Rosjanie pod Warszawą w cztery dni. I nie to jest najgorszym wnioskiem z ćwiczeń Zima-20

Na szczytach polskiego wojska stało się coś złego. Choć przebieg niedawnych wielkich ćwiczeń sztabowych Zima-20 jest oficjalnie niejawny, to szybko przestał taki być. Wyjątkowo rozległe przecieki wskazują na to, że nie chodziło w nich tylko o ćwiczenie obrony Polski. To jest wojna o najważniejszy stołek w polskim wojsku, prowadzona w wyjątkowo brudny sposób.

Oficjalnie nic na ten temat nie wiadomo. Przebieg tego rodzaju ćwiczeń to od zawsze sprawa niejawna i tak też na pytania dziennikarzy odpowiada MON oraz Sztab Generalny (SG).

W 2017 roku, kiedy odbyły się poprzednie ćwiczenia sztabowe (symulacja działań zbrojnych w rzeczywistości wirtualnej i na mapach) Zima-17, nieoficjalnych informacji na temat ich przebiegu praktycznie nie było. Poza prasą branżową mało kto zwrócił na nie uwagę. Teraz stało się coś diametralnie innego. W ciągu kilku dni po zakończeniu ćwiczeń Zima-20 nastąpił nie tyle przeciek, ale powódź nieoficjalnych informacji na temat ich przebiegu. Opublikowano szereg artykułów, z których wynika, że w trakcie symulowanej obrony przed Rosjanami polskie wojsko zostało rozgromione.

Przegrana nie jest katastrofą

Podobne informacje uzyskała Gazeta.pl z dwóch źródeł. W tej niedawnej wirtualnej wojnie Rosjanie roznieśli polskie wojsko i w ciągu czterech dób dotarli na przedmieścia Warszawy. Nasze oddziały poniosły katastrofalne straty i nawet nie były w stanie zorganizować skutecznej obrony na linii Wisły. Rosjanie mogli popędzić dalej na zachód. Może to brzmieć alarmująco, ale nie musi.

Po pierwsze nie jest jasne, jakie założono warunki ćwiczenia. Nie ulega wątpliwości, że nawet geniusz wojskowy nie zmieni faktu, iż w samotnym otwartym starciu z siłami zbrojnymi Rosji polskie wojsko nie ma szans. Za duża dysproporcja potencjałów. Na szczęście scenariusz, w którym Polska musi samotnie stawać do walki z całymi siłami rosyjskiego Zachodniego Okręgu Wojskowego, jest obecnie bardzo mało prawdopodobny.

Po drugie, ćwiczenia są też od tego, żeby je przegrywać i wyciągać z tego wnioski. Jedną z chorób toczących polskie wojsko jest takie "ustawianie" wszelkich ćwiczeń i manewrów, aby zawsze kończyły się powodzeniem i można było zameldować sukces. Mówił o tym kiedyś Gazeta.pl generał rezerwy Adam Duda:

Nikt nie przyzna oficjalnie, że coś jest nie tak, że ćwiczenie wykazało luki lub braki systemowe, że są niedociągnięcia, z których należałoby wyciągnąć wnioski. Potrafią to zrobić nieliczni dowódcy. Standardem jest meldunek: "Pomimo ograniczonych limitów środków bojowych i materiałowych cele szkoleniowe zostały osiągnięte"

Czy jest więc czymś z zasady złym, że podczas wirtualnej bitwy Zima-20 Polska została pobita? W takiej sytuacji kluczowe jest przeanalizowanie przyczyn porażki i wyciągnięcie z niej słusznych wniosków. Tak, aby podobny scenariusz nie powtórzył się w rzeczywistości. Mówił o tym nawet prezydent Andrzej Duda podczas konferencji podsumowującej Zimę-20. - Myślę, że to ćwiczenie jest dla nas pierwszą bardzo dobrą lekcją, która pozwala nam na korektę i opracowanie pewnych nowych elementów - powiedział, stojąc obok ministra Mariusza Błaszczaka.

Okręt podwodny typu Kobben na terenie Akademii Marynarki Wojennej w GdyniPolskie okręty podwodne się kończą. Nowych nie widać

Wojna na drugim poziomie

Jest jednak ewidentne, że w niedawnych ćwiczeniach sztabowych nie chodziło tylko o poprawienie zdolności obrony kraju. To, co się wokół nich teraz dzieje, wskazuje na drugie dno.

W ciągu kilku dni pojawiły się w mediach artykuły opisujące domniemany przebieg ćwiczeń. Jako pierwszy Sławomira Zagórskiego na portalu Interia. Te ciężar winy za porażkę składają na to, że symulowana obrona była prowadzona zgodnie z doktryną narzuconą po 2015 roku przez PiS, która w dużym uproszczeniu zakłada próbę odparcia napastnika już w pobliżu granicy i nie oddania mu łatwo wschodu kraju. Brzmi kusząco, ale jest ryzykowne, bo naraża wojsko na poważne straty w pierwszych godzinach walk. Przed 2015 roku dominowała wizja wykorzystania wschodu kraju jako przestrzeni do opóźniania i wykrwawiania przeciwnika, czynienia go podatnym na późniejszy kontratak wsparty przez NATO. Podczas Zimy-20 miało nie pomóc, że polskie wojsko było w wyidealizowanym stanie, dysponujące uzbrojeniem dopiero zamówionym w USA. Militarna wizja PiS, ochoczo realizowana przez część wojskowych, miała się okazać receptą na katastrofę.

Po kilku dniach doszło jednak do bezprecedensowego kontrataku medialnego. W poniedziałek otwarcie wymierzono cios w najważniejszego dowódcę polskiego wojska - szefa Sztabu Generalnego, generała Rajmunda Andrzejczaka. To on miał dowodzić obroną Polski podczas ćwiczeń. "Super Express" opublikował anonimowy artykuł, który zarzucił generałowi "wielką kompromitację" i twierdzi, że podlegający mu dowódcy odmawiali wykonywania jego rozkazów, albo ich nie mogli zrozumieć. Czyli winę za porażkę ma ponosić nie stan naszego wojska, czy sposób jego użycia, ale katastrofalne dowodzenie generała Andrzejczaka. Człowieka będącego nie na swoim miejscu. I to miejsce to jest sedno obecnej sytuacji. To fotel szefa Sztabu Generalnego.

Walka o to, kto jest najważniejszy

Generał Andrzejczak to obecnie najważniejszy oficer Wojska Polskiego. Na wypadek wojny naczelny dowódca całych sił zbrojnych odpowiadający za obronę kraju. Człowiek przez wielu podwładnych szanowany jako "łebski" dowódca, który ma swoje zdanie i nie boi się go wyrażać. Ma też swoją wizję wojska i jego reformy, a jako szef SG ma wielki wpływ na ogólny kształt sił zbrojnych oraz planowane ich rozwoju.

Jak to jednak zazwyczaj z tego rodzaju wyrazistymi ludźmi bywa, ma też wielu wrogów, bo nie wszyscy jego poglądy uważają za słuszne i nie wszystkim podoba się to, jak je wyraża. Tak się składa, że do tego grona należy Błaszczak. Brak "chemii" pomiędzy oboma panami to w wojsku tajemnica poliszynela. Nie jest też tajemnicą, że generał Andrzejczak nie dogaduje się z drugim najważniejszym oficerem WP, Dowódcą Generalnym generałem Jarosławem Miką. I to delikatnie ujmując. Ich kariery się przeplatały i to młodszy o pięć lat Andrzejczak zazwyczaj był tym na niższym stanowisku, a teraz formalnie to on jest tym ważniejszym. Generał Mika natomiast dobrze dogaduje się z Błaszczakiem. Dodatkowo tak się składa, że podczas ćwiczeń Zima-20 dowodził "czerwonymi", czyli nacierającymi Rosjanami.

Choć w MON generał Andrzejczak ma niskie noty, to ma jednak solidne oparcie w Pałacu Prezydenckim, a konkretnie Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Tam jest postrzegany jako właściwy człowiek na właściwym miejscu. Generał Mika ma natomiast niższą ocenę jako przedstawiciel raczej konserwatywnego podejścia do rozwoju wojska. Może mniej wyrazisty, ale też potrafiący łatwiej nawiązywać dobre relacje z osobami o odmiennych poglądach, co jest umiejętnością nie bez znaczenia na tak wysokim szczeblu dowodzenia.

Ten dwugłos dał o sobie znać wyraźnie już latem 2019 roku, kiedy szykowano listę awansów generalskich, które muszą być uzgodnione pomiędzy ministrem obrony a prezydentem. Generałowie Andrzejczak i Mika mieli wówczas po trzy gwiazdki, czyli byli generałami broni. Nie było natomiast w całym wojsku żadnego pełnego generała, czterogwiazdkowego. Ostatnim był generał Leszek Surawski, który przekazał stanowisko szefa Sztabu Generalnego generałowi Andrzejczakowi w 2018 roku i niedługo później odszedł do cywila. Można się było więc spodziewać, że to Andrzejczak zostanie kolejnym "czterogwiazdkowcem". Byłoby wówczas już zupełnie jasne, kto jest tym najważniejszym. Do tego jednak nie doszło. Czwartą gwiazdkę otrzymał też generał Mika i nadal nie zostało wyraźnie określone, kto tu jest ważniejszy.

Jednocześnie trwały już starania o zapewnienie generałowi Andrzejczakowi "kopa w górę", czyli awansu do struktur sojuszniczych. Konkretnie na fotel szefa Komitetu Wojskowego NATO. To bardzo ważne i prestiżowe stanowisko, na którym jeszcze nie zasiadał Polak. Oficjalnie w połowie 2020 roku Błaszczak dał Andrzejczakowi rekomendację do ubiegania się o nie. Skwitował to we wpisie na Twitterze między innymi zdaniem "Panie Generale, wszystko w Pana rękach!". Jednak w praktyce bez wydatnej pomocy państwa w lobbingu, żaden oficer nie ma w takich staraniach szans na powodzenia. W końcu w głosowaniu wygrał holenderski admirał Rob Bauer. Oznaczało to, że co prawda nie udało się pozbyć generała Andrzejczaka z kraju, ale z drugiej strony stał się przegranym.

Samochody Ford Ranger podczas uroczystego przekazania w obecności ministra obronyCywilne terenówki dla wojska.

Oficerowie publicznie piorą brudy

Wszystko wskazuje na to, że przy okazji ćwiczeń Zima-20 rozgorzała kolejna bitwa o pozbycie się szefa Sztabu Generalnego. Jego trzyletnia kadencja kończy się w tym roku. Według informacji Gazeta.pl, Pałac Prezydencki chciałby utrzymać generała Andrzejczaka na kolejną. W MON taki pomysł w sposób oczywisty spotyka się ze zdecydowanym sprzeciwem. Jako najbardziej prawdopodobnego kandydata ministerstwa na stanowisko szefa SG wskazywany jest generał Mika. Nie jest jednak jedyny, bo w kolejce chętnych są też inni ambitni oficerowie, którzy przyśpieszyli w ostatnich latach swoje kariery energicznie realizując zmiany w wojsku zgodnie z wizją polityków PiS.

Tego rodzaju walki o władzę w siłach zbrojnych nie są czymś niezwykłym. Wojskowi mawiają, że od pułkownika (ostatni stopień przed generałem) w górę, to już nie jest wojsko, ale polityka. Chodzi o stanowiska, wpływy, prestiż. Do głosu dochodzą ambicja i animozje. Tworzą się frakcje i koterie. Trzeba znać odpowiednich ludzi i wiedzieć, jak się dobrze wypromować. Jak to w każdej hierarchicznej organizacji tworzonej przez ludzi. Niezwykłe jest jednak to, w jaki sposób ta wewnętrzna walka wylała się do przestrzeni publicznej przy okazji ćwiczeń Zima-20. I nie przysparza to komukolwiek chwały.

- Wytworzyła się bardzo dziwna sytuacja. Taka, która sprzyja naszym przeciwnikom i wystawia bardzo złe świadectwo naszym siłom zbrojnym oraz ich kierownictwu -  stwierdza w rozmowie z Gazeta.pl Marek Świerczyński, szef działu bezpieczeństwa i spraw międzynarodowych "Polityka Insight". Zdaniem analityka mnożące się spekulacje, pozostawione bez reakcji MON, BBN i Sztabu Generalnego, które podsycają atmosferę nieufności, podejrzeń i obniżają wiarygodność naszego wojska oraz jego politycznych zwierzchników. Są też prezentem dla Kremla, którego nieskrywaną strategią jest podważanie wiary w zdolności obronne NATO i jego państw członkowskich. - Wygląda na to, że właśnie sami realizujemy ten scenariusz. Innym wytłumaczeniem byłoby, że padliśmy ofiarą jakiejś wrogiej kampanii informacyjnej. Nie wiadomo, co gorsze - stwierdza Świerczyński.

Zobacz wideo