Dlaczego Polacy nie decydują się na dzieci? "Kluczem jest tu stabilizacja. Nie tylko finansowa"

- Zachodząca od 30 lat zmiana światopoglądowa sprawia, że zaczynamy dostrzegać i realizować różne style życia, dzięki czemu wizerunek kobiety przestaje być kojarzony tylko z wizerunkiem matki. W efekcie dziecko staje się wyborem coraz bardziej świadomym, a nie automatycznym czy wymuszonym środowiskowo - mówi w rozmowie z Gazeta.pl dr hab. Monika Mynarska, psycholożka i demografka społeczna.

GAZETA.PL, MICHAŁ LITOROWICZ: Polska ma jeden z najniższych w Europie współczynników dzietności. Do tego od lat ujemny przyrost naturalny. Ktoś, kto spojrzy na to zupełnie z boku, bez kontekstu, zapyta: "Dlaczego Polki nie chcą rodzić dzieci?". Liczby znamy, ale rzeczywistość jest zdecydowanie bardziej zniuansowana, zwłaszcza jeśli przyjrzymy się sferze deklaracji.

DR HAB. MONIKA MYNARSKA: W Polsce rzeczywiście mamy dość dużą liczbę kobiet, które nigdy nie urodzą dziecka. Używam określenia "dość dużą", bo stawiam to na tle całej Europy, którą również dotyka zjawisko bezdzietności. Szacuje się, że w krajach na zachodzie czy południu kontynentu nawet ponad 20 proc. kobiet nigdy nie zostanie matkami. U nas jest to nieco mniejszy odsetek, ale nadal przodujemy pod tym względem wśród państw Europy Środkowo-Wschodniej. Można powiedzieć, że w przypadku współczynnika bezdzietności dużo bliżej nam do Zachodu.

Tu należy jednak od razu oddzielić praktykę i liczbę rodzących się dzieci od sfery deklaratywnej. Kobiet, które zdecydowanie nie chcą zostać matkami, nie jest bowiem dużo i dotyczy to zarówno Polski, jak i reszty Europy. W Polsce w ankietach sprzed kilku lat około 6 proc. kobiet i tyle samo mężczyzn deklarowało, że nigdy nie zostaną rodzicami ze świadomego wyboru.

Wspomniała pani, że negatywne trendy demograficzne - zwłaszcza spadek dzietności - dotyczą całej Europy. Ale pewnie nie wszędzie jest tak źle?

Uogólniając: dotyczą krajów rozwiniętych. Ale tak, jeśli zawężymy perspektywę wyłącznie do Unii Europejskiej, we wszystkich państwach członkowskich wygląda to podobnie. Oczywiście są takie, które ze spadkiem dzietności radzą sobie nieco lepiej, ale najczęściej dlatego, że ten problem nigdy nie osiągnął tam ogromnych rozmiarów. Za klasyczne przykłady mogą tu posłużyć Francja i kraje skandynawskie, w których współczynnik dzietności, czyli przeciętnej liczby urodzeń przypadających na jedną kobietę, nigdy nie spadł poniżej progu 1,5. Choć w przypadku Skandynawii, wcześniej podawanej za wzór, również można od paru lat zaobserwować pewne przesunięcie w statystykach.

O czym świadczą te "przesunięcia w statystykach"?

Gwałtowne spadki współczynnika dzietności sygnalizują, że w strukturze społecznej zachodzą właśnie intensywne przeobrażenia, manifestujące się choćby tym, że coraz więcej osób odkłada decyzje o rodzicielstwie lub zupełnie z niego rezygnuje. Jeżeli taki stan utrzymuje się gdzieś przez dłuższy czas, to należy się spodziewać, że za około 20 lat zacznie już tam brakować kobiet, które będą mogły rodzić dzieci. A wówczas powstałe zaburzenie struktury populacji może okazać się nieodwracalne. Francja czy kraje skandynawskie nie doświadczyły tego procesu m.in. dlatego, że nie miały tam miejsca transformacje ustrojowe podobne do tych z 1989 r. To właśnie kraje byłego bloku komunistycznego są wskazywane jako te, w których spadki dzietności były najbardziej drastyczne. Konsekwencje tego ponoszą one do dziś.

Czyli ta równia pochyła ma swój początek w 1989 r.?

To nie jest oczywiście tak, że to dopiero transformacja zainicjowała ten proces, ponieważ jego początków należy szukać już w latach 80. Zdecydowanie go natomiast przyspieszyła. To całkiem symboliczne, że 1989 r. był nie tylko rokiem zmian politycznych w Polsce, ale też pierwszym, w którym poziom dzietności spadł poniżej progu 2,1, który umożliwia prostą zastępowalność pokoleń. Przełom polityczno-gospodarczy zbiegł się u nas z tym demograficznym.

Zobacz wideo Czy Polsce grozi katastrofa demograficzna? "Problemy są tu i teraz"

Później spadek dzietności tylko postępował, a rekordowo niskie wskaźniki - na poziomie bliskim 1,2 - pojawiły się po już po 15 latach, w okresie wstępowania Polski do UE. Poza krajami naszego regionu tak skrajnego regresu nie odnotowywano nigdzie indziej w Europie. Oczywiście jeśli mówimy o spadkach z rejestrów niskich do bardzo niskich.

W 2019 r. omawiany przez nas współczynnik zdołał podnieść się zaledwie do 1,4. Demografowie podkreślają też, że od 1989 r. szybko zaczął się zmieniać średni wiek, w którym kobiety rodzą pierwsze dziecko. W latach 90. następowało to wieku 22 lat, obecnie - 27.

Tak, transformacja ustrojowa zintensyfikowała również i to zjawisko. Chciałabym tu jednak wyprostować mit, zgodnie z którym odkładanie rodzicielstwa jest bezpośrednią przyczyną braku potomstwa lub niskiej liczby dzieci w rodzinach. Oczywiście zdarza się, że gdy para wielokrotnie przekłada decyzję o posiadaniu dziecka, ostatecznie potomstwo nigdy się nie pojawia. Doświadczenia innych krajów w Europie pokazują jednak, że nie można mówić tu o tak prostym przełożeniu. We Francji, Holandii czy krajach skandynawskich statystyczny wiek kobiety w momencie urodzenia pierwszego dziecka również jest bardzo późny, a jednocześnie występują tam relatywnie wysokie wskaźniki dzietności.

Gdyby to było tak, że w Polsce odłożenie decyzji o rodzicielstwie na pięć lat spowoduje, że pary na pewno zyskają stabilizację ekonomiczną, zawodową czy prywatną, to właściwie należałoby się cieszyć. Sęk w tym, że w naszych warunkach odłożenie decyzji o pięć lat niekoniecznie tę stabilizację poprawia.

Jaki jest więc główny powód tego, że pomimo deklaracji Polacy jednak nie decydują się na dzieci?

O posiadaniu lub nieposiadaniu dzieci nigdy nie przesądza jedna przyczyna. To proces, w którym nakładają się na siebie naprawdę różne okoliczności i motywacje. Jednak odkąd zajmuję się tą tematyką, podkreślam, że słowem-kluczem jest tu wspomniana już stabilizacja, związana zarówno z kwestią znalezienia stałego partnera, jak i z czynnikami ekonomicznymi oraz sferą zawodową. W przypadku tej ostatniej - jak wskazują badania - nie chodzi wcale o robienie przez kobiety i mężczyzn jakiejś ogromnej kariery i zarabiania masy pieniędzy.

Czyli o co?

Do decyzji o pojawieniu się pierwszego dziecka zdecydowanie bardziej potrzebna jest stała praca obojga partnerów oraz to, by życie zawodowe udało się bez większych przeszkód połączyć z tym rodzinnym. Wiąże się z tym bezpośrednio szeroki dostęp do wysokiej jakości instytucjonalnej opieki - żłobków, przedszkoli, szkół. Niezwykle istotne jest również to, by kobiety mogły bezproblemowo powracać na rynek pracy po urlopie macierzyńskim. By ten rynek pracy był pod tym względem bardziej elastyczny, a umowy nie były zawierane na niekorzyść pracownika.

Może po prostu nas na to wszystko nie stać finansowo?

W przypadku części par bez wątpienia tak jest. Uważam jednak, że przymiotnika "ekonomiczny" nie powinno się w kontekście demografii utożsamiać wyłącznie z tym, ile gotówki mamy w kieszeni. Bo jeśli tylko to byłoby przeszkodą w posiadaniu potomstwa, to taki program jak "Rodzina 500 plus" powinien przynieść dużo bardziej spektakularny efekt demograficzny. A taki przecież nie nastąpił.

Ale jak kobiety mają swobodnie łączyć sferę zawodową z tą wychowawczą, skoro to właśnie na nie wciąż spada zdecydowana większość obowiązków opiekuńczych? Często nie pozostaje to bez wpływu na dalsze decyzje prokreacyjne.

Badania przeprowadzone przez nas w 2011 r. wskazywały, że to kobiety były bardziej zmotywowane do powiększenia rodziny o pierwsze dziecko. Gdy te plany udało się spełnić, perspektywa ulegała zmianie i przychylniej na perspektywę powiększenia rodziny o kolejne dziecko zapatrywali się już mężczyźni. Można to interpretować w ten sposób, że partner nie zawsze sprawdzał się w roli ojca, a matki dostrzegały, jak dużo czasu i energii muszą poświęcić na opiekę nad dzieckiem. Ten model ulega zmianom, a panowie zaczynają w tych obowiązkach brać udział. Następuje to jednak bardzo powoli i to kobiety w dalszym ciągu wykonują zdecydowaną większość pracy opiekuńczej.

Jednocześnie wciąż pokutuje krzywdzący mit, według którego wzrost bezdzietności w Polsce wynika bezpośrednio z aspiracji zawodowych kobiet.

Zacznijmy od truizmu: są kobiety, które stawiają w pełni na rozwój zawodowy i w wyniku tego świadomie rezygnują z posiadania dzieci. I absolutnie nie ma w tym nic złego. Nie jest to też grupa, która w badaniach jakoś by dominowała. Walczę z pojawiającą się debacie publicznej narracją o "kobietach karierowiczkach", które tylko marzą, by poświęcić rodzicielstwo na rzecz kariery zawodowej. Tymczasem większość kobiet po prostu chce mieć satysfakcjonującą pracę i niemała część z nich połączy ją kiedyś z rodzicielstwem. O ile oczywiście stworzy się im ku temu odpowiednie warunki, z czym bywa bardzo różnie. Tak więc nie możemy przypisywać wzrostu bezdzietności temu, że kobiety "nagle zaczęły robić karierę". To przeogromne uproszczenie.

Wciąż spotyka się pani z przykładami stygmatyzacji bezdzietnych kobiet?

Jeszcze w latach 90. często można było usłyszeć twierdzenia, że jeśli kobieta nie ma dzieci, to na pewno jest z nią coś nie tak, ma jakiś problem zdrowotny lub psychiczny. W wywiadach przeprowadzanych z bezdzietnymi kobietami jeszcze na początku XXI wieku przewijały się takie przymiotniki: inna, dziwna, nienormalna, egoistyczna. Na szczęście śladem innych europejskich krajów odchodzi to już u nas do lamusa. Widać coraz większą społeczną akceptację dla decyzji o nieposiadaniu potomstwa i wzrastające przyzwolenie na to, że nie każdy człowiek musi się realizować przez rodzicielstwo czy nawet małżeństwo.

Skąd ta zmiana?

Zachodząca od 30 lat zmiana światopoglądowa sprawia, że zaczynamy dostrzegać i realizować różne style życia, dzięki czemu wizerunek kobiety przestaje być kojarzony tylko i wyłącznie z wizerunkiem matki. W efekcie posiadanie dziecka staje się wyborem coraz bardziej świadomym, a nie automatycznym czy wymuszonym środowiskowo. Nie zapominajmy, że gotowość psychiczna - obok np. tej ekonomicznej - to również jeden z istotnych, a być może już nawet podstawowych czynników wpływających na zamierzenia prokreacyjne. Młodzi ludzie, którzy żyją już inaczej niż ich rodzice, coraz częściej zadają sobie pytanie: "Czy jestem odpowiednio dojrzała/dojrzały do tego, by mieć dziecko?".

Polityka prorodzinna tak naprawdę nie powinna być nakierowana na to, by zachęcać wszystkich ludzi do posiadania dzieci. Państwo powinno raczej ułatwić to tym, którzy naprawdę chcą je mieć. I tu pojawia się cały wątek leczenia niepłodności i metody in vitro, z różnych powodów traktowany przez obecny rząd po macoszemu.

Kwestie zdrowotne przekładają się na wskaźniki dzietności w skali makro?

Jeśli chodzi o powody zdrowotne niepowiązane stricte z pandemią, to w wywiadach, które przeprowadzałam, takie argumenty oczywiście padały. Nie był to może znaczący odsetek, ale gdyby zebrać te wszystkie rozproszone motywacje, uzbierałby się ich niemały koszyk. To tylko udowadnia, że na decyzje prokreacyjne wpływa również coś, co można nazwać ogólnym stanem zdrowia kobiet, o którym, jak mi się wydaje, dość rzadko wspomina się w dyskursie dotyczącym rodzicielstwa. Mam tu na myśli różnego rodzaju choroby przewlekłe, jak choćby cukrzyca, a także problemy z kręgosłupem czy układem nerwowym. Niektóre respondentki tłumaczyły też, że musiały zrezygnować z macierzyństwa, ponieważ opiekują się starszymi lub ciężko chorymi członkami rodziny.

Do posiadania dzieci polskie rodziny miało zachęcić "500 plus". Program okazał się niezbędny, ale chyba nie tam, gdzie pierwotnie planowano. Z jednej strony znacznie zredukował poziom ubóstwa, zwłaszcza wśród dzieci, a państwo w końcu zaczęło dzielić się z obywatelami swoim zasobami, czego nie można ocenić inaczej niż pozytywnie. Z drugiej - w rządowych przekazach zupełnie cicho zrobiło się o demograficznym komponencie "500 plus". Na początku program był reklamowany właśnie jako ratunek dla polskiej demografii, nawet jeśli rząd oficjalnie się już z tego wycofał.

Za sprawą programu "500 plus" postawiono na zupełnie inną politykę pronatalną niż te wdrażane przez poprzednie ekipy rządzące. Przed 2015 r. wprowadzono wiele rozwiązań nakierowanych na zwiększenie aktywności zawodowej kobiet przy równoczesnym umożliwieniu im podjęcia obowiązków macierzyńskich. Mówię o regulacjach związanych z uelastycznieniem i wydłużeniem urlopów macierzyńskich, wprowadzeniem bonów opiekuńczych czy zwiększeniem liczby miejsc instytucjonalnej opieki dziennej.

Owszem, dzięki programowi "500 plus" polskie rodziny dostają gotówkę, ale jednocześnie w żaden sposób nie ułatwia im on łączenia obowiązków zawodowych z opiekuńczymi. Powtórzę też: ten program jest całkowicie oderwany od kierunku działań polityki prorodzinnej realizowanej wcześniej, jakkolwiek ją oceniamy.

Czy jeszcze przed 1 kwietnia 2016 r. demografowie wiedzieli o tym, że "500 plus" nie spełni swoich stricte pronatalnych celów?

Wszelkie badania, które mieliśmy, pokazywały, że pronatalne działanie tego rodzaju transferów czy pojedynczych zastrzyków gotówkowych będzie krótkoterminowe również w polskich warunkach demograficznych. Zwykle pozytywny efekt pojawia się na rok czy dwa lata i taki wystąpił również u nas, czym rządzący mocno się zresztą chwalili. Demografowie byli jednak bardziej sceptyczni. Tłumaczyli, że większa liczba urodzeń - nawet o kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy - będzie miała jedynie skokowy charakter. A teraz ta jednorazowa górka już się zniwelowała. Nie była ona zresztą zbyt duża.

"500 plus" zawiodło?

W sensie demograficznym: tak. Ten program można oczywiście traktować wyłącznie jako program socjalny. Jeśli tak założymy, to w mojej opinii mógł on zostać pomyślany nieco inaczej. Tak, by jeszcze większe środki trafiały do rzeczywiście najuboższych oraz tych najbardziej potrzebujących rodzin z tzw. klasy średniej. Pozostając jednak wyłącznie na poletku demograficznym - "500 plus" miało i ma niestety absolutnie znikome znaczenie dla dzietności czy liczby urodzeń.

.500 plus. Demografia? W 2020 r. najmniej nowych dzieci od 17 lat

Nawet jeśli uwzględnić te odmienne polityki prorodzinne, na koniec i tak pozostajemy z niekorzystnym trendem demograficznym. Co mogłoby go tak naprawdę odwrócić lub chociaż wyhamować?

Przy obecnym kierunku polityki prorodzinnej trudno z rękawa podać pomysły, które byłyby do wprowadzenia już teraz, a ich skutki odczulibyśmy szybko. Trzeba raczej zastanowić się nad instrumentami poprawiającymi sytuację demograficzną w perspektywie długofalowej. Takim rozwiązaniem byłyby na pewno regulacje zmierzające do bardziej równomiernego podziału pracy opiekuńczej i większej aktywizacji mężczyzn w opiece nad dzieckiem. Jeżeli bezpośrednio po urodzeniu dziecka partnerzy matki mogliby korzystać z miesięcznych czy dwumiesięcznych urlopów, to kobiety w końcu przestałyby być postrzegane przez pracodawców jako ci "problematyczni pracownicy".

Wiele zależy też od sytuacji mieszkaniowej. Dostęp do mieszkań, zarówno tych własnościowych, jak i na wynajem, powinien zostać ułatwiony, choć z tym nie możemy sobie poradzić od lat. Na szybko przychodzi mi do głowy przykład Niemiec, gdzie w landach wschodnich wiele budynków zostało przejętych przez różnego rodzaju spółdzielnie, które teraz oferują mieszkania na wynajem po relatywnie niewysokich czynszach.

Konieczne jest również większe dofinansowanie miejsc opieki żłobkowej i przedszkolnej. Państwo powinno zadbać też o to, żeby szkoły oferowały nie tylko usługi edukacyjne, ale również podstawową opiekę zdrowotną, np. stomatologiczną. Być może to drobiazg, ale taki, który zdecydowanie poprawia komfort życia i zmniejsza obciążenie finansowe rodziców. Państwo - w ramach bezpłatnej, finansowanej z podatków puli usług - powinno też zapewnić dzieciom wysokiej jakości posiłki, opiekę w świetlicach oraz zajęcia pozalekcyjne. 

A co jeśli trendy demograficzne nie ulegną zmianie? Jakie konsekwencje przyniesie to za kilkadziesiąt lat? Coraz bardziej starzejące się społeczeństwo nie pozostanie z pewnością bez wpływu na system emerytalny, a państwo będzie musiało zdecydowanie bardziej przeorientować swoje polityki na sferę opieki nad seniorami.

Nie ulega wątpliwości, że negatywny trend demograficzny spowoduje w przyszłości poważne perturbacje czy nawet niewydolność systemu emerytalnego. Nikt nie zastanawia się jednak, jak należałoby zreformować ten system, tak by mógł on funkcjonować w innych realiach demograficznych. Mam wrażenie, że takiej debaty cały czas się boimy, a przecież jest ona nieunikniona.

W dłuższej perspektywie na pewno bardzo zmieni się rynek pracy. Zmniejszeniu ulegnie liczba osób aktywnych zawodowo, przez co będziemy odczuwać różnego rodzaju braki kadrowe. W konsekwencji reorientacji ulegnie zapewne podejście do procesów migracyjnych. Już teraz obserwujemy w Polsce bardzo duży napływ pracowników ze Wschodu. Ten proces będzie się pogłębiał, choć niewykluczone, że nie będzie to już jedynie ten kierunek.

Wspomniane przeobrażenia na rynku pracy zmuszą nas pewnie do zmian w systemie kształcenia. Zresztą nie tylko tego eksperckiego, ponieważ przy coraz mniejszej liczbie uczniów w szkołach poza wielkimi aglomeracjami trzeba będzie na nowo przemyśleć też cały system edukacji powszechnej. Smutną perspektywą może być likwidacja wielu szkół wiejskich.

Pandemia dołoży tu swoją cegiełkę?

Dołoży. Już w tym momencie widzimy duży wzrost liczby decyzji o odłożeniu rodzicielstwa. Szacunki dla Polski są takie, że około 20 proc. osób, które chciały mieć dziecko w 2020 r., zrezygnowało z tych zamierzeń z powodu epidemii koronawirusa. Epidemia, jak wiemy, niezwykle utrudniła dostęp do opieki zdrowotnej.

Wszelkie badania mówią o tym, że po takiego rodzaju kryzysach najczęściej następuje demograficzne odbicie, a dzieci zaczyna rodzić się więcej. Problem w tym, że po uporaniu się z kryzysem epidemicznym wpadniemy w ten gospodarczy, którego konsekwencje mogą być odczuwalne przez wiele kolejnych lat. Nie wykluczam, że w niedalekiej przyszłości statystyki urodzeń mogą się nieznacznie poprawić, ale przy recesji gospodarczej nie ma większych szans, by przerodziło się to w trend.

Czy takie jednostkowe, acz doniosłe, zdarzenia jak wyrok Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji mogą w dalszej perspektywie przełożyć się na decyzje prokreacyjne Polek? Wiemy też, że coraz więcej młodych ludzi deklaruje poglądy lewicowe. Wzrasta również liczba odejść z Kościoła, który traci też w sondażach zaufania.

Niestety należy to ze sobą łączyć. Bo choć dominującymi czynnikami wpływającymi na dzietność są, jak mówiliśmy, te związane z poczuciem szeroko pojętej stabilizacji, to nie można tego sprowadzać tylko do statystyki. Bo koniec końców jest to zawsze jednostkowa decyzja i wpływ na nią ma ogromna liczba czynników czy obaw. A chyba zgodzimy się, że obok wyroku TK mało kto mógł przejść obojętnie. Gwałtownie otwarto wtedy ogromną dyskusję o prawach reprodukcyjnych i zdrowiu kobiet. Ona jest jak najbardziej potrzebna, ale nie powinna przybierać tak zaostrzonych form. Polecam w tym kontekście zapoznać się ze stanowiskiem Komitetu Nauk Demograficznym PAN, który stwierdził, że wyrok TK "grozi wielowymiarowymi, długoterminowymi skutkami społeczno-demograficznymi, pogarszając sytuację demograficzną kraju".

Jeżeli chodzi o coraz większą liczbę odejść od Kościoła, można jedynie stwierdzić, że sekularyzacja to już właściwie chleb powszedni dzisiejszych czasów. Skandale, którymi Kościół jest regularnie trawiony, również nie sprzyjają utrzymaniu przy nim młodych. Nie pokusiłabym się jeszcze natomiast o łączenie tego zjawiska z samą ideą posiadania dzieci. Bo wprawdzie nadal jest tak, że osoby bardziej religijne mają większe rodziny i częściej deklarują chęć posiadania potomstwa, ale ta zależność wcale nie jest tak zero-jedynkowa, jakby się wydawało. Skrajna postawa lewicowa nie oznacza przecież, że jest się zatwardziałym przeciwnikiem rodziny. Tak jak bycie skrajnym prawicowcem nie znaczy, że chce się mieć pięcioro dzieci. Przy zachodzących procesach społeczno-politycznych ta polaryzacja może się pogłębiać, ale trudno jeszcze wydawać tu jednoznaczne sądy.

*Dr hab. Monika Mynarska - psycholożka i demografka społeczna. Pracuje w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie (prof. uczelni). W przeszłości współpracowała z Zakładem Demografii Instytutu Statystyki i Demografii SGH. Jej zainteresowania badawcze dotyczą procesu formowania rodziny oraz intencji prokreacyjnych i ich realizacji. Wraz z prof. Ireną E. Kotowską kieruje polską edycją badań Generacje i Rodziny w ramach międzynarodowego programu Generations and Gender Programme (GGP).

Więcej o: