Kto był w wojsku, ten w cyrku się nie śmieje. Defilada i piknik to święto, codziennie jest inaczej

Połowa samochodów stoi, bo przez pół roku nie ma umowy na dostawy części zamiennych, a każdy bez wyjątku pamięta PRL. Żołnierze są przytłoczeni szkoleniami dla licealistów i piknikami, a dla nich samych nie ma kursów czy nawet amunicji. Do służby trzeba brać kogo się da, bo chętnych mało, a Warszawa chce większych liczb. To jest codzienność Wojska Polskiego.

Tego wszystkiego nie widać podczas defilady, pikników czy konferencji prasowych z udziałem ministra. Nie widać tym bardziej 15 sierpnia, w dzień święta Wojska Polskiego. W tym roku z tej okazji nie będzie wielkiej defilady. W MON postanowiono uczcić 101. rocznicę zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej licznymi piknikami z udziałem żołnierzy. Piknikami, które stały się dla nich na przestrzeni ostatniego roku prawdziwą zmorą.

- Cała armia jest przestawiona na pikniki, festyny i akcje promocyjne. Nie ma wolnego weekendu bez jakiegoś wydarzenia. W tym wszystkim mam wrażenie, że szkolenie zeszło na dalszy plan - mówi nam anonimowo doświadczony żołnierz zawodowy, który w tym roku zdecydował się "rzucić kwitami". Czyli odejść z początkiem przyszłego roku ze służby. Po trzech dekadach w mundurze. Nie ze względu na wiek i zmęczenie, ale ze względu na to, co się dzieje z polskim wojskiem. To, co opowiada, pozwala sobie wyobrazić, z jakimi problemami muszą się na co dzień borykać polscy żołnierze. Przy czym stary sprzęt to jeden z nich i wcale nie wywołuje najwięcej emocji.

Zobacz wideo

Więcej rekruta, za wszelką cenę

Nie trudno się domyślić, że defilady, pikniki, pokazy, minister, błyszczący w słońcu ciężki sprzęt, wypięte piersi generałów i salwy honorowe to tylko fasada. Za nią są stare sypiące się samochody, permanentne niedobory w wyposażeniu i mundurach, użeranie się z zaopatrzeniem o każdy drobiazg i złotówkę, brak strzelnic, brak miejsca na poligonach, a nawet brak amunicji do szkoleń. Na dodatek narastający od lat kryzys szkolnictwa wojskowego, który jest źródłem frustracji jak nic innego, bo choć w wojsku jest dużo ludzi, którym się chce i którzy potrafią, to mogą latami czekać na miejsce na odpowiednim kursie oraz awans. Jednocześnie Warszawa wywiera ogromną presję na przyjmowanie do służby jak największej liczby ludzi. Wszak minister Mariusz Błaszczak ogłosił, że armia ma się zwiększyć dwa razy.

- Efekt tego taki, że dla poprawy wyników podczas kwalifikacji kandydatów do służby w jednostkach zabroniono przeprowadzać dodatkowe testy czy sprawdziany sprawności fizycznej - mówi nam żołnierz. Jak komisja wojskowa dała kategorię A, to nie ma dyskusji. Dla naszego rozmówcy to frustrujące, bo służy w brygadzie, gdzie żołnierze muszą być bardziej sprawni niż w zdecydowanej większości wojska. - Co więcej, z rozmów kwalifikacyjnych wycięto psychologa jednostki, który kiedyś oceniał kandydatów pod kątem ich stabilności. Widocznie w Warszawie wyszli z założenia, że jeśli ten psycholog odrzuca nawet połowę kandydatów, to jest jego wina, a nie marnego narybku. I teraz my, normalni żołnierze, członkowie komisji, musimy wyławiać tych zaburzonych - opisuje żołnierz. - W efekcie widzimy gości, którzy fizycznie mieliby problem z samodzielnym zawiązaniem butów, a oni chcą im broń do ręki dawać. Kurde, my tu miewamy nawet jakichś "sekciarzy" wierzących w końce dziejów, czy statki obcych, którzy przylecą uratować godnych... - dodaje.

Ogromna presja na przyjmowanie jak największej liczby kandydatów do służby, nieważne jak nieoptymalnych, to efekt wizji obecnego kierownictwa MON. Chce ono ponad dwukrotnie zwiększyć rozmiar polskich Sił Zbrojnych. Do 250 tysięcy żołnierzy zawodowych i jeszcze 50 tysięcy żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. Rzeczywistość jest natomiast taka, że pomimo szeregu podwyżek, zarobki w wojsku nie należą do przesadnie atrakcyjnych. Dodatkowo populacja Polski się starzeje i kurczy. Młodych, chętnych i nadających się na żołnierza jest więc coraz mniej. Tak znaczące powiększenie wojska bez jakichś drastycznych rozwiązań jest więc ogromnym wyzwaniem. Na początku rządów PiS było niecałe 100 tysięcy żołnierzy zawodowych. W 2020 roku MON chwalił się osiągnięciem liczby 110 tysięcy. Ponieważ do tej pory efekty były mierne, utworzono specjalne biuro Programu Zostań Żołnierzem RP, które ma poprawić skuteczność kampanii rekrutacyjnej. - No i poprawili. Ten rok jak nic upływa pod znakiem tego biura i jego szefa, generała Artura Dębczaka. Wierny pretorianin ministra Błaszczaka. Obiecał dodatkowych rekrutów i są dodatkowi rekruci. Tylko nikt nie mówi o tym, jakim kosztem to osiąga - mówi żołnierz.

Ulotka promująca tegoroczne obchody święta Wojska Polskiego, która są wielką akcją rekrutacyjną w ramach programu Zostań Żołnierzem RPUlotka promująca tegoroczne obchody święta Wojska Polskiego, która są wielką akcją rekrutacyjną w ramach programu Zostań Żołnierzem RP Fot. Maciej Nędzyński/CO MON

Żołnierz, na kurs to se poczekasz

Jednostki są też przygniecione obowiązkiem zadbania o kolejny pomysł na zwiększenie liczby kandydatów do służby i budowę rezerw. Czyli klasy mundurowe, zastępowane obecnie przez oddziały przygotowania wojskowego. To coś dla młodzieży w wieku licealnym, która jest zainteresowana wojskiem i jeszcze podczas nauki chciałaby przejść wstępne przeszkolenie. Koncepcja chwalebna, wykonanie dyskusyjne.

- Teoretycznie jest tak, że to szkoły powinny przyjść do jednostki i spytać, czy ta ma chęć i możliwości zostać patronem. Czyli odpowiadać za praktyczne szkolenia oraz tygodniowy obóz raz w roku. Tylko tak to jest, że kto zna posła, czy ma dojście do ministra, to pociąga za sznurki i z Warszawy przychodzi polecenie, że oto jesteście jednostką patronacką dla takiej to a takiej szkoły. I potem się okazuje, że batalion liczący 300 chłopa ma pod sobą w praktyce kilka szkół i jakieś niedobitki po klasach mundurowych, czyli będzie razem jakichś 300 uczniów. No i weź wszystkim ogarnij jakieś sensowne ćwiczenia i obozy. Efekt jest taki, że jednego dnia jakiś pokaz promocyjny, drugiego szkolenie dla szkoły, trzeciego dla klasy, czwartego akcja proszczepienna i w piąty może wciśniesz normalne szkolenie. No a w weekend obowiązkowo jakiś piknik militarny - zżyma się żołnierz.

'Powiatowy dzień bezpieczeństwa', czyli akcja promocyjna 4. Pułku Przeciwlotniczego'Powiatowy dzień bezpieczeństwa', czyli akcja promocyjna 4. Pułku Przeciwlotniczego Fot. 4. Pułk Przeciwlotniczy

Dodatkowo źródłem frustracji jest to, że o rekruta zabiega się każdym możliwym sposobem, ale ci już będący w wojsku często mają pod górkę. Chodzi zwłaszcza o szkolenia i kursy niezbędne do awansów oraz objęcia nowych stanowisk. Już od wielu lat sytuacja się pogarsza przez braki kadrowe, lokalowe i finansowe ośrodków szkolenia oraz szkół podoficerskich. Po prostu jest mało wolnych miejsc na kursach. Wymagania są tak wyśrubowane, że bez idealnej teczki osobowej nie ma co liczyć na zakwalifikowanie. Efekt jest taki, że jednostki są pełne ludzi służących na dwóch stanowiskach. Pierwszym oficjalnym i od lat tym samym, oraz drugim nieoficjalnym, na którym było kogoś potrzeba, ale nie było szansy załatwić mu kursu uprawniającego do jego zajęcia. - I potem się okazuje, że nie ma kto dowodzić w polu wojskiem, bo choć w takiej kompanii w papierach jest pełna obsada, to faktycznie dowódcy drużyn czy sekcji już nawet od lat pełnią obowiązki na przykład w sztabach - opowiada żołnierz. - Jeszcze lepsze jaja są u oficerów. Przeciągi kadrowe (utworzenie WOT i 18. Dywizji, stosunkowo duża skala odejść oficerów starszych w początkowym okresie rządów PiS, co spowodowało "ssanie" w górę - red.) spowodowały, że to co dawniej było marzeniem oficera, czyli dowodzenie kompanią, teraz dostaje byle podporucznik po szkole. Ogólnie mamy armię, gdzie kompaniami zamiast kapitanów dowodzą podporucznicy, plutonami kaprale zamiast podporuczników, a drużynami starsi szeregowi zamiast kaprali - dodaje.

W takiej rzeczywistości do białej pasji starych żołnierzy zawodowych doprowadza inny program mający na celu zwiększenie liczby kandydatów do służby i budowę rezerw, Legia Akademicka. To krótkie kursy dla studentów, po których dostają stopień podoficera rezerwy. - I takie kuriozum, że doświadczony szeregowy po 10 latach służby, misjach zagranicznych, Bóg wie ilu dodatkowych szkoleniach, na dodatek od kilku lat robiący za dowódcę drużyny, czyli pełniący funkcję kaprala, żeby tym kapralem formalnie zostać, musi mieć najpierw wielkie szczęście dostać się na odpowiedni kurs, a potem odbębnić trzy miesiące, z czego dwa stacjonarnie w szkole. Tymczasem taki świeżak z Legii po 21 dniach szkolenia zostaje kapralem. Oczywiście rezerwy, ale już się dobijają do jednostek i co bardziej zdesperowani dowódcy z brakami na stanowiskach ich biorą - opisuje żołnierz.

Studenci przechodzący szkolenie w ramach Legii Akademickiej w 4. Zielonogórskim Pułku PrzeciwlotniczymStudenci przechodzący szkolenie w ramach Legii Akademickiej w 4. Zielonogórskim Pułku Przeciwlotniczym Fot. 4. Zielonogórski Pułk Przeciwlotniczy

Wrogie Oddziały Gospodarcze w natarciu

Innym źródłem niekończących frustracji są zasoby materialne. W codziennym funkcjonowaniu zapleczem jednostek są tak zwane Wojskowe Oddziały Gospodarcze. Utworzono je już dekadę temu, z założeniem zdjęcia z jednostek takich obowiązków jak przetargi na zakup ziemniaków, paliwa, tonerów do drukarki czy drobnych elementów wyposażenia. Idea może słuszna, jednak rzeczywistość ją brutalnie zweryfikowała. Żołnierze nazywają je Wrogimi Oddziałami Gospodarczymi. - Jak dla nas to działają wedle zasady nie mam, nie dam, a jak mam to nie chce mi się - mówi żołnierz. System działa bowiem w ten sposób, że jednostka wnioskuje o jakiś budżet. Warszawa przydziela tak z 70 procent tej kwoty, ale ona nigdy do jednostki bezpośrednio nie trafia. Dysponuje nią WOG i to on ma dokonywać niezbędnych zakupów zgodnie z potrzebami żołnierzy.

- No i jakoś tak to robią, że co roku zwracają pieniądze do budżetu centralnego. Choć na wszystko nam tu w jednostce brakuje. Nawet jak dostajemy tak zwaną celówkę, czyli pieniądze na przykład na misję, czy wyjazd zagraniczny, to konkretny niezbędny zakup czasem tak przeciągają, że w końcu i tak się nie udaje go domknąć przed końcem roku i pieniądze wracają do Warszawy. Zdarzają się przypadki, że dowódca batalionu wnioskuje o sfinansowanie jakiegoś specjalistycznego szkolenia, którego szkolnictwo wojskowe nie oferuje i trzeba je kupić w firmie cywilnej. Na przykład dla medyków. A potem cywil, kancelista z trzymiesięcznym stażem, wniosek odrzuca i mówi podpułkownikowi, że takie szkolenia nie są mu potrzebne. Czasem idzie to w miliony niewykorzystanych złotówek rocznie, które mogłyby służyć żołnierzom - opisuje nasz rozmówca. Dodaje, że czasami oszczędności w wydaniu WOG-ów przynoszą z ich perspektywy straty. - Magazyn mamy zawalony nowymi drukarkami, do których kupili jakieś badziewne tonery, najtańsze zamienniki, więc jak się zepsuły, to serwis nam kazał spadać - mówi.

Pisaliśmy trzy lata temu jak jeden z WOG-ów nie zdołał kupić saperek, ze względu na dziwnie napisane wymagania. Przetarg anulowano.

Nieustannym źródłem frustracji są też samochody. - U nas są tylko Honkery i Stary pamiętające PRL. Żeby było śmieszniej, przez ponad pół roku WOG nie podpisał umowy na dostawę części do nich. Efekt taki, że połowa stała i stoi na kołkach. Oczywiście oficjalnie to sprawność jest na poziomie 90 procent, ale wygląda to tak, że prowizorycznie naprawiony samochód jest "sprawdzany" przez zaprzyjaźnionego diagnostę, po czym trafia do garażu z kartką, żeby nie ruszać - opisuje rzeczywistość żołnierz. - Co z tego, że teoretycznie jest sprawny, jak w praktyce taki 35-letni grat rozkraczy się po kilku kilometrach? Przełożeni lubią być okłamywani, więc oficjalnie się melduje, że taki sprzęt jest sprawny. Nie ma nic śmieszniejszego niż pytania, co się stało, że nagle z tygodnia na tydzień gotowość parku samochodowego spadła o 30 procent. No bo był jakiś większy wyjazd i połowa samochodów się rozsypała przed, albo kawałek za bramą... - dodaje.

Minister obrony Mariusz BłaszczakCzego o zakupie tureckich dronów nie mówi Błaszczak

Brakować ma też amunicji i różnych środków pirotechnicznych, które służą do podniesienia realizmu ćwiczeń przez na przykład wybuchy i dym. - Tu są jaja, bo rośnie nam pokolenie żołnierzy już na drugim kontrakcie (czyli w praktyce służących ponad dwa lata - red.), którzy nie widzieli petardy, kostki dymnej czy nie sporządzili zapalnika lontowego - mówi żołnierz. Dodaje, że nie lepiej jest z amunicją ślepą 5,56mm, czyli standardową dla karabinków Beryl/Grot. - Limit od razu trzeba dzielić na kupki. Pierwsza jest na salwy honorowe, kolejna na ćwiczenia i certyfikacje. Na normalne szkolenie zazwyczaj nie zostaje nic. Kurde, jak my trafiamy na poligon z sojusznikami, to u nich kilkunastu chłopa ma w ładownicach więcej amunicji ślepej niż ponad stu naszych - mówi żołnierz. Zaznacza, że największy dramat jest z amunicją specjalistyczną, zwłaszcza snajperską. - Tej też regularnie brakuje, a jest konieczna do podtrzymywania nawyków. Inaczej to nie ma sensu - opisuje.

Żołnierz zaznacza, że teraz nawet poligon czy strzelnica to dobro deficytowe. W ostatnich latach w Polsce pojawiło się na stałe kilka tysięcy żołnierzy sojuszniczych. Oni też chcą gdzieś ćwiczyć, a jako goście są traktowani preferencyjnie. - Nie jest więc wielką tajemnicą, że poligony dzieli się teraz tak: najpierw co chce sojusznik albo sojusznicy. Potem Wojska Specjalne, potem WOT i 18. Dywizja, a reszcie zostają okienka - opisuje żołnierz. Problem ze strzelnicami to też problem niedoboru. Tych wojskowych jest stosunkowo mało, na dodatek wiele zostało w ostatnich dekadach obudowanych domami, których właściciele protestują teraz przeciw hałasowi i wymuszają ograniczenie użycia. - Sytuację ratowały strzelnice prywatne wszelakich stowarzyszeń, które udostępniały je często za grosze. No ale pewnego dnia wojsku zawodowemu zabroniono z nich korzystać. Bo infrastruktura niedostateczna i ryzyko wypadku. Następnego dnia na nasze miejsce wszedł WOT, który już takich problemów nie ma. No a nam zostało jeżdżenie po sto kilometrów w jedną stronę na którąś z nielicznych strzelnic wojskowych. Jak akurat uda się skombinować naprawdę sprawne samochody - opisuje żołnierz zawodowy.

Pieniędzy więcej, problemów wcale nie mniej

To i tak niepełna litania żali. Dość powiedzieć, że polskie wojsko ma ogromną masę niewidocznych na co dzień problemów, które istotnie wpływają na jego realną gotowość do działania. Wszystkie są znane od lat. Wystarczy porozmawiać z żołnierzami, czy choćby wejść na różne grupy i fora przez nich prowadzone. Jedna z popularniejszych na Facebooku to "Kto był w wojsku, ten w cyrku się nie śmieje". Sytuacji nie zmienia fakt, że już od wielu lat wydajemy na wojsko więcej i więcej. Już ponad dwa lata temu pisaliśmy, że pomimo ciągłych głośnych zakupów modernizacyjnych, ciężki sprzęt polskiego wojska ciągle się starzeje. Do dzisiaj nic istotnego się nie zmieniło. Tylko gros sprzętu jest jeszcze starszy.

Zobacz wideo
Więcej o: