Więcej na cokołach niż w służbie. Polskie okręty podwodne przechodzą do historii

Dwa z trzech ostatnich polskich okrętów podwodnych są przygotowywane do pójścia na złom. Ostatni jest w niekończącym się remoncie i najpewniej nigdy nie będzie w pełni sprawny. Nadzieja na następców gaśnie, a nawet jeśli będą, to od razu dobijające do 40-tki.

MON nie chce jednak publicznie przyznać, jak wygląda sytuacja. Dopiero co w połowie stycznia pojawiła się odpowiedź na interpelację posłów Konfederacji, którzy jesienią zapytali o stan dwóch najstarszych polskich okrętów podwodnych. W standardowym stylu MON, bardzo oszczędnym, sekretarz stanu Wojciech Skurkiewicz zapewniał, że są "zdolne do bezpiecznego zanurzania i wynurzania się". No i kupiono części zamienne.

Następnego dnia Marek Świerczyński z Polityki Insight odnalazł jednak dokument z wykazem okrętów, które Marynarka Wojenna planuje w roku 2021 przekazać Agencji Mienia Wojskowego. Są na nim dwa wspomniane okręty podwodne. Każdy wyceniony na około 700 tysięcy złotych netto. Oznacza to wycofanie ich ze służby już w tym roku. 25 stycznia ogłoszono przetarg na wymontowanie z nich baterii akumulatorów, co oznacza ich rychłe unieruchomienie. Termin realizacji 70 dni.

Koniec bardzo długiej służby

Według nieoficjalnych doniesień wspominane okręty typu Kobben, ORP Bielik oraz ORP Sęp tak naprawdę zakończyły służbę już z końcem 2020 roku. Nie było jednak żadnych ceremonii czy komunikatów. Nie ma na razie informacji, kiedy nastąpi oficjalne opuszczenie bander. MON i Marynarka Wojenna spuściły na ten temat zasłonę milczenia. Nie może to dziwić, bo nie ma z czego być dumnym.

Nie jest to jednak żadnym zaskoczeniem. ORP Bielik i ORP Sęp były w czołówce rywalizacji o miano najstarszych okrętów podwodnych świata pozostających w służbie. Na szczęście polskiej MW ten rekord nadal twardo dzierżą Tajwańczycy z dwoma eksamerykańskimi okrętami podwodnymi z okresu II wojny światowej. Oni jednak od dawna nie kryją, że służą im one wyłącznie do szkolenia załóg.

Naszych dwóch emerytów zbudowano w RFN dla Norwegii w połowie lat 60. Dzisiaj mają więc dobrze ponad pół wieku. Oba okręty jedyny raz modernizację przeszły w latach 80. Są małe i zaprojektowane pod specyficzne norweskie wymagania. Kiedy decydowaliśmy się je przejąć od Norwegów na początku wieku, deklarowano, że to tylko chwilowy "pomost" do czasu zakupu nowych okrętów. "Pomost" trwał do teraz i nietrudno się domyślić, jaką miał w ostatnich latach realną wartość bojową.

Matuzalem polskiej floty. 52-letni okręt podwodny ORP SępMarynarze mają dość, "narasta fala odejść z MW"

Okręty na cokoły

Z pięciu przejętych przez nas norweskich okrętów typu Kobben jeden już stoi na cokole na lądzie. Od początku służył jako źródło części zamiennych, a w 2011 roku trafił na ląd, do szkolenia studentów Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Drugi właśnie jest szykowany do postawienia na cokole w Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni. To były ORP Sokół, wycofany ze służby trzy lata temu. Według planu ma znaleźć się na lądzie już w tym roku. Jeśli tak się stanie, to w 2021 roku osiągniemy znamienny wynik. Polska będzie miała więcej okrętów podwodnych na cokołach na lądzie niż zdatnych do boju. Tych i tak jest w sumie zero.

Jedyny pozostały w służbie, ORP Orzeł, też jest bowiem stary. Pochodzi z pierwszej połowy lat 80. i nigdy nie przeszedł modernizacji. Od 2013 roku jest w ciągłych remontach i naprawach, nie osiągając pełni sił. Jest bardzo wątpliwe, czy kiedykolwiek będzie jeszcze w pełnej gotowości bojowej. To stara radziecka technologia, która ma prawo się psuć. Trudno o części zamienne i odpowiednich specjalistów. Opisywałem już dwukrotnie, jak karkołomnym zadaniem jest w ogóle podpisanie kontraktów na naprawy, które mieściłyby się w skromnym budżecie MW. Nie ma wątpliwości, że ORP Orzeł też trzeba w najbliższych latach posłać na złom.

Cały Dywizjon Okrętów Podwodnych już od wielu lat jest tak naprawdę fikcją, jeśli chodzi o potencjał bojowy. To, co ma i jeszcze kilka lat będzie miał, to potencjał do przechowania kadry i utrzymania jakiegoś poziomu jej wyszkolenia. W teorii lepiej i taniej jest bowiem utrzymać tych ludzi w mundurach i na okrętach, niż po pojawieniu się nowych jednostek szukać chętnych do służby i uczyć ich od zera. Zwłaszcza że niektórych specjalistów czy oficerów po prostu nie sposób wykształcić w rok albo dwa lata. To długi proces, który wymaga też nabycia doświadczenia. Ma to wszystko jednak sens tylko wtedy, kiedy w rozsądnym czasie można się spodziewać nowych okrętów, na które te przechowane kadry mogłyby trafić.

Opcja szwedzka na mieliźnie

Na naprawdę nowe okręty już nikt nie liczy. Ogłoszony jeszcze w czasach rządów PO ambitny program Orka, miał dać MW trzy nowoczesne okręty podwodne. Według tamtych planów jeden lub dwa już powinny być w Gdyni. Potem zaczęto jednak plany zmieniać, podobnie oczekiwania wobec nowych okrętów. Co więcej, po uzyskaniu dokładniejszych informacji podliczono, że wszystkie nasze ambitne programy zbrojeniowe razem wzięte są ponad możliwości budżetu MON. Pomimo tego jeszcze w ostatnich dniach swojego urzędowania, pod koniec 2017 roku, minister Antoni Macierewicz zapewniał, że kontrakt na Orkę jest tuż-tuż za rogiem i lada chwila zostanie podpisany. Oficjalny stan na dzisiaj jest taki, że program został przesunięty na "po 2026", co oznacza uznanie za mało priorytetowy i odsunięcie na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Na pierwszy plan wysunęło się więc tradycyjne rozwiązanie problemów sprzętowych Marynarki Wojennej sięgające jeszcze PRL-u, czyli "rozwiązanie pomostowe". Z szeregu opcji w ostatnim czasie najbardziej prawdopodobna stała się ta zakupienia od Szwedów ich dwóch starszych okrętów typu A17, które i tak chcieli wycofać. Jeszcze w ubiegłym roku wydawało się, że do porozumienia jest naprawdę blisko. Szwedzi byli gotowi bardzo pójść nam na rękę, ponieważ liczyli, że w ten sposób zapewnią sobie, iż w przyszłości kupimy ich nowoczesne okręty typu A26 w ramach programu Orka. No i z jakimś zyskiem pozbędą się czegoś, co i tak chcieli posłać na złom.

W fazie ustalania szczegółów pojawiły się jednak problemy. Po pierwsze Szwedzi zdecydowali się pod koniec 2020 roku poważnie zmienić swoją politykę bezpieczeństwa, drastycznie zwiększając wydatki na obronność i między innymi liczbę okrętów podwodnych w służbie. Nagle dwa stare A17 przestały być już zbędne. Z drugiej strony my liczyliśmy na ich przejęcie po symbolicznych kosztach. Problem w tym, że to okręty z lat 80., choć po poważnej modernizacji na przełomie wieków. Polscy marynarze chcieliby więc wprowadzić w nich trochę unowocześnień i zmian, aby lepiej dostosować do swoich potrzeb. Kiedy jednak Szwedzi dokonali wyceny, pojawił się dodatkowy problem, bo nie było już mowy o przejęciu okrętów "po kosztach".

Szczegóły negocjacji są oczywiście tajne. Nie wiadomo, na jakim są etapie. MON deklaruje, że zawarcie umowy jest zaplanowane na ten rok. Jednak nawet jeśli zostanie podpisana, to i tak zanim szwedzka flota je zda, odbędzie się ewentualny proces modyfikacji oraz wyszkolenia polskich załóg, to nowe/stare okręty zawitają na dobre w Gdyni w połowie dekady. Mając po niemal 40 lat. Będzie postęp, ale do rozwiązania problemu będzie nadal daleko. Proteza za protezę. Ciąg dalszy pomostu prowadzącego nie wiadomo gdzie.

Wodowanie kadłuba przyszłego szwedzkiego okrętu Artemis. Stocznia Nauta, rok 2019Kolejna państwowa stocznia na krawędzi

Fikcjo, trwaj!

Pierwszy okręt podwodny został wcielony do służby pod polską banderą w 1931 roku. W 90. rocznicę doszliśmy do momentu, w którym właściwie zamykamy rozdział w historii pod tytułem "polska broń podwodna". Czy na kilka lat, czy już na stałe, to się okaże. Może tak się jednak stać, że gdy polskie okręty podwodne przejdą do historii, nie będzie już woli i sił, aby odbudowywać ten potencjał od zera. Rezygnujemy w ten sposób z jednego z najpotężniejszych narzędzi prowadzenia wojny morskiej. Podwodniacy sobie żartują, że są dwie kategorie okrętów: podwodne i cele. I jest w tym dużo prawdy. Nawet na Bałtyku, który wbrew obiegowej opinii nie jest "płytkim jeziorem".

Nie ulega przy tym wątpliwości, że okręty podwodne są bardzo drogim narzędziem. Ogólne wyceny w ramach programu Orka mówiły o nawet 3-4 miliardach złotych za sztukę. Pytanie, czy Polskę akurat teraz na nie stać, wobec ogromu potrzeb w całych Siłach Zbrojnych, jest jak najbardziej zasadne. I wszystko wskazuje na to, że w Warszawie uznano, iż Polska teraz nie może sobie na to pozwolić. Nie zrobiono tego jednak w sposób otwarty. Nie przedstawiono analiz i wniosków. Nikt nie ma odwagi powiedzieć, że cała Marynarka Wojenna jest teraz na końcu listy priorytetów, bo najpierw coś trzeba zrobić z zabytkową obroną przeciwlotniczą czy zdolnościami do zwalczania rosyjskich czołgów. Nikt nie ma odwagi ogłosić racjonalnego planu redukcji floty, likwidacji przerośniętych etatów, wycofania starych okrętów bez szans na modernizację i następców. Zamiast tego jest podtrzymywanie fikcji, marazm i trwanie w oczekiwaniu na cud, który i tak nie nastąpi.

Zobacz wideo