Kopalnia Halemba. Sąd zaostrzył wyroki dla winnych katastrofy, w której zginęło 23 górników

Sąd Apelacyjny zaostrzył wyroki dla winnych katastrofy górniczej z 2006 r., w której zginęło 23 pracowników. Były dyrektor oraz były główny inżynier wentylacji kopalni Halemba zostali skazani na dwa lata więzienia. - Spowodowali oni niebezpieczeństwo dla życia i zdrowia górników - uznali sędziowie.

Od tragedii w kopalni Halemba w Rudzie Śląskiej minęło już niemal 15 lat. Katastrofa miała miejsce 21 listopada 2006 roku. Na miejscu pracowało ośmiu górników i 15 pracowników z prywatnej firmy Mard. W bardzo niebezpiecznych warunkach wydobywano z głębokości ponad 1000 metrów pod ziemią sprzęt o wartości ok. 70 mln złotych, informował portal rudaslaska.com.pl. Proces w sprawie tragedii trwa od 2008 roku.

Katastrofa w kopalni Halemba. W 2019 roku zapadły wyroki w zawieszeniu

Oskarżonymi w sprawie byli: były dyrektor kopalni Kazimierz D., jego zastępca Jan J. i szef wentylacji zakładu Marek Z. Sąd Okręgowy w Gliwicach w 2019 roku zasądził wobec byłego dyrektora karę dwóch lat pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem, jego zastępca dostał karę roku i dwóch miesięcy więzienia w zawieszeniu, a szef wentylacji - jednego roku więzienia w zawieszeniu. Zarówno prokurator, jak i obrońcy odwołali się od wyroku. 

Sąd Apelacyjny zaostrzył wyroki w sprawie katastrofy w Halembie. Oskarżeni pójdą do więzienia

W efekcie Sąd Apelacyjny w Katowicach zaostrzył w czwartek (8 kwietnia) karę dwóm pierwszym oskarżonym, skazując ich na dwa lata bezwzględnego pozbawienia wolności. 

- Spowodowali oni niebezpieczeństwo dla życia i zdrowia górników - ocenili sędziowie. Wyrok jest prawomocny, a odwołać się od niego można jedynie poprzez kasację do Sądu Najwyższego

Kopalnia Mysłowice-WesołaWypadek w kopalni Mysłowice-Wesoła. Dwóch górników nie żyje

- Nie sposób ustalić przyczyny wybuchu metanu, a w konsekwencji wybuchu pyłu węglowego, co doprowadziło do śmierci 23 górników. Nie ma jednak wątpliwości, że zaniechania oskarżonych doprowadziły do niebezpieczeństwa dla zdrowia i życia górników - orzekł sędzia Wojciech Paluch, cytowany przez "Gazetę Wyborczą"

- Marek Z. był uznany za winnego dwóch czynów, sąd zmienił opis czynu na jeden. Dotyczy sprowadzenia niebezpieczeństwa powszechnego oraz naruszenia praw pracowniczych. Markowi Z. wymierzono za ten czyn karę dwóch lat pozbawiania wolności, to kara bezwzględna - mówił rzecznik Sądu Apelacyjnego w Katowicach Robert Kirejew w rozmowie z portalem rudaslaska.naszemiasto.pl

Prokuratura domagała się zaostrzenia kary do siedmiu oraz ośmiu lat więzienia (kolejno dla Marka Z. i Kazimierza D.), jednak sąd uznał, iż byłby to zbyt wygórowany wyrok. Jednocześnie zaznaczył, że kara w zawieszeniu nie jest wystarczająca ze względu na okoliczności oraz jej społeczne oddziaływanie.

Obrońca stwierdził, że nie wie jeszcze, czy złoży skargę kasacyjną. Prokuratura ma natomiast zamiar zadecydować o ewentualnych krokach dopiero po lekturze pisemnego uzasadnienia wyroku. 

Sąd uznał, że oskarżeni zdawali sobie sprawę z zagrożenia na miejscu prowadzonych prac

Jak podkreślał sąd, prace rozbiórkowe miały być prowadzone w dużym pośpiechu i z zaniechaniem podstawowych zasad bezpieczeństwa. - Oskarżeni mieli świadomość zagrożenia, wiedzieli, że pod ziemią wielokrotnie dochodziło do przekroczenia dopuszczalnego poziomu metanu - mówił sędzia cytowany przez  "Gazetę Wyborczą". Dodatkowo na pracowników wywierano nacisk, aby prace zostały zakończone najszybciej, jak to możliwe. 

Kopalnia Ziemowit. Doszło do wypadku, węgiel przysypał jednego z górników, nie udało się go uratowaćLędziny. Wypadek w kopalni Ziemowit. Nie żyje górnik przysypany węglem

Prokuratura przekonywała, że Kazimierz D. na kilkanaście dni przed katastrofą miał otrzymywać odczyty z metanomierzy, które wyraźnie wskazywały kilkukrotne przekroczenie dopuszczanych norm stężenia gazów. Dyspozytorzy mieli go informować również o tym, że czujniki mierzące stężenie odcinają dopływ prądu pod ziemią. Mimo to, oskarżony nie zdecydował się na przerwanie prac, a nawet naciskał, by ich tempo zostało zwiększone.

Sztygarzy pracujący pod presją mieli przewieszać czujniki sprawdzające poziom metanu pod rury ze świeżym powietrzem - w ten sposób fałszowano odczyty. Na kilka minut przed katastrofą stężenie metanu miało kilkukrotnie przekraczać dopuszczalne normy, co zostało zarejestrowano na aparacie Draegera, który miał przy sobie jeden z tragicznie zmarłych pracowników. 

Zobacz wideo Od odejścia od węgla nie ma już ucieczki. Wyjaśnia wicepremier Emilewicz
Więcej o: