Kochał F-16 i spędził w nich 11 lat, ale kiedy odchodził, poczuł ulgę. Pierwsza taka książka polskiego pilota

- W tej książce chciałem ominąć to, co nazywam socrealizmami. Czyli wtedy a wtedy dostałem medal czy awans. To mnie nie interesuje. Chciałem pokazać, jak naprawdę wygląda kariera współczesnego pilota wojskowego - mówi Marcin Modrzewski, jeden z pierwszych polskich pilotów F-16, który teraz napisał jedyne w swoim rodzaju wspomnienia.

Marcin "MAHB" Modrzewski, podpułkownik pilot w stanie spoczynku, były dowódca 10. Eskadry Lotnictwa Taktycznego w Łasku, jednej z dwóch eskadr F-16 w polskich Siłach Powietrznych. Uczestniczył w misji przeciw dżihadystom z tak zwanego Państwa Islamskiego, latał nad Irakiem i Syrią.

Maciek Kucharczyk, Gazeta.pl: Zapadło mi w pamięć jedno zdjęcie z pana książki. Trzyma pan żonę na rękach przed F-16. Można powiedzieć, że ta fotografia w znacznej mierze zdefiniowała pana dalszą karierę.

Marcin "MAHB" Modrzewski: Rzeczywiście. Amerykanie śmiali się wtedy, że ściągnąłem całą rodzinę na ten lot, bo była ona i jej rodzice. Madzia mieszkała ze mną w Tucson, a teściowie akurat przyjechali w odwiedziny z Polski. No i udało się załatwić im wszystkim przepustki. Kilka dni po tym locie musiałem przejść ceremonię nadania tak zwanego callsign. To taka żelazna tradycja wśród amerykańskich pilotów myśliwskich. Akt dopuszczenia do braterstwa broni. Pożegnanie się ze starym imieniem i nadanie nowego. Potem, czy to na ziemi, czy w powietrzu, używasz tylko tego callsign.

Pilot z żoną i F-16. Tucson, Arizona, USA.Pilot z żoną i F-16. Tucson, Arizona, USA. Fot. archiwum prywatne

Pan został MAHB-em. Niezły łamaniec do wymówienia po polsku.

Po angielsku w takim układzie "h" jest nieme, więc w praktyce było znacznie prostsze MAB. Początkowo miało być coś zupełnie innego. Tak naprawdę piloci myśliwscy nie mają jakichś wydumanych ksywek rodem z filmu "Top Gun" w rodzaju Viper (ang. żmija - red.). W barze eskadry, co swoją drogą jest inną ciekawą tradycją amerykańskich lotników, wiesza się białą tablicę i każdy może na nią wpisywać swoje propozycje callsign dla młodego pilota. Nie mogą być abstrakcyjne, bo trzeba je móc potem uzasadnić na ceremonii, opowiedzieć, skąd się wzięły. No i dla mnie większość propozycji była związana z czymś niemądrym, co zrobiłem na pewnym wcześniejszym spotkaniu i co skończyło się szramą na czole. Tego kluczowego wieczoru na ceremonii pojawił się jakiś pilot z innej eskadry, którego w ogóle nie kojarzyłem. Był jednak już mocno wesoły i bez krępacji zakrzyknął, że on to też mnie w ogóle nie zna, ale widział, że na swój pierwszy lot ściągnąłem z Polski chyba całą swoją cholerną rodzinę. I że mam "hot" żonę. Było tam oczywiście więcej słów na "f" i ogólnej wesołości. No i wyszło w końcu "Man of Hot and Beauty" - MAHB.

Czyli przez całą karierę, nawet podczas misji nad Irakiem, był pan tym, co "ma gorącą żonę". Ciekawe tradycje mają Amerykanie, nie powiem.

Oj tak. Mają ich bardzo wiele, czego im zazdroszczę. Mogą się wydawać dziwne, ale moim zdaniem to świetne sposoby na budowanie ducha wspólnoty i motywowania pilotów. U nas tego praktycznie nie było. Dopiero my, po powrocie z USA, zaczęliśmy przeszczepiać część pomysłów. Można powiedzieć, że nie tylko ja, lecz także wielu moich kolegów przesiąkło tą Ameryką, ich wizją świata i podejściem do załatwiania spraw. Nie uważam tego za coś złego. Oni sami, w sensie amerykańscy wojskowi, są w pewnym sensie zindoktrynowani. Wolność, demokracja i te sprawy. Nie są jednak w tym głupi. Nie są oczadzeni propagandą. To inteligentni profesjonaliści, którzy stworzyli naprawdę świetne lotnictwo, którego możemy im tylko zazdrościć. Dlatego uważam, że ściąganie od nich to naprawdę nic złego.

Ta książka w pewnym sensie też jest podpatrzona u Amerykanów.

Prawda. U nich wielu pilotów pisze wspomnienia, zwłaszcza takich, którzy zrobili coś wyjątkowego. Można się z nich dużo dowiedzieć o tym, jak naprawdę wygląda taka kariera. Po polsku właściwie nie wydano żadnych wspomnień pilotów myśliwskich. Było kilka w PRL, ale to pominę milczeniem, bo wiadomo, jak wtedy się pisało o wojsku. Oczywiście są książki o okresie II wojny światowej, ale te też są specyficzne. No i opisują czasy dawno minione. Mogę się tym narazić na ukamienowanie, ale weźmy choćby sztandarowy "Dywizjon 303" Arkadego Fiedlera...

Dzieło bardziej ku pokrzepieniu serc, hagiografia, a nie realistyczny opis rzeczywistości.

No właśnie. Jak się do niego podejdzie krytycznie, poczyta angielskie źródła, to potem się okazuje, że ta rzeczywistość była bardziej złożona. No a ja chciałem napisać coś, co pokaże, jak naprawdę wygląda kariera współczesnego pilota myśliwskiego. Bez upiększeń. Tak, żeby młody człowiek z pasją latania, tak jak ja w latach 90., wiedział, czego może się spodziewać. Przewodnik pozwalający wejść w ten świat.

W trakcie czytania tego przewodnika można odnieść wrażenie, że to tylko światowe życie. Tu wieloletnie szkolenia i kursy w USA oznaczające przeprowadzki z rodziną za ocean, tam wylot na wielkie ćwiczenia w Holandii i odwiedziny koronowanych głów, tu pogawędka z Obamą, a gdzie indziej trening w Grecji i fantastyczne widoki nad Morzem Egejskim.

Oczywiście nie opisywałem wszystkiego. Chciałem uniknąć czegoś, co nazywam socrealizmem. Czyli wtedy dostałem awans, wtedy dostałem taki a taki medal. Chodziło mi o pokazanie kolejnych kamieni milowych w karierze pilota myśliwskiego. No i próbowałem jakoś opisać piękno latania, choć trudno to oddać słowami.

Kuwejt. Przed pierwszym lotem bojowym na rozpoznanie nad terytorium dżihadystów. Widać pistolet i zapas amunicji w kamizelce, przez które trudno było się ruszać w kokpicie, ale których żaden sojuszniczy lotnik nie chciał zostawić po zobaczeniu nagrań zamordowania przez fanatyków jordańskiego pilota F-16.Kuwejt. Przed pierwszym lotem bojowym na rozpoznanie nad terytorium dżihadystów. Widać pistolet i zapas amunicji w kamizelce, przez które trudno było się ruszać w kokpicie, ale których żaden sojuszniczy lotnik nie chciał zostawić po zobaczeniu nagrań zamordowania przez fanatyków jordańskiego pilota F-16. Fot. archiwum prywatne

Czyli nie jest tak różowo. Bardzo oszczędnie, ale wspomina pan kilka przypadków zderzeń kultur. Kiedy na przykład nauczony polskimi doświadczeniami obawia się tego, co będzie, kiedy podczas jednego z pierwszych intensywnych szkoleń w USA przeciera się panu rękawiczka. I żeby zaoszczędzić sobie problemów, już pan kombinuje, czy by nie kupić nowej samemu.

Tak. A potem mój amerykański przełożony patrzy się na mnie dziwnie i po prostu każe iść do podoficera odpowiedzialnego za zaopatrzenie. Ten otwiera wielką szufladę z setkami rękawiczek i mówi, żebym sobie od razu wybrał kilka par na zapas, po czym wychodzi z pokoju. Mówiąc delikatnie - w Polsce byłoby to bardziej skomplikowane.

Te pana szpile pod adresem naszego wojska są jednak takie bardzo delikatne.

Powiem szczerze, że po prostu nie chciałem się w to zagłębiać. Jeszcze nie teraz. Mam nadzieję, że czytelnik zrozumie, co chcę mu powiedzieć za pomocą tych krótkich anegdotek. Z tego samego powodu nie opisuję też w ogóle wstępnego szkolenia w Polsce.

Rozumiem, że tym samym wątkiem jest narada, którą pan opisuje jako jeden z głównych czynników, które popchnęły pana do pożegnania się z mundurem. Naprawdę tak było?

Naprawdę. Bite cztery godziny dyskusji wyższych rangą oficerów nad tym, czy zajęcia z metodyki musi prowadzić metodyk, czy może ktoś inny. Wtedy wiedziałem, że muszę podjąć jakąś decyzję, co zrobić z sobą dalej. Czułem, że tak naprawdę nie ma zapotrzebowania na moje doświadczenie. Nikt mi nie zamykał drzwi do dalszej kariery, ale ja czułem się bezsilny. Nie chciałem gorzknieć. Już nie wspominam o tym, jakie opcje rozwoju kariery mają w USA tacy jak ja. No ale nawet w szeregu lotnictw europejskich, do których poziomu moim zdaniem powinniśmy dążyć, takich jak francuskie, holenderskie, norweskie czy włoskie. Tam starszych pilotów często robi się instruktorami, żeby mogli przekazywać swoje doświadczenie młodszym. Bo nie mogą latać bojowo bez końca. Awansują, bardziej zajmują się dowodzeniem niż lataniem, po prostu przestają być dobrymi pilotami. Nic nie trwa wiecznie. Po 11 latach za sterami F-16 zdecydowałem się więc pożegnać z mundurem. I wie pan, co poczułem? Ulgę.

To strasznie smutne, że człowiek, którego doświadczenie kosztowało polskiego podatnika pewnie dziesiątki milionów złotych, dociera do takiego punktu i kończy służbę po kilkunastu latach.

Na początku swojej kariery w ogóle o tym aspekcie nie myślałem. Byłem pełen młodzieńczego entuzjazmu, spełniały się moje marzenia. Byłem w miejscach, o których wcześniej mogłem tylko czytać.

Widać to na zdjęciach ze szkoleń w USA. Szeroki uśmiech w większości wypadków.

Trochę się obawiam, czy to nie zostanie odczytane jako jakiś amerykański sztuczny uśmiech, ale naprawdę tak się czułem. Dopiero później na jednym z kolejnych szkoleń w USA Amerykanie zaczęli mówić, że ten samolot nie należy do ciebie czy nas, ale do podatników i oni nie byliby zadowoleni, gdybyś robił z nim coś głupiego. I to było otrzeźwiające. No ale niestety. Nie chciałem gorzknieć przez próby trwania w służbie. W końcu nic nie trwa wiecznie.

Teraz lata pan jako pierwszy oficer na Boeingach B737 w barwach PLL LOT. I z tego, co pan pisze oraz mówi, wydaje się, że nie jest pan rozczarowany takim rozwojem kariery.

Zdecydowanie nie. Owszem, pandemia w oczywisty sposób skomplikowała życie wszystkim pilotom komunikacyjnym, ale nie żałuję. Jest stabilniej i spokojniej. No i ciągle mam to, co najbardziej kocham w lataniu. Widoki.

***

Ppłk Modrzewski w 2018 roku pożegnał się z mundurem i za namową znajomych postanowił zrealizować swoje wieloletnie skryte pragnienie napisania książki, której jeszcze na polskim rynku nie było. Po jej lekturze trzeba stwierdzić, że mu się udało. Książka "Pilot F-16" rzeczywiście pozwala zorientować się, jak mniej więcej wygląda ścieżka kariery współczesnego pilota myśliwskiego. Dlaczego akrobacje na pokazach mają się nijak do prawdziwych walk w powietrzu, jak wygląda organizowanie złożonych operacji lotnictwa NATO i dlaczego F-16 wygląda tak, a nie inaczej. Na szczęście udało się uniknąć tak częstego w tego rodzaju publikacjach przeładowania detalami i technicznym językiem. Czyta się łatwo i przyjemnie. Tekst uzupełnia mnóstwo zdjęć z prywatnego archiwum autora, wzbogaconych o trochę rysunków i wykresów, oraz sporą porcję zdjęć samych F-16 autorstwa znanych polskich fotografów lotniczych. Modrzewski wplótł też w swoją opowieść mnóstwo tytułów anglojęzycznych książek na temat lotnictwa, które wyraźnie sugeruje osobom zainteresowanym tematem jako wartościowe lektury.

Książka "Pilot F-16" ukaże się 24.02 nakładem wydawnictwa Warbook. Dzień wcześniej będzie można ją kupić w wersji elektronicznej na platformie Publio >>

Zobacz wideo