Agonia polskiej gastronomii. "Środków na jedzenie zostało mi na miesiąc, przez taki okres będę w stanie wyżywić swoje dzieci"

Łukasz Rogojsz
- Człowiek nie pracuje po tylko to, żeby pracować. Ja pracuję po to, żeby m.in. utrzymać siebie, rodzinę i dzieci - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Michał Maciąg, właściciel sieci popularnych barów piwnych Piw Paw, która upadła wskutek pandemii koronawirusa. - Środków na jedzenie zostało mi na miesiąc, przez taki okres będę w stanie wyżywić swoje dzieci. Co będzie potem, nie mam pojęcia - dodaje nasz rozmówca.

Jako Gazeta.pl nie popieramy łamania rządowych obostrzeń, wprowadzonych w celu ograniczenia skali epidemii koronawirusa. Zdrowie i życie Polaków było i jest dla nas wartością nadrzędną. Mamy jednak świadomość życiowych dramatów tysięcy ludzi, którym epidemia zrujnowała biznesy, nierzadko zabrała dobytek całego życia i wpędziła w potężne długi. Dlatego chcemy oddać im głos i przedstawić również ich perspektywę.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: To już ostatnia prosta?

MICHAŁ MACIĄG: Tak, nic się nie zmieniło. Zakaz działalności nadal obowiązuje. Piw Paw działa do końca stycznia. Nie jestem w stanie dalej tego prowadzić. Mam na głowie windykację pana Andrzeja Brochockiego - właściciela lokalu na Mazowieckiej, który zamknąłem w zeszłym roku z powodu pandemii. Za ten wymyślony, według mnie, dług ściga mnie komornik. Do tego dochodzi jeszcze egzekucja komornicza z tytułu niezapłaconych podatków. Nawet gdybym chciał dalej prowadzić ten biznes, to zwyczajnie nie dam rady. Teraz myślę, jak to wszystko komuś sprzedać i pozbyć się wszystkiego.

Ile jest pan "pod kreską"?

1,5 mln zł.

Chodzi o wszystkie cztery lokale i wszelkiego rodzaju należności?

Tak. Dzisiaj stan mojego konta wynosi bodajże minus 1,49 mln zł.

Zero nadziei, że uda się to jeszcze jakoś odratować?

Nie widzę takiej nadziei. To nie ma sensu, nie damy rady.

To po co były te piwne szkolenia, akademie piwne? Nie szkoda było czasu i sił, skoro i tak już nic nie jesteście w stanie zmienić?

Człowiek nie pracuje po tylko to, żeby pracować. Ja pracuje po to, żeby m.in. utrzymać siebie, rodzinę i dzieci. Środków na jedzenie zostało mi na miesiąc, przez taki okres będę w stanie wyżywić swoje dzieci. Co będzie potem, nie mam pojęcia. Pewnie wesprze nas dziadek. Dlatego dla mnie to, co ostatnio robimy ma sens. Poza tym, mam zgromadzone w chłodniach jeszcze dużo piwa i jeśli go nie sprzedam, to będę musiał to wszystko wylać. Wolę spróbować to sprzedać, zawsze jakiś grosz wpadnie, a i pojemniki później będą lżejsze do noszenia.

Nie przeszło panu przez myśl, żeby poprosić o wsparcie klientów Piw Pawia? Na klubowo-imprezowej mapie Warszawy byliście bardzo popularnym miejscem, a w czasie pandemii Polacy w odruchu serca i geście solidarności uratowali już niejeden biznes.

Zdarzały się takie sytuacje, to prawda. Jednak w moim osobistym odczuciu to jest nieco żenujące, to żebranie o pomoc. Nie chciałem żebrać, nie jestem żebrakiem. Potrafię zarobić pieniądze na siebie i swoją rodzinę. Nawet, kiedy zamykają mi lokale. Nigdy nie korzystałem z żadnej pomocy, żadnych subwencji, zawsze sami dawaliśmy sobie świetnie radę. Nie mam potrzeby prosić ludzi o coś takiego, źle bym się z tym czuł. Nie chcę być w jednym zbiorze z Januszem Palikotem, który z sukcesem takie zbiórki przeprowadza.

Droga ta pana duma. Warta 1,5 mln zł oraz biznes, któremu poświęcił pan wiele lat życia i mnóstwo pracy. Może lepiej byłoby schować ją do kieszeni?

Są rzeczy bezcenne. Dla mnie taką sprawą jest m.in. honor.

Zobacz wideo Kiedy polski biznes wróci do normalnego funkcjonowania?

Przed pandemią byliście prężnie działającą siecią lokali. Znaną i popularną. To był dochodowy biznes?

Dawałem radę spokojnie utrzymać z niego siebie i rodzinę, żyć na w miarę dobrym poziomie.

Nawet się rozrastaliście, bo do warszawskich lokali na Parkingowej i Foksal dołączył bar w stołecznym zagłębiu klubowym na Mazowieckiej. Otworzyliście też pierwszy lokal w Łodzi.

Jak na warunki naszego kraju szło nam całkiem dobrze, nie mieliśmy prawa narzekać.

Jaka była skala tego biznesu - ilu miał pan pracowników, jaki generował obrót?

W czterech lokalach zatrudnialiśmy w sumie około 50 osób. W tej chwili zostały dwie dziewczyny, których z przyczyn zdrowotnych nie jestem w stanie zwolnić, bo przebywają na zwolnieniach lekarskich. Wszystkich innych pracowników musiałem zwolnić. Jeśli chodzi o obrót, to rocznie robiliśmy około 12 mln zł przychodu.

Kiedy gastronomia stanęła na skutek pandemii, co okazało się największym obciążeniem? Koszty stałe (czynsze, pensje, rachunki)? Odcięcie dopływu klientów?

Jedno wiąże się z drugim. U mnie koszty stałe wynosiły około 250 tys. zł miesięcznie za wszystkie cztery lokale. Do tego opłata za magazyn i biuro. Kiedy nie ma klientów albo kiedy nawet nie można prowadzić działalności, to te koszty stałe w żaden sposób nie maleją, chociaż po stronie przychodów jest zero. Zaczyna się wsteczne odliczanie.

Właściciele lokali, w których miał pan bary, nie chcieli rozmawiać, negocjować? Nie było żadnego dialogu?

Nie ma szans na dialog, kiedy wchodzi trzecia strona - rząd publicznie obiecuje, że przekaże firmom subwencję w wysokości do 70 proc. niepokrytych przychodami kosztów stałych, jeśli tylko firma zanotowała spadek przychodów o co najmniej 30 proc. względem analogicznego okresu sprzed roku. O jakąś jałmużnę można ubiegać się dopiero od 15 stycznia tego roku. Trzy miesiące po zamknięciu lokali. Moja firma w czwartym kwartale 2020 roku miała 12,5 proc. obrotu z czwartego kwartału 2019 roku. A z tego 25 proc. to była wyprzedaż wyposażenia i sprzętu.

Ze strony właścicieli lokali rzeczywiście pojawiał się ten argument: rząd wam pomaga, więc nie będziemy niczego negocjować?

To jest oczywiste. Jeżeli rząd tak zapowiedział, to oni stawiają sprawę jasno: jeżeli obniżymy panu czynsz, a rząd zwróci panu pieniądze, bo przecież tak obiecał, to my wyjdziemy na frajerów.

Ale usłyszał pan coś takiego od któregoś z właścicieli pana lokali?

Oczywiście. W Łodzi i w Warszawie.

Pan z rządowej pomocy skorzystał?

Tak, na wiosnę ubiegłego roku. Liczyłem też, że rząd dotrzyma danego słowa i nie zrobi drugiego lockdownu, ale zostałem oszukany.

Co to była za pomoc? Ile wyniosła?

Tyle, że musiałem zamknąć trzy lokale i zwolnić 50 osób.

To znaczy?

Wystarczyło na część kosztów, jakie poniosłem.

Znał pan warunki rządowej pomocy, zanim się na nią zdecydował, a mimo to w jednym z wywiadów stwierdził pan: "Żałuję, że na wiosnę dałem się oszukać". Trochę to niespójne, wiedział pan, na co się pisze.

Ze swojej strony wykonałem ogrom roboty, bo znacząco zredukowałem swoje koszty wewnętrzne. I nie są to puste słowa, bo była to redukcja o kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. Do tego sprzedałem jedno ze swoich mieszkań za milion złotych. Ten milion zainwestowałem w ratowanie biznesu. Dzięki temu w sierpniu ubiegłego roku udało mi się zapłacić pierwsze 2 tys. zł VAT-u. Nie znaczy to jednak, że coś zarobiłem, bo tak nie było. Inne koszty, których nie można rozliczyć z VAT-em, i tak powodowały, że na koniec miesiąca byłem "pod kreską". Jednak już we wrześniu wyszedłem na niewielki plus. W październiku wszystko miało wracać do normalności, więc byliśmy dobrej myśli. Niestety rząd podstawił nam nogę po raz drugi.

Cały ostatni rok byliście "pod kreską" czy zdarzały się miesiące, kiedy interes działał względnie normalnie? Chociażby latem, kiedy - jak zapewniał premier Mateusz Morawiecki - koronawirus był w odwrocie.

Latem sytuacja takich biznesów jak mój w dużych miastach, zwłaszcza w Warszawie, jest fatalna. To martwy sezon. Mnóstwo osób wyjeżdża na wakacje, a ci, którzy zostają, spędzają czas raczej nad Wisłą i na powietrzu. W dodatku nie ma studentów. W tym roku nie było także turystów. Dla warszawskiej gastronomii wakacje i sezon letni to ciężki czas i jeśli udaje się wtedy wyjść na zero, to już jest dobrze.

Jak patrzy pan na ostatni rok z perspektywy czasu, to można było się na to wszystko jakoś przygotować? Ubezpieczenie? Oszczędności? Cokolwiek.

Ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Janusz Korwin-Mikke napisał ostatnio w "Angorze" taki bon mot, że lepiej zbudować firmę na zboczu wulkanu, bo tam jesteś jeszcze w stanie cokolwiek przewidzieć, niż prowadzić ją w Polsce, bo tutaj rząd jest wariatem i nigdy nie jesteś w stanie przewidzieć, co i kiedy zrobi. Czy zrobiłem wszystko? Wydaje mi się, że tak. Nadal robię wszystko, żeby uchronić moją rodzinę przed śmiercią głodową. Czy były jeszcze jakieś inne, dziwne sposoby, zapomogi, dotacje, żebry? Możliwe. Prowadzę jednoosobową działalność gospodarczą, tutaj wszystko opiera się na mnie, mam mnóstwo rzeczy do zrobienia każdego dnia - od odbioru dostaw, przez kwestie administracyjno-organizacyjne, po stanie za barem i obsługiwanie klientów - więc nie mam czasu na długotrwałe analizowanie wszystkich możliwych scenariuszy. Robię to, co wydaje mi się, że dam radę zrobić.

Podczas waszych szkoleń i akademii piwnych policja i Sanepid często was kontrolowały? Były mandaty, grzywny, groźby, że państwo wam nie odpuści, jeśli nie zamkniecie biznesu?

Kontrole, oczywiście, były, bo oni muszą to zrobić. Muszą zrobić z siebie frajerów. Taki system - mają za to obiecane emerytury. Ale robią to strasznie niechętnie, są bardzo mili i bardzo fajni. Myślę, że policja po tej akcji, kiedy mnie pobili - zostałem wyciągnięty z lokalu za brak maseczki, a kiedy zapytałem, czy mogliby już odjechać, to mnie pobili - też wiedziała, że lepiej nie przeginać ponownie, bo mogą mieć kłopoty. Tak więc nie miałem ani z policją, ani z Sanepidem większych problemów.

Nie dostał pan żadnego mandatu albo grzywny?

Jeszcze nie. Czekam na rozprawę w sądzie.

Otwierając interes mimo rządowych zakazów nie bał się pan, że to potencjalnie wysokie mandaty i grzywny, więc zamiast zmniejszać zadłużenie, wpadnie pan tylko w jeszcze większy minus?

Na koncie mam minus 1,5 mln zł, więc równie dobrze mogę mieć minus 3 mln zł albo minus 30 mln zł. Przecież i tak w obecnych warunkach tego 1,5 mln zł nie zarobię i nie spłacę. Zresztą nawet, gdybym jakimś cudem te pieniądze zarobił, to nie wiem, dlaczego miałbym je płacić, bo nie czuję się nikomu nic winien. Dlatego mogą mi dowalić jeszcze milion albo i 2 mln kar, grzywn czy podatków. Albo zrobić paluszkiem "Nu! Nu! Nu!". To nie ma dla mnie żadnego znaczenia.

Co z kwestią zdrowotną? Dziesiątki czy setki osób na waszych szkoleniach i akademiach to złamanie rygorów sanitarnych i ryzyko zwiększenia transmisji koronawirusa. Mało odpowiedzialne w obecnej sytuacji epidemicznej. Nie przeszło wam to przez myśl?

Ale na jakiej podstawie pan mówi, że to nie było odpowiedzialne? Ma pan jakieś dowody, badania czy po prostu komuś "metodą ekspercką" tak się wydaje?

"Wydaje się" tak wszystkim wirusologom i epidemiologom na świecie, którzy mówią, że duże skupiska ludzi, zwłaszcza bez zachowania rygorów sanitarnych, to przepis na znaczny skok liczby zakażeń.

Ale pan mnie zapytał o coś innego: czy to było bezpieczne i odpowiedzialne. To ja pytam w drugą stronę: czy było niebezpieczne i nieodpowiedzialne? Bo że było wbrew rygorom, to zupełnie inna sprawa.

Tak, było niebezpieczne i nieodpowiedzialne. Powie to panu każdy specjalista od chorób zakaźnych.

Tak im się wydaje. Czują to, nie?

Nie, zajmują się tym całe zawodowe życie, zjedli na tym zęby.

Wie pan, jaką mam pracę. Spotykam się codziennie w moich lokalach z kilkuset osobami. Tak było i jest. Jakoś nie widziałem tego wirusa.

Czyli co, nie zachorował pan, więc wirusa nie ma? Nie wierzy pan w epidemię?

Proszę pana, ludzie w różne dziwne rzeczy wierzą. Po prostu wydaje mi się, że ten cały wirus nie jest jakoś specjalnie groźny.

Pewnie dlatego od początku epidemii zmarło na niego w Polsce ponad 36 tys., a na świecie prawie 2,2 mln ludzi.

Nudzi mnie już ten temat.

Na waszych profilach w mediach społecznościowych, ale też na organizowanych przez was eventach, daje się zauważyć mocno antyrządowy klimat. Pan czuje się już przeciwnikiem obecnego rządu?

Nie czuję się przeciwnikiem jakichkolwiek ludzi biednych i upośledzonych umysłowo. Nie chcę być żadnym przeciwnikiem. Ten klimat nie zależy ode mnie. Zatrudniam wspaniałego DJ-a Michała i chciałem, żeby puszczał fajne, rockowe kawałki z lat 80. - Dezerter, Pidżama Porno, Moskwa etc. - natomiast nasi studenci domagają się różnej nowoczesnej muzyki, więc od czasu do czasu ją puszczamy. Powiem panu wprost, że niechętnie, bo nie jest to najwyższych lotów muza, ale co robić - klient nasz pan.

Pan osobiście ma do rządu pretensje o to, że padł panu biznes, że wpadł pan w długi?

Nie. Ja niczego się po nich nie spodziewałem, więc nie mam pretensji. Oczywiście szkoda moich pieniędzy, z których oni mają płacone pensje i emerytury. To są zmarnowane środki, te, które idą na te biedne panie w Sanepidzie czy na policjantów stojących pod pomnikiem smoleńskim. Naliczyłem ostatnio 86 policjantów stojących ramię w ramię pod pomnikiem smoleńskim. To jest jakiś obłęd. Wy, dziennikarze, możecie łatwo policzyć, ile to kosztuje: 86 x liczba godzin x stawka godzinowa x wyposażenie tych funkcjonariuszy. Szkoda mi wydanych na to pieniędzy, bo wiem, skąd te pieniądze się wzięły. Ale co ja mogę zrobić? Jestem szarym obywatelem, który ma na to zarobić.

"My jako gastronomia, jako knajpy, jesteśmy niepotrzebni temu społeczeństwu czy bardziej - temu państwu" - to pana słowa z początku tego roku. To frustracja, gorycz i złość czy chłodna ocena sytuacji?

Mówiłem te słowa w świetle wprowadzonych przez rząd rozporządzeń. Debili zawsze jest więcej niż mądrych ludzi. Czysta statystyka. Ale osobiście nie sądzę, żeby gastronomia została skreślona i żeby była Polakom niepotrzebna.

To co z nią dalej będzie? Jaka przyszłość czeka ją w najbliższych miesiącach, latach? Znika przecież nie tylko Piw Paw. Analitycy i eksperci od tego rynku szacują, że wskutek pandemii upadnie co najmniej 40 proc. lokali, a to i tak nie są najbardziej katastroficzne prognozy.

W najbliższych miesiącach - tego nie wie nikt, bo to zależy wyłącznie od tych wariatów w rządzie i ich kolejnych decyzji. W perspektywie lat, to nie ma żadnego znaczenia. Gastronomia to jest taki sektor rozrywki i spędzania wolnego czasu, że w końcu się odbije. W gospodarce rośnie wydajność pracy, pojawiają się nowe technologie, ludzie mają coraz więcej wolnego czasu. Gospodarka przesuwa się coraz mocniej w kierunku usług, a gastronomia jest ważną częścią tych usług. Do nas ludzie przychodzą na szkolenia i dzięki temu zapominają na chwilę o epidemii, maseczkach, ograniczeniach, kłopotach. Tak samo zapomną o tej całej epidemii w ciągu tygodnia albo dwóch, kiedy już to całe szaleństwo się skończy.

Tylko pytanie, czy będą mieli do kogo wracać? Jaka część branży to przetrwa?

Na rynku gastronomicznym w Warszawie średni "czas życia" lokalu to chyba półtora roku, może dwa lata. Zaledwie jeden na dziesięć biznesów wytrzymuje dłużej. Rotacja na rynku jest więc gigantyczna. Zawsze tak było, zawsze to był naturalny proces. Teraz po prostu zmieniła się skala tego zjawiska i to, że dzieje się to "na raz".

Łatwo będzie odbudować branżę?

Na pewno ten kryzys gastronomii zostanie z nami na dłużej niż sam czas trwania pandemii. U nas na Parkingowej w Warszawie w tej chwili jesteśmy ostatnim działającym lokalem. Obok jest jeszcze nowy lokal, który miał się otworzyć 20 października, ale nigdy do tego otwarcia nie doszło. Cała reszta to już lokale do wynajęcia, biznesy upadły. Ale na pewno w końcu znajdzie się ktoś, kto to kupi, przejmie i otworzy ponownie. Zwłaszcza, kiedy sytuacja wróci do stanu sprzed pandemii.

Pan ma już pomysł na siebie po pandemii? Gastronomii chyba ma pan dosyć.

Nie mam dosyć - lubię to i umiem to robić. Będę kombinować, może kiedyś uda się wrócić.