Dyrektorka MOPS-u o "500 plus": Nie jestem zwolenniczką PiS-u, ale tego programu będę bronić

- Kiedyś rozmawiałam o wyborach i polityce z jedną ze swoich pracownic. Stwierdziła wprost, że nie interesuje jej to, kto rządzi, ale PiS dało jej pieniądze i będzie dalej na nich głosować. Doszło do kupienia pewnej liczby głosów. A wyborów politycznych nie powinno się przecież podejmować tylko przez pryzmat "500 plus" - mówi w rozmowie z Gazeta.pl dyrektorka Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w jednym z polskich miast na prawach powiatu.

GAZETA.PL, MARCIN KOZŁOWSKI: Zgodziła się pani na rozmowę, ale pod warunkiem zachowania anonimowości. Stwierdziła pani, że "500 plus" to sprawa polityczna.

DYREKTORKA MIEJSKIEGO OŚRODKA POMOCY SPOŁECZNEJ*: To sztandarowa pozycja obecnie panującego rządu, więc jakakolwiek krytyka tego programu wyglądałaby tak, jakbym "nadawała" na władzę.

Od samego początku ta sprawa wzbudzała spore kontrowersje. Z jednej strony rodzice przyjęli "500 plus" z ogromnym zadowoleniem; z drugiej - pojawiało się pytanie, dlaczego poprzednia opcja polityczna tego nie wprowadziła. Poza tym założeniem programu miało być znaczne zwiększenie dzietności, a tak się nie stało. Powiedzmy sobie szczerze: nikt normalny dla samego 500 zł nie urodzi dziecka.

Nie jestem zwolenniczką obozu rządzącego, ale przyznaję, że w wielu przypadkach "500 plus" bardzo wzmocniło rodziny, które mamy pod swoimi skrzydłami. Będę bronić tego programu. Pomoc wcale nie jest tak marnotrawiona, jak to niektórzy przedstawiają, a przynajmniej nie jest to nagminne.

A jakie odczucia miała pani w 2016 r., kiedy ten program wchodził w życie?

Pomyślałam wtedy, że szkoda, że nie wprowadzono tego programu wcześniej. Sama mam kilkoro dzieci, już dorosłych. Jako rodzina byliśmy zawsze "za bogaci", by dostać jakiekolwiek dofinansowania, zasiłek rodzinny. Bardzo trudno jest wykształcić i wychować dzieci na jakimś poziomie, zwłaszcza kiedy pojawiają się na świecie w dość krótkich odstępach. Był moment, kiedy każde z moich dzieci było jednocześnie na studiach. Miesięcznie szło na nie kilka tysięcy złotych. A dziś widzę, że jest dużo rodzin, które odkładają "500 plus" właśnie na przyszłość, na edukację dzieci.

Kiedy ten program został ogłoszony, słyszałam głosy niedowierzania, wątpliwości, czy nasz kraj na to stać. Pojawiały się też stwierdzenia, że "tamci kradli, a ci teraz nie kradną". A teraz pojawiają się pytania, a wręcz strach, czy jeśli władza się zmieni, to czy ta pomoc zostanie.

Kiedyś rozmawiałam o wyborach i polityce z jedną ze swoich pracownic. Stwierdziła wprost, że nie interesuje jej to, kto rządzi, ale PiS dało jej pieniądze i będzie dalej na nich głosować. Doszło do kupienia pewnej liczby głosów. A wyborów politycznych nie powinno się przecież podejmować tylko przez pryzmat "500 plus", w grę wchodzi jeszcze szereg innych uwarunkowań, które przemawiają za tą lub za inną partią.

Zobacz wideo Luty 2020 r. Sroczyński i Lubnauer o 500+ i emeryturach. Ostra wymiana zdań w Porannej rozmowie Gazeta.pl

Jak wspomina pani początki tego programu?

Było sporo problemów związanych z tym, że pieniądze na pierwsze dziecko przysługiwały tylko tym rodzinom, które spełniały określone warunki dochodowe. Dużo czasu zajmowało sprawdzanie, bo ludzie często kręcili i niektóre rodziny swoje dochody po prostu ukrywały.

Mieliśmy wtedy cały sztab urzędników, którzy byli przeznaczeni do rozpatrywania decyzji, analizowania sytuacji tych ludzi. Najgorsze były przypadki, kiedy rodzice byli w okresie około rozwodowym albo się nie dogadywali. Wtedy było szaleństwo: kto miał brać, kto pierwszy złożył wniosek i tak dalej. Emocje opadły, gdy próg dochodowości został zniesiony, zmniejszyła się też machina urzędnicza do obsługi programu.

Do ilu rodzin w pani mieście co miesiąc wpływa "500 plus"?

Korzysta z tego kilka tysięcy rodzin, a co za tym idzie: kilkanaście tysięcy dzieci.

Bywa, że pomoc przekazywana jest np. w bonach, a nie w gotówce?

Może pana zaskoczę, ale nie mamy ani jednej rodziny, w której musielibyśmy się posuwać aż do takiej formy. Mamy natomiast kilkanaście rodzin, które po doradztwie i naszej propozycji same zadeklarowały, że chcą, by część tych pieniędzy była przelewana na opłatę czynszu. Zresztą ustawa przewiduje taką możliwość.

Dlaczego same tego czynszu nie opłacają?

To często są rodziny, które mają kłopoty z organizowaniem sobie bieżących wydatków. Przypuszczam, że zawsze znajdzie się coś "ważniejszego" niż czynsz. Mają wtedy pewność, że opłata za mieszkanie, która jest jednak ostoją bezpieczeństwa dla rodziny, jest regulowana. Pamiętajmy, że "500 plus" ma częściowo pokryć koszty utrzymania dziecka, a to nie tylko ubranie, jedzenie, ale też czynsz, woda, prąd.

Na co rodziny przeznaczają "500 plus"?

Tak jak wspomniałam, znam bardzo dużo ludzi, wśród rodziny i znajomych, którzy odkładają pieniądze z myślą o wykształceniu dzieci.

Jeśli chodzi o naszych podopiecznych, to zauważyłam, że nasze rodziny zaczęły gdzieś z dziećmi wyjeżdżać. A to wynajmują gdzieś domek, a to jadą nad morze. Dzieci mówią potem, że widziały morze pierwszy raz w życiu. Podniósł się też wystrój mieszkań, rodziny kupują sobie nowy telewizor, meble. Dziecko dostaje swój pierwszy komputer.

Czasem to ważna składowa budżetu. Mamy np. rodzica z czwórką dzieci. Z "500 plus" dostaje dwa tysiące, kolejne dwa tysiące z funduszu alimentacyjnego, bo drugi rodzic gdzieś zniknął. To już cztery tys. zł. Do tego rodzic ma ponad tysiąc złotych renty, zasiłki rodzinne, czyli już prawie sześć tys. zł. Trzeba się naprawdę napracować, żeby rodzina miała sześć tys. zł dochodu. Za tyle można już utrzymać czworo dzieci. Nie mówię, oczywiście, o standardach warszawskich celebrytów, ale ludzie przecież utrzymują rodziny za dużo mniejsze pieniądze.

Zauważyłam też, że nie ma teraz chętnych na używane ubrania, które oferujemy. Mam wrażenie, że już prędzej takie ciuchy wzięliby ci, którzy nie korzystają na co dzień z naszej pomocy, a którym rodzi się np. kolejne dziecko i szkoda im wydawać pieniądze na ubranka, z których za chwilę niemowlę wyrośnie. A nasze rodziny używaną odzież traktują już z niechęcią. Wolą mieć nową. Chcą mieć poczucie, że nie są gorsze od innych.

Spadła liczba osób, które korzystają z zasiłków?

Od 2016 r. nastąpił u nas bardzo duży spadek rodzin z dziećmi korzystających z finansowej pomocy społecznej, prawie o 30 proc. Ale to nie tylko kwestia "500 plus". Rynek pracy w poprzednich latach był bardzo łaskawy. Każdy, kto chciał, mógł znaleźć zatrudnienie. Kiedyś zgłaszały się do mnie dziesiątki osób, a ostatnio, gdy szukałam kogoś do pracy w budżetówce, wręcz mnie wyśmiewano, że nikt za takie pieniądze pracować nie przyjdzie. Natomiast pamiętajmy o tym, że "500 plus" nie wlicza się do dochodu. Niektóre rodziny mogłyby więc jeszcze korzystać z naszej pomocy, ale zdarzają się takie, które nie chcą.

Nie chcą?

Dzwonię do nich na przełomie listopada i grudnia i proszę, żeby złożyły wniosek. Mówię, że mamy wolne środki, które chcielibyśmy przeznaczyć np. na zasiłki okresowe, celowe. Zdarzyło mi się, że usłyszałam od kogoś: "Pier**** te pani 100 czy 300 zł, żebyście mi potem przychodzili i do lodówki zaglądali".

Takie rodziny nie chcą mieć nic wspólnego z pomocą społeczną, bo ich nastawienie do dzieci i sposób bycia rodzicem się nie zmienił, ale dzięki "500 plus" mogą sobie już nas odpuścić. Nie chcą wysłuchiwać, że mają rano wstać, zrobić dzieciom śniadanie, posłać je do szkoły. Ale to niewielka grupa, to nie jest duży odsetek.

Sytuacja zmienia się, jeśli dostajemy zgłoszenie o tym, że jest coś nie tak, np. ze szkoły, przedszkola, innej instytucji albo z anonimowego telefonu. Bywa, że ktoś nas informuje o tym, że mimo "500 plus" dziecko nie jeździ na wycieczki, nie płaci składek, nie ma podręczników. Taka informacja nam wystarczy. Wtedy idziemy do tej rodziny i pytamy, dlaczego dziecko tego wszystkiego nie ma, skoro pieniądze na to są. I dochodzimy do jakiegoś porozumienia na zasadzie mediacji, edukacji, współpracy, żeby te potrzeby były jednak zabezpieczone.

Ma pani poczucie, że "500 plus" wyciągnęło niektóre dzieci ze skrajnej wręcz biedy?

Może gdyby pan zadzwonił w inne miejsce w Polsce, to pan by to usłyszał. Uważam, że typowej skrajnej biedy jest bardzo mało. Przypadki pokazywane w telewizji są chyba przedstawiane pobieżnie. Czasem aż mi się krew gotuje. Przez kilkadziesiąt lat mojej pracy nie spotkałam ani jednego postanowienia sądu o zabraniu dzieci z powodu biedy. To prawda, zabiera się dzieci z powodu m.in. niezaspokojenia ich potrzeb, ale powodem wcale nie jest bieda. Tak to się jednak przedstawia.

Biedy nie ma?

Bieda była i będzie tam, gdzie jest alkohol, gdzie są dopalacze, z tym część rodzin wciąż się zmaga. Jeśli mam w ręce ostatnią stówę, to przeznaczę ją na alkohol czy na dzieci? Człowiek bardzo uzależniony przeznaczy to na alkohol. Ale jeśli ma już np. 500 zł, to starczy i na alkohol, i na dzieci. Przepraszam za to trywialne porównanie, ale myślę, że w bardzo niewielkiej grupie naszych rodzin może tak to działać.

Największą grupą biedy w Polsce nie są wcale rodziny z dziećmi, tylko ludzie starsi. O tym się nie mówi. Wielu ludzi ma głodowe dochody, często nie kwalifikują się na pomoc społeczną, bo muszą mieć mniej niż ok. 700 złotych na osobę samotnie gospodarującą. Często słyszę od osób starszych, że szkoda, że nie mają też takiej możliwości, żeby dostać jakąś pomoc.

Wyobraźmy sobie sytuację, że dostała pani telefon z Warszawy: "Została pani nową ministerką rodziny i polityki społecznej. Serdecznie gratulujemy. Pierwsze zadanie: musi pani dokonać zmian w programie '500 plus'".

Po pierwsze - nie przyjęłabym tego zaszczytnego stanowiska, bo nie brakuje mi tak dużo do emerytury i marzę o świętym spokoju. Praca w pomocy społecznej jest bardzo trudna, ale nie mogę też powiedzieć, że jestem całkowicie wypalona, że się męczę. Staram się robić to najlepiej, jak potrafię.

Jeśli chodzi o "500 plus", to widzę niestety, że część osób nie inwestuje w dzieci, tylko robi np. elewację domu, bo to przecież widać gołym okiem. A ja byłabym zwolenniczką wprowadzenia bonu, który umożliwiałby posyłanie dzieci na dodatkowe zajęcia językowe, korepetycje, kółka zainteresowań, na kolonie. Może też darmowe podręczniki, wyposażenie do szkoły? Kiedy przychodził wrzesień, zawsze cała drżałam, bo trzeba było kupić dzieciakom książki, strój gimnastyczny i tym podobne. Po prostu masakra.

Chodzi o to, by te pieniądze były przeznaczone rzeczywiście na rozwój edukacyjny, intelektualny, rozrywkowy. Wie pan, ile kosztuje wyjście z dziećmi do kina? Ostatnio poszłam z wnukami do ZOO. Duża wyprawa. A chętnie chodziłabym nawet raz w tygodniu. Albo chociaż raz w miesiącu. Nie mówię, że całe "500 plus" musi być w formie bonu, część mogłaby być faktycznie w gotówce.

A może 500 zł to już za mało i trzeba tę kwotę podwyższyć?

Jeśli będziemy tak podwyższać, to za chwilę znajdziemy się już w totalnym kryzysie. Bez przesady, 500 zł to nie jest bardzo duża kwota, ale to nie jest też mało. To nie państwo ma nam utrzymywać dziecko. To obowiązek rodzica.

*Na prośbę naszej rozmówczyni zanonimizowaliśmy wywiad, jej dane pozostają w dyspozycji redakcji.

Więcej o: