Setki zmarłych dziennie już spowszedniały, a umiera nas więcej niż w zaciekłych bitwach

Na lekcjach historii o słynnych bitwach Polaków podczas II wojny światowej często słyszeliśmy, że były wyjątkowo krwawe. Padały przy tym liczby, które jednak szybko wylatywały z głowy. Podobnie jest z informacjami o liczbie dziennych ofiar koronawirusa. Te też już nie robią wrażenia. Gdyby jednak zestawić przeszłość z teraźniejszością, może zrobiłyby większe.

Szturmowanie bunkrów ziejących ogniem z karabinów maszynowych. Ataki przez pola minowe, zasieki i pod ostrzałem moździerzy. Walki do ostatniego naboju na okrążonym wzgórzu. Mozolne zdobywanie każdego kolejnego domu w zrujnowanym mieście zamienionym w twierdzę. 

Wszystko to brzmi wyjątkowo niebezpiecznie i krwawo. Mogłoby się wydawać, że codziennie pochłaniało więcej ofiar niż epidemia jakiegoś koronawirusa, przetaczająca się przez żyjący w pokoju, zamożny i przyzwoicie zorganizowany kraj. Nic bardziej mylnego.

Względnie krwawe fronty

Podczas najkrwawszej i jednej z najbardziej bezsensownych polskich bitew II wojny światowej ta liczba była prawie dwa razy niższa. Tak też się składa, że ta bitwa była mitem założycielskim komunistycznego Wojska Polskiego. Rozegrała się 12 i 13 października 1943 roku w pobliżu wsi Lenino na terenie współczesnej Białorusi. Świeżo utworzona pod skrzydłami wojska ZSRR 1. Polska Dywizja Piechoty została tam rzucona do frontalnego ataku na okopanych Niemców. Niedoświadczona, słabo wyszkolona i dowodzona, wykonała zlecone jej przez radzieckie dowództwo zadania tylko częściowo. Okupiła to ciężkimi stratami. Wynosiły pół tysiąca zabitych, a do tego dwa i pół tysiąca rannych, zaginionych i wziętych do niewoli. Dla dywizji, a zwłaszcza jej trzech pułków piechoty stanowiących podstawę sił bojowych, były to druzgocące straty, które wymusiły przesunięcie jej na tyły i odbudowę.

Podczas najsłynniejszej bitwy, w której brały udział wojska polskie walczące u boku zachodnich aliantów, straty były wyraźnie niższe. Mowa o walkach o włoski klasztor Monte Cassino i okoliczne pozycje obronne Niemców blokujące aliancką ofensywę w kierunku Rzymu. 12 maja 1944 roku włączył się do nich 2. Korpus Polski pod dowództwem generała Władysława Andersa i brał w nich udział przez dwa kolejne tygodnie. Walki toczyły się w bardzo trudnym górskim terenie, a Niemcy byli bardzo dobrze przygotowani do obrony i walczyli zacięcie, ponieważ znaczną część ich sił stanowiły doborowe oddziały. W ciągu tych dwóch tygodni zginęło lub zaginęło bez wieści około tysiąca polskich żołnierzy. Czyli średnio około 70 dziennie.

Prof. Krzysztof SimonProf. Simon o liczbie zgonów: Dążymy do statystyk z września 1939 roku

Trzy miesiące później 1. Dywizja Pancerna pod dowództwem generała Stanisława Maczka ruszyła do wielkiej bitwy w rejonie Falaise na północy Francji. Od 14 do 21 sierpnia u boku wojsk zachodnich aliantów toczyła ze zmiennym powodzeniem walki, których celem było zamknięcie setek tysięcy Niemców w wielkim okrążeniu. Ci za wszelką cenę starali się do tego nie dopuścić. Walczyli do całkowitego wyczerpania. Jeden z polskich oddziałów musiał przez kilka dni w okrążeniu bronić strategicznie ważnego wzgórza. Momentami odpierał Niemców w walce wręcz. Tydzień walk kosztował 1. Dywizję Pancerną około tysiąca zabitych i zaginionych. Również około 70 dziennie.

Miesiąc później rozpoczęła się jedna z najbardziej znanych na Zachodzie bitew z udziałem Polaków, czyli operacja Market Garden. Szeroko zakrojona ofensywa, która miała wykorzystać efekty między innymi zwycięstwa pod Falaise. Kombinowane klasyczne natarcie lądowe i ataki spadochroniarzy miały przełamać obronę Niemców w Holandii. Skończyło się ogromną porażką. W nieudanej operacji wzięła udział 1. Samodzielna Brygada Spadochronowa pod dowództwem generała Stanisława Sosabowskiego. W ciągu pięciu dni walk, od 21 do 26 września, Polacy stracili 93 żołnierzy. Średnio 19 dziennie.

Pół roku później ponownie krwawo zapisało się w historii polskie wojsko działające u boku Armii Radzieckiej. Od 7 do 18 marca 1945 roku jednostki 1. Armii Wojska Polskiego zdobywały Kołobrzeg. Miasto zostało formalnie ogłoszone twierdzą i miało być bronione za wszelką cenę, zgodnie ze standardową niemiecką praktyką na froncie wschodnim. Oznaczało to zacięte walki, w wyniku których niemal cały Kołobrzeg legł w gruzach. W ciągu 11 dni zginęło lub zaginęło półtora tysiąca polskich żołnierzy. Średnio po około 136 dziennie.

W ubiegłym tygodniu, od 29 marca do 4 kwietnia, oficjalnie stwierdzono w Polsce 3054 zgonów spowodowanych przez zakażenie koronawirusem. To średnio 436 osób dziennie.

.Nadmierna śmiertelność w Polsce była jesienią najwyższa w całej UE

Skala dzisiejszego problemu

Oczywiście porównywanie tych liczb bezpośrednio nie jest możliwe. Wszak z jednej strony jest liczący 38 milionów obywateli kraj, a z drugiej jednostki i oddziały, które w danej chwili miały na froncie nie więcej niż kilka-kilkanaście tysięcy żołnierzy. Procentowy udział ofiar w oczywisty sposób wskazuje na to, że udział w ciężkich walkach podczas II wojny światowej był znacznie bardziej niebezpieczny niż życie w Polsce w XXI wieku. Nie może to zaskakiwać.

Nie chodzi tu jednak o bezpośrednio porównania. Chodzi jedynie o zdanie sobie sprawy ze skali problemu, z jakim się obecnie mierzymy. Ile to jest te kilkaset osób dziennie, które nam już spowszedniały. Od początku pandemii z powodu zakażenia koronawirusem oficjalnie zmarło 55 tysięcy Polaków, a to jeszcze nie koniec.

Zobacz wideo