Ośmiu lekarzy zdiagnozowało ciężkie wady płodu, żaden nie chciał pomóc. "Miałam myśli samobójcze"

We wstrząsającym materiale "Czarno na białym" poznaliśmy historie dwóch kobiet, które w związku z ciężkimi wadami płodu zdecydowały się na aborcję. - Przez rok nie było dnia, żebym nie płakała, nawet nie planuję zajścia w kolejną ciążę, bo tak bardzo się boję - mówi jedna z bohaterek reportażu.

W najnowszym "Czarno na białym" TVN24 przedstawiono historie dwóch kobiet, które przerwały ciążę w związku z letalnymi wadami płodu. Jedna z bohaterek reportażu, pani Katarzyna, w drugim miesiącu ciąży usłyszała tragiczną diagnozę. 

- Gdy wreszcie dowiedziałam się, że jestem w ciąży, bardzo się ucieszyliśmy, bo staraliśmy się o tę ciążę. Początek przebiegał jak najbardziej w porządku, później trafiłam na badania tak zwane genetyczne - mówi w reportażu. Jak wspomina, badanie wykazało powiększoną i przezierną kresę karkową płodu. Następnie wykonano kolejne badania. - Czekając na wyniki amniopunkcji, głęboko łudziłam się, że jeszcze mogą być dobre, że może będą jakieś wady serca, z którymi sobie poradzimy - wyznaje. 

Lekarze stwierdzili wady genetyczne: trisomię 21. chromosomu, zespół Downa i prawdopodobieństwo wielu wad współistniejących, m.in. nieprawidłowo wykształcony układ moczowy. Lekarz powiadomił ją o wadach płodu po wydaniu przez Trybunał Konstytucyjny wyroku, ale przed jego publikacją.

Zobacz wideo Biejat: Nie ma innego wyjścia niż liberalizacja aborcji

- Wiele nieprzespanych nocy, płacz, podejmowanie decyzji, co dalej - opowiada pani Katarzyna. - Czułam, że to ponad nasze siły, żeby wychować dziecko niepełnosprawne, czułam, że nie będę w stanie patrzeć na cierpienie mojego dziecka, gdy nie będę w stanie mu pomóc - wspomina.

Kobieta razem ze swoim mężem podjęła decyzję o terminacji ciąży. Dostali skierowanie i pojechali do jednego ze szpitali rejonowych. Lekarz bez tłumaczenia i bez powołania się na klauzulę sumienia odmówił przyjęcia jej na oddział, choć badania potwierdzały poważne wady genetyczne. - Potraktował mnie obcesowo, powiedział, że skoro mogłam sobie jeździć na diagnostykę do Warszawy, to też tam mam usuwać ciążę. Powiedział, że nie będzie po nikim sprzątał, że to nie jest miejsce, gdzie można przyjechać i usunąć ciążę. Atmosfera była straszna, większość wizyty była przeze mnie przepłakana - mówi.

Pani Katarzynie pomogła Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, która wskazała jedną z warszawskich placówek, gdzie - jak słyszymy w materiale - "decyzja o przerwaniu ciąży zapadła natychmiast". 

"Żaden z lekarzy nie podał nazwiska kogoś, kto mógł mi pomóc"

Kolejna bohaterka materiału, Beata, dwa lata temu dowiedziała się, że jej płód ma zespół Patau, to najrzadsza i najcięższa postać trisomii. - Niewykształcona kość nosowa i szereg różnych wad, rokowania były takie, że nie donoszę tej ciąży do końca lub dziecko umrze zaraz po porodzie - wspomina. Lekarz poinformował, że ciąża zagraża również jej zdrowiu i życiu. Diagnozę potwierdziło ośmiu lekarzy, ale żaden jej nie pomógł. - Żaden z lekarzy nie podał mi nawet nazwiska kogokolwiek, kto mógłby mi pomóc. Kazano mi czekać, nikt mnie nawet nie zapytał, czy potrzebuję psychologa. Miałam wtedy myśli samobójcze.

Kobieta, dzięki wsparciu finansowemu, udała się na zabieg w Holandii. - Przez rok nie było dnia, żebym nie płakała, nawet nie planuję zajścia w kolejną ciążę, bo tak bardzo się boję - wspomina. 

Więcej o: