Matura za dwa lata trudniejsza, na uczniów padł strach. "Wiedzą, że to Lewandowski będzie napastnikiem"

"Kpina!", "Jak tak można?", "Znowu rzucacie kłody pod nogi dzieciakom" - takie komentarze pojawiły się na profilu resortu edukacji po ogłoszeniu przez CKE zmian dotyczących matur. Egzaminy od 2023 r. będą trudniejsze. - Nie będzie już sytuacji, w której ktoś np. dostanie z egzaminu z geografii 22 proc., a rodzice opłacą tej osobie jakąś prywatną szkołę wyższą. Trzeba będzie albo poprawiać maturę, albo zmienić w ogóle swoje podejście do planów na przyszłość - komentuje w rozmowie z Gazeta.pl nauczyciel i wykładowca dr Karol Dudek-Różycki.

Egzamin maturalny na nowych zasadach będzie przeprowadzony dla uczniów czteroletnich liceów w 2023 r., a dla absolwentów techników i szkół branżowych II stopnia w 2024 r. Zmiany zakładają m.in. konieczność uzyskania minimum 30 proc. punktów z pisemnego egzaminu z przedmiotu na poziomie rozszerzonym (do tej pory takiego wymogu nie było). Matura ustna z języka polskiego ma składać się z dwóch zadań, a w trakcie egzaminu pisemnego uczeń będzie musiał odwołać się do lektur obowiązkowych.

Informacja przedstawiona w marcu przez Centralną Komisję Egzaminacyjną wywołała wśród wielu uczniów niezadowolenie. Pojawiają się głosy, że zmiany zostały ogłoszone zbyt późno, a także obawy, że może dojść do licznych maturalnych porażek.

Marcin Kozłowski, Gazeta.pl: Podoba się panu to, co czeka maturzystów od 2023 roku?

Dr Karol Dudek-Różycki, Wydział Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego, przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Przyrodniczych, organizator corocznej Próbnej Matury z Chemii z Wydziałem Chemii UJ oraz Dziennikiem Polskim, nauczyciel chemii w jednym z krakowskich liceów: Wreszcie po wielu, wielu latach równania w dół zaczynamy równać ku górze. To nowość w naszym systemie edukacyjnym. W końcu nie robimy czegoś bardzo prostego, żeby wszyscy zdali. Matura nie jest przecież dla każdego. 

To znaczy?

Tu nie chodzi o to, że uważamy kogoś za głupka i dlatego ma nie zdawać matury. Po prostu ktoś może nie mieć do tego predyspozycji. Każdy uczeń ma talent, ale kluczem do sukcesu jest jego odnalezienie.  

Jaka zmiana jest według pana kluczowa?

Od 2023 r. zdający maturę będzie musiał uzyskać minimum 30 proc. punktów z przedmiotu na poziomie rozszerzonym. 

To niewiele. 

Proszę zwrócić uwagę na statystyki, które co roku publikuje Centralna Komisja Egzaminacyjna. Tam, w przypadku niektórych przedmiotów, które są wybierane masowo - geografia, WOS, ale także biologia, chemia czy język angielski - pojawiają się wyniki poniżej 30 proc. A to oznacza, że te osoby nie zdałyby matury na nowych warunkach i w konsekwencji nie poszłyby na studia.

Ktoś wybrał jakiś przedmiot, przygotowywał się do niego trzy lata i nie był w stanie zdobyć nawet tych 30 proc. A my i tak, jako państwo polskie, pozwalamy mu iść na uczelnię wyższą. 

Nie będzie już sytuacji, w której ktoś np. dostanie z egzaminu z geografii 22 proc., a rodzice opłacą tej osobie jakąś prywatną szkołę wyższą. Trzeba będzie albo poprawiać maturę, albo zmienić w ogóle swoje podejście do planów na przyszłość. 

Zobacz wideo Dominika Lasota: Apelowaliśmy do MEN, żeby rzetelna edukacja klimatyczna stała się częścią programu nauczania (wypowiedź z 19 marca)

I co jeszcze się panu podoba?

Kolejna ważna zmiana, która może "zatrzeszczeć" wśród uczniów, dotyczy egzaminu ustnego z języka polskiego. 

Matura z języka polskiego po poprzedniej reformie, na samym początku, polegała na prezentacji. Uczeń wybierał sobie temat, przygotowywał prezentację w oparciu o jakieś teksty. W internecie zakwitnął handel prezentacjami, korzystało z tego wielu uczniów. Kupowali prezentacje, uczyli się ich na pamięć, a potem zdawali egzamin. Potem to ewoluowało, uczeń musiał się wykazać jeszcze jakąś wiedzą, a nie tylko ograniczyć się do prezentacji. Bazować na wylosowanym tekście kultury i odpowiedzieć na pytania odnoszące się do tego tekstu i wykazać się wiedzą zdobytą podczas nauki w szkole. 

Od 2023 r. egzamin ustny będzie trwać 30 minut: 15-minutowe przygotowanie wypowiedzi na wylosowane dwa tematy, z czego jeden losują z puli podawanych we wrześniu, drugi, jak obecnie, będzie niespodzianką, 10 minut monologu i pięć minut rozmowy z komisją. Uczeń będzie musiał się do tego wykazać znajomością lektur.

Z drugiej jednak strony, trzeba zauważyć że troszkę się tutaj cofnęliśmy. Jeśli spojrzymy na listę lektur, to współczesnej literatury nie mamy tam za dużo. Cały czas bazujemy na tekstach, które pan i ja znamy ze szkoły. "Gloria victis", "Potop", "Zbrodnia i kara".

To błąd?

Proszę nie zrozumieć mnie źle. To dobrze, że jest tzw. klasyka, ale gdzie literatura współczesna? Co prawda na liście lektur pojawia się twórczość Olgi Tokarczuk, Andrzeja Stasiuka, Antoniego Libery, ale nie ma tutaj symetrii. Na poziomie podstawowym znajduje się 41 pozycji obowiązkowych - to dużo, biorąc pod uwagę, że większość jest napisana językiem już mało czytelnym dla współczesnej młodzieży.

Będą odpytywani ze szczegółów, które trzeba zapamiętać. Przy takiej liczbie tekstów tym bardziej będą wkuwać ze streszczeń i różnego typu opracowań  – nie przełoży się to na umiejętność czytania, analizowania i rozumienia tekstu, bo jak każda umiejętność wymaga to bardzo dużo czasu, którego po prostu nie będzie. Poza tym, co człowiekowi żyjącemu w II połowie XXI w. da lektura "Legendy o św. Aleksym"? Na jakie jego problemy, rozterki i pytania egzystencjalne może dać odpowiedź? Działanie "na ilość" zabija czytanie i zabija teksty, bo stają się one jedynie kolejnym materiałem do zaliczenia, o którym należy jak najszybciej zapomnieć. Poza tym, język polski to przecież nie tylko lektury.

A co z pańskim konikiem, czyli chemią?

W Informatorze Maturalnym powiało świeżością, przynajmniej językową. Zniknęły przestarzałe pojęcia, które pojawiały się jeszcze w podstawie programowej. Widać wreszcie jakieś novum, generalnie poza usterkami, które jak mniemam, zostaną przez CKE poprawione. Jestem pełen uznania dla autorów informatora za wykonaną pracę. 

Istotne jest także to, że zmiana wprowadza do szkół kalkulator naukowy, który ma więcej działań niż cztery i ma też np. logarytmy. Z takich kalkulatorów korzysta się przecież na studiach, a do tej pory uczeń mógł mieć na maturze tylko kalkulator prosty. Wreszcie zbliżamy się troszkę, nie tylko pojęciowo, ale i umiejętnościami, do tego, co dzieje się na poziomie studiów.

Mamy też nowe, piękne, kolorowe tablice maturalne, na których pojawiło się więcej danych. To odciąża ucznia, bo nie musi pamiętać wzorów. Tablice pokazują, jak rozwiązać równanie kwadratowe, jak obliczyć logarytm. Idziemy więc w stronę bazowania nie na pamięci, a na umiejętnościach. Wykluczamy sytuację, w której uczeń czegoś zapomni i dostanie przez to zero punktów. 

Chociaż i to nie jest gwarancją sukcesu. Mam wrażenie, że uczniowie coraz gorzej radzą sobie z czytaniem ze zrozumieniem. Przeprowadziłem jakiś czas temu mikrobadanie. Grupie ok. tysiąca osób dałem do rozwiązania zadanie z chemii. W tekście napisane było, że substancją X jest sól kuchenna - NaCl - potem pół strony o substancji X, jakieś zbędne treści. Na końcu było zadanie: podaj masę molową substancji X. A to było podane już w pierwszym zdaniu, nie trzeba było niczego odkrywać. Poprawnej odpowiedzi udzieliło jedynie ok. 30 proc. badanych. 

Z komentarzy w sieci wnioskuję, że uczniowie nie podchodzą do większości z tych zmian tak entuzjastycznie, jak pan. 

Rozumiem krytyczne głosy, bo to przeskok w myśleniu. Skoro jednak uczeń miał osiem lat na przygotowanie w szkole podstawowej i cztery w liceum, to jest zasadne troszkę podnieść poziom wymagań. Przywrócić maturze jej pierwotną rangę. 

Częstym argumentem jest to, że nie zmienia się zasad w trakcie gry. Maturę na nowych zasadach będą pisali dzisiejsi drugoklasiści w liceum.

Niezupełnie się z tym zgadzam, bo nikt tych reguł przecież nie zmienia. Podstawa programowa pozostaje taka sama, jaką znali od pierwszej klasy, a więc i zakres egzaminu maturalnego nie ulega zmianie. 

Żaden uczeń do tej pory nie wiedział i nie wie, jakie pytania dostanie na danym egzaminie maturalnym. Ci uczniowie, którzy są teraz w drugiej klasie, mają dwa lata na przygotowanie się do matury. Wiedzą już teraz np., że mogą korzystać z kalkulatora naukowego, że pytania będą raczej trudne, właściwie wiedzą więcej niż ci, którzy będą zdawać egzamin w tym roku.

Same reguły nie będą zmienione. Przy kopaniu piłki reguły są te same. Przyszli maturzyści wiedzą po prostu, że to Lewandowski będzie napastnikiem. 

A może chociaż odrobina współczucia? Uczniowie od miesięcy są na zdalnym nauczaniu, a to wpływa na jakość przyswajanej przez nich wiedzy. 

Mam współczucie, natomiast kiedyś te zmiany trzeba byłoby wprowadzić. Wyobraźmy sobie sytuację, w której ta pandemia będzie trwać jeszcze dwa lata. Mamy obniżyć jeszcze bardziej wymagania, choć uczelnie wyższe tych wymagań obniżać nie będą? 

Realia mamy takie, jakie mamy. Jeżeli sytuacja się przedłuży, można debatować na temat zmniejszenia zakresu materiału do matury, tak jak zrobiono w tym roku. To jest ruch, który można uczynić, ale nie ma powodu, żeby opóźniać wprowadzenie głębszych zmian. 

Przemysław Czarnek zapowiedział komunikat w sprawie przyszłorocznej matury i egzaminu ósmoklasistyMatura i egzamin ósmoklasisty. W 2021 łatwiejsze. A w 2022? Czarnek zapowiada

Niech pan o tym pomyśli jako członek społeczeństwa. Chcemy, by lekarze byli dobrze wykształceni, ale z drugiej strony chcemy obniżać wymagania przyszłym lekarzom już na etapie szkoły podstawowej. Chcemy im odpuścić wtedy, kiedy ich umysły najlepiej pracują. Przerzucamy odpowiedzialność na uniwersytety, akademie, szkoły wyższe, bo na studiach nie odpuści im nikt. 

Rozumiem jeremiady, narzekania. Sam uczę w klasach, które będą zdawały maturę w 2023 r. Uczniowie są przerażeni, ja też.

Pan? Dlaczego?

Bo będę musiał wyjść troszkę z własnej strefy komfortu, doczytać, pouczyć się, wymyślić jakiś inny sposób wytłumaczenia trudnego zagadnienia. Wcale nie jestem szczęśliwy, bo muszę włożyć więcej czasu i pracy w przygotowanie ucznia do matury.

Pamiętajmy, że w naszym szkolnictwie tak naprawdę za wynik matury rozliczany jest niejednokrotnie nauczyciel. Fatalna rzecz. Jako nauczyciel nie ma pan prawa zmusić ucznia, żeby nie zdawał egzaminu np. z języka polskiego na poziomie rozszerzonym, nawet jeśli ten uczeń ledwo czyta i pisze. Nie ma pan prawa właściwie nawet mu tego powiedzieć, a co dopiero sprawić, by tego nie robił. 

A potem, gdy już dostanie te 15 proc. na rozszerzeniu i po 2023 r. nie zda matury, to będzie wstyd na całą szkołę. Będzie pan wymieniany przez dyrekcję jako winny, bo przecież to pan uczył to dziecko. 

Taki nauczyciel może przecież nie dopuścić ucznia do matury. 

To wcale nie jest takie proste, bo oceniamy ucznia całościowo. Raz przeczytał jakąś lekturę, raz dostał ocenę dobrą, a raz wpadło jakieś dwa. A potem nauczyciel jest rozliczany z matury takiego absolwenta. Na pewno zdaje pan sobie sprawę, z czego to wynika. 

Rankingi. 

W rankingach szkoły są uszeregowane pod względem wyników maturalnych. To zrozumiałe, że każdy dyrektor chce, żeby jego szkoła była w czołówce, a nie na szarym końcu. Uważam, że takie rankingi nie są do końca sprawiedliwe. Do szkół trafia naprawdę różna młodzież. Jedna szkoła musi się napracować więcej, a druga wcale. Przecież wynik matury nie zależy tylko od nauczyciela, ale przede wszystkim od ucznia. 

Są nauczyciele, którzy są świetni, wybitni i rewelacyjnie przygotowani do przekazywania wiedzy uczniom. Niestety jest także mnóstwo nauczycieli, którzy wykazują ogromne braki wiedzy w swojej dziedzinie. Tu ministerstwo ma wiele do zrobienia. Często zdarza się, że nauczyciel jest po biologii, a musiał też zrobić studia podyplomowe z chemii, bo jako biolog nie ma w szkole całego etatu. Niekoniecznie dobrze się czuje w tej dziedzinie, ale zmusiła go do tego życiowa sytuacja. Ministerstwo powinno wyjść naprzeciw takim ludziom i dać im szansę zrobienia kursów doszkalających. Do ośrodków szkolenia nauczycieli już wrócili doradcy metodyczni, to duży plus.

Sam mam bardzo dobrą koleżankę ze studiów chemicznych, która uczy biologii, fizyki i chemii w małej miejscowości. Ucząc tylko jednego przedmiotu, nie mogła dostać całego etatu. Musiała zrobić studia podyplomowe z pozostałych dziedzin, a to nie to samo, co pięcioletnie studia. Ona się ciągle tej fizyki i biologii musi uczyć i więcej czasu poświęcać na przygotowanie, mimo że pracuje w podstawówce. 

Nikt nie jest alfą i omegą i wszyscy musimy ciągle się uczyć.

A ci, co nie chcą się dokształcać, a są słabi, powinni zdecydowanie zmienić zawód. Takich nauczycieli jest mnóstwo. 

Może niektórym brakuje motywacji z powodów finansowych?

Dlatego jestem zwolennikiem wprowadzenia egzaminów zawodowych dla nauczycieli. Egzamin z wiedzy. Lekarze też go zdają, zanim otrzymają prawo wykonywania zawodu. Zdajesz - dostajesz np. 10 tys. zł. Nie zdajesz - masz szansę za rok, ale pensja zostaje ta sama. To by motywowało nauczycieli do samokształcenia, dawania z siebie więcej. 

Znam wielu nauczycieli, którzy są świetni, ale odeszli ze szkoły, bo założyli własne firmy i np. udzielają korepetycji. I oni by wrócili. Nauczyciel z prawdziwego zdarzenia kocha szkołę. W moim przypadku na samo słowo "szkoła" promienieje mi serce. Kochamy szkołę, ale chcielibyśmy za swoją pracę być odpowiednio doceniani. 

To, co się dzieje w związku z maturami, wymaga więc zmian nie tylko od uczniów, nauczycieli, ale również rodziców. 

Rodziców?

Tak, bo to rodzice będą musieli zrozumieć, że uczeń owszem, może skończyć liceum, ale nie ma obowiązku zdania matury. Kończąc liceum, ma już bowiem średnie wykształcenie i może, ale nie musi, przystąpić do egzaminu. 

Uczeń czasem nie chce iść na studia, ale nie chce zawieść rodziców, których kocha, nie ma siły im też tego powiedzieć. Dramatem naszych uczniów jest to, że nie wiedzą, co chcą robić i kim chcą być w przyszłości. Stają niejako przed tą decyzją już przy wyborze liceum, wybierając profil. Trzeba popracować bardziej nad tym, by pozwolić uczniowi być kim chce, a to wymaga akcji edukacyjnej, zwłaszcza wśród rodziców. 

Często zdarza się, że w rodzinie już od początku jest plan, na jakie studia pójdzie dziecko: będzie inżynierem budownictwa, geodetą albo prawnikiem, bo tata ma kancelarię prawną. Jesteśmy społeczeństwem troszkę za twardo stąpającym po ziemi, nie przywiązujemy wagi do emocji.

Jakich wyników spodziewa się pan w 2023 roku?

Uczniowie pewnie bardziej przyłożą się do przedmiotów rozszerzonych ze strachu, że w ogóle tej matury nie zdadzą. Możemy się spodziewać też niestety dużej liczby niezdanych matur. Zobaczymy, czy ci uczniowie będą je poprawiać, czy raczej skończą na wykształceniu średnim. 

Tu otwiera się nowa przestrzeń. Co ci uczniowie zrobią? Może zechcą zupełnie zmienić swoją życiową drogę? Uczniom techników jest łatwiej, bo mają fach w ręku, jakiś zawód. A co umiemy po liceum? Zdawać egzaminy, choć, jak widać po efektach, też nie zawsze. Taki uczeń może pójść do szkoły policealnej, może pójść do jakiejś pracy. 

To nie będzie oczywiście żaden dramat, choć innego zdania będzie pewnie rodzina, która chciała koniecznie wysłać tego ucznia na studia. 

Weźmy jednak pod uwagę, że jeśli średnie wyniki w całej Polsce będą niskie, to niższe będą też progi na studia. Jest przy tym pewne niebezpieczeństwo, że na studia będą dostawały się osoby, które zdawały maturę w poprzednim roku, na starych zasadach i miały wyższe wyniki. 

W naszej ubiegłorocznej rozmowie powiedział mi pan, że dałby pan próg nie 30, a 50 proc. na rozszerzeniu. Podtrzymuje pan to?

Nie chciałbym stać się ofiarą linczu, więc w zasadzie powinienem powiedzieć, że nie. 

A tak szczerze?

Zawsze jestem zdania, że nic nie przynosi tak dużej korzyści społeczeństwu, jak "równanie ku górze".

Egzaminy na studiach zdajemy czasem dopiero od poziomu 60 proc. W większości szkół ocenę dopuszczającą, czyli pozytywną, dostajemy dopiero od 50 proc. Uczciwe byłoby zatem, gdyby maturę zdawało się chociaż na poziomie podstawowym np. od 50 proc. Nie widzę powodu, dla którego miałoby to być dla kogoś przerażające. 

Musimy się zastanowić, czego oczekujemy. Nie możemy wartościować ludzi ze względu na wykształcenie, na szkołę, którą kończymy. Samo skończenie studiów nie może być wartością samą w sobie. Mogę skończyć studia i nic nie wiedzieć, pan może skończyć te same studia i być świetnym w zawodzie, który wykonuje.

Społecznie zniszczyliśmy szkołę branżową. Mówiło się: "Idziesz do zawodówki? Idź do liceum, po liceum zdasz maturę, pójdziesz na studia". A teraz, jak chce pan wyremontować dom, to musi pan długo czekać na termin. Trzeba przyznać, że rząd zrobił jednak dużo dobrego. Teraz kończymy szkołę branżową I stopnia i już mamy fach w ręku. Jeśli chcemy iść wyżej, możemy iść do szkoły II stopnia, a potem zdać maturę. Należy docenić wszystkich uczniów szkół branżowych i ich nauczycieli, mówić o szkolnictwie zawodowym, bo to sfera edukacji często zapominana w debacie publicznej. 

Nie można wartościować kogoś ze względu na to, czy ktoś skończył szkołę branżową i pracuje w sklepie lub w warsztacie samochodowym, czy też skończył studia i jest lekarzem. Każda z tych osób może być tak samo cenna dla społeczeństwa.

Więcej o: