co jakiś czas te stawki zmieniać, dlatego że dochodzimy do punktu, gdzie będziemy musieli zdecydować, czy zakupimy leki, czy zakupimy paliwo. Decyzja leży po stronie ministerstwa. To oni mają pieniądze i to oni te pieniądze przyznają - mówił w TVN Warszawa rzecznik Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego i Transportu Medycznego "Meditrans" w Warszawie Piotr Owczarski.

Z kolei wiceminister zdrowia Waldemar Kraska przedstawia sprawę inaczej. Według niego to w gestii pracodawców są podwyżki. - Ministerstwo przekazuje środki, a pracodawcy powinni indywidualnie w całym kraju do takich porozumień dojść - przekonuje wiceszef resortu. Ministerstwo zapewnia, że przekazuje pieniądze, a pracodawcy twierdzą, że nie otrzymali ich tyle, aby mogli zwiększyć pensje. W centrum tego sporu są ratownicy, którzy uznali, że nie mogą dłużej godzić się na coś takiego. 

- Bez radykalnego urealnienia stawek za dobo karetkę, nie będzie możliwe zadośćuczynienie oczekiwaniom finansowym ratowników, co może odbić się na funkcjonowaniu całego systemu - przekazał Bogdan Kalicki, dyrektor Wojewódzkiej Stacji pogotowia Ratunkowego w Białymstoku w "Faktach" TVN.

Ratownicy walczyli o równa płace. Zostali zwolnieni 

Trzej ratownicy, działacze związkowi, otrzymali wypowiedzenia od dyrektora Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Przemyślu. "Pracownicy zostali zwolnieni w związku z ciężkim, umyślnym naruszeniem obowiązków pracowniczych, stwarzających zagrożenie dla funkcjonowania zakładu pracy oraz życia i zdrowia pacjentów" - przekazał WSPR. Ratownicy chcą skierować sprawę do sądu pracy. 

Jak tłumaczył Interii jeden ze zwolnionych ratowników Jakub Boczar, związek od jakiegoś czasu miał problem z dogadaniem się z dyrektorem stacji w kwestii zarobków. - Dyrektor podzielił nas płacowo na ratowników, którzy posiadają wykształcenie licencjackie i tych, którzy skończyli szkołę policealną. Ustalił dwa różne współczynniki, upierając się, że takie są przepisy ustawy. Na początku na ten podział się zgodziliśmy. Dyrektor zapewniał, że tak to wygląda teraz, ale później on to wszystko wyrówna. Tak się nie stało - tłumaczył Jakub Boczar, dodając, że walczyli jedynie o równe płace. 

Ratownicy medyczni protestują. Dyrektor pogotowia w Gorzowie Wielkopolskim próbuje ratować sytuację 

Przypomnijmy, ratownicy medyczni z całej Polski w akcie protestu po nowelizacji przepisów, po której nie otrzymują już dodatków covidowych, składają wypowiedzenia bądź idą na zwolnienia lekarskie. Na początku sierpnia wypowiedzenia złożyli wszyscy ratownicy kontraktowi z Białegostoku. Po nich zrobili to również ratownicy m.in. z Wrocławia, Zamościa czy Człuchowa. W poniedziałek (16 sierpnia) krok taki podjęli także pracownicy Samodzielnej Publicznej Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Gorzowie Wielkopolskim.

Ratownik medyczny (zdjęcie ilustracyjne)Gorzów Wielkopolski. Wszyscy ratownicy złożyli wypowiedzenia

Jak pisaliśmy w Gazeta.pl, wypowiedzenia złożyło 41 ratowników. Dyrektor gorzowskiej stacji Andrzej Szmit nie był zdziwiony. - Można było się spodziewać buntu ratowników medycznych, po tym jak został obcięty dodatek covidowy. Miesiąc temu napisałem pismo do wojewody lubuskiego z prośbą o przeznaczenie wyższych nakładów na zespoły ratownictwa medycznego, jednak do tej pory nie dostałem odpowiedzi - mówił. 

Na dzień po złożeniu przez ratowników wypowiedzenia dyrektor zaproponował podwyżki do 55 zł za godzinę pracy [do tej pory było to 31 zł - red.]. - Z adekwatnym przeliczeniem tej stawki na wynagrodzenia ratowników etatowych oraz proporcjonalny wzrost stawek godzinowych dla wszystkich lekarzy, mających podpisane kontrakty z naszą jednostką - pisał w liście do przewodniczącego NSZZ Solidarność Stanisława Brygiera. 

Więcej o: