Lwia cz modych Polakw to Partia Trudno Powiedzie. "Wszystko jej jedno, czy yje w systemie demokratycznym, czy nie"

- Zajmowali si swoimi sprawami, dopki ich sprawy nie znalazy si na celowniku polityki i politykw. Kiedy politycy zajli si ich sprawami - m.in. obyczajowoci seksualn, prawem do decydowania o swoim ciele - to przestali sta z boku - o politycznym zaangaowaniu modych Polakw mwi w rozmowie z Gazeta.pl socjolog modziey prof. Tomasz Szlendak z Uniwersytetu Mikoaja Kopernika w Toruniu.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Politycy przez lata utyskiwali, że młodzi nie interesują się polityką i życiem społecznym. Ostatnie tygodnie pokazują, że w końcu wywołali wilka z lasu.

PROF. TOMASZ SZLENDAK*: Polscy politycy nie mają pojęcia o młodym pokoleniu. Nie mają dla niego ani oferty, ani języka, którym mogliby z nim rozmawiać. Politycy żyją w specyficznej bańce informacyjnej, którą sami sobie wytworzyli. Z badań dotyczących przekonań politycznych ludzi młodych wyciągają tylko te dane, które pasują im do ich wizji świata lub mogą być politycznie użyteczne.

Czyli jakie?

Politycy widzą, że młodzi Polacy radykalizują się światopoglądowo – zarówno w lewą, jak i w prawą stronę. Pokazuje to choćby badanie "Młodzież 2016" CBOS-u. Młode Polki nieco częściej niż młodzi Polacy są lewicowe, a młodzi Polacy nieco częściej niż młode Polki są konserwatywno-prawicowi.

To podział pół na pół?

Bynajmniej, to skrajności, łącznie stanowiące około 20 proc. wszystkich młodych Polaków w wieku 18-29 lat. Swoją drogą, ci młodzi to olbrzymia grupa, bo mówimy o 6,5 mln ludzi.

Dobrze, ale gdzie tu wina polityków?

W tym, że skupiają się na tych kilkunastu procentach młodych kobiet z lewej i kilkunastu procentach młodych mężczyzn z prawej strony. Zupełnie ignorują natomiast fakt, że połowa młodych Polaków w ogóle nie ma sprecyzowanych poglądów politycznych. Ignorują jeszcze jedną rzecz - ten brak poglądów politycznych i generalnie zainteresowania polityką powoduje, że ta część młodego pokolenia rusza na wybory wyłącznie wtedy, gdy jest do tego zmuszona. Na przykład za sprawą prowadzenia polityki skandalu albo nieprzemyślanymi decyzjami rządzących.

Mówiąc wprost: gdy ktoś nadepnie im na odcisk.

Dokładnie tak. Co spowodowałoby u mojej 17-letniej córki, że poszłaby na wybory? W trakcie wiosennego lockdownu zamknięto położony jakieś 50 metrów od naszego domu plac zabaw, na którym jest huśtawka. Ona lubi się codziennie na niej huśtać. Wiem, to lekko ekscentryczne, że 17-latka lubi huśtać, ale tak jest - zakłada słuchawki na uszy, siada na tej huśtawce i rozmyśla. Patrzyła na tę huśtawkę z okna domu, w którym została zamknięta. Unieruchomiono 17-latkę w czterech ścianach - nie mogła pójść bez mamy, taty czy babci do drogerii, nie mogła pójść do piekarni, nie mogła wyjść ze znajomymi. A ona zapamiętuje takie ograniczenia wolności. Są niezrozumiałe i bolesne dla osoby co prawda młodej, ale już samodzielnie radzącej sobie wcześniej z prozą codzienności, jaką jest wyjście do sklepu. Te zakazy zrobiły z niej przypadkowo - przecież politycy ani o niej, ani o innych nastolatkach niespecjalnie wówczas myśleli - małe dziecko.

Zobacz wideo „To jest kpina”. Poseł Śmiszek ocenia tłumaczenia policji ws. Barbary Nowackiej

W podobny sposób widzi to całe jej pokolenie?

Tak, bo nieprzemyślane decyzje rządzących z dnia na dzień radykalnie zmieniły i zmieniają ich rzeczywistość. Brak wyobraźni polityków wybucha jako skandal ograniczania wolności. Pamięta pan na pewno sprawę ACTA. Wiceminister kultury w rządzie Donalda Tuska wynegocjował umowę, która doprowadziła do wściekłości przede wszystkim młodych ludzi, którzy byli wpięci w - nazwijmy to umownie - kulturę daru. Nagle okazało się, że ta umowa doprowadzi do tego, że nie będą już mogli ściągać za darmo seriali z sieci. Nikt z polityków nie myślał wówczas, że ci młodzi ludzi wybuchną, gdy się o tym dowiedzą. A jednak! Takie sytuacje, w których bezpośrednio naciska się młodym na odcisk, decydują o ich uruchomieniu. Natomiast ci zradykalizowani młodzi i tak - bez skandalu wywołanego brakiem wyobraźni u polityków - pójdą do wyborów głosować albo na lewicę, albo na prawicę.

Walka toczy się o młodych "normalsów"?

O ten umiarkowany środek - olbrzymią grupę tych, którzy nie wiedzą, na kogo będą głosować. To jest największa partia pośród młodych - PTP, Partia Trudno Powiedzieć. W 2016 roku taki pogląd deklarowało 64 proc. członków tej kategorii. Politycy "łowić" muszą pośród tych 64 proc., tyle że dotychczas żadna partia nie odnotowała na tym polu spektakularnych sukcesów.

Dlaczego? Przecież partie coraz chętniej biorą na sztandary tematy kluczowe dla młodego pokolenia: ekologię, rynek pracy, mieszkania, usługi publiczne, ochronę zdrowia.

Bo mamy tu istotny konflikt interesów materialnych i sfery światopoglądowej młodych Polaków. Spójrzmy na przykład mocno lewicujących młodych kobiet i mocno prawicujących młodych mężczyzn. Kobietom powinny podobać się postulaty socjalne partii rządzącej, większa obecność państwa na rynku pracy i szerszy zakres regulacji życia społeczno-gospodarczego. Weźmy tylko kwestie mieszkaniową, która jest w Polsce paląca - od dawna wiemy, że brakuje nam mniej więcej 2 mln mieszkań, żeby młodzi mogli się usamodzielnić, łatwiej wchodzić w dorosłe życie, szybciej zakładać rodziny. Tyle że te młode kobiety nigdy nie poprą Zjednoczonej Prawicy, bo postrzegają ją jako obcą kulturowo - archaiczną, patriarchalną, wąsatą i opresyjną wobec kobiet. Po ostatnich wydarzeniach około aborcyjnych to wrażenie osiągnęło wartości krańcowe.

A młodzi mężczyźni?

To przede wszystkim wyborcy Konfederacji. I tutaj kolejny paradoks, bo w dużej mierze to wyborcy niemyślący o swoim dobru.

To znaczy?

Krzysztof Bosak et consortes proponują im libertariański świat, który ich zgniecie. Są to zazwyczaj mężczyźni o niższej pozycji społeczno-ekonomicznej, nieco gorzej wykształceni, czasem pochodzący ze średnio uprzywilejowanych środowisk. W ich interesie byłoby silne państwo lewicowe, które dbałoby o ich interesy niwelując na różne sposoby nierówności społeczne. Tymczasem oni chcą państwa, które się od nich odstosunkuje na amen, nie będzie w nic ingerować, zostawi im pełną wolność. Nie rozumieją, że w systemie, który proponuje im Konfederacja z miejsca przepadną. To nie jest system dla nich, to system szyty na miarę ludzi o przeciwnych parametrach społeczno-ekonomicznych.

Ta sprzeczność nie jest nowa. Badania przeprowadzone przez zespół pod kierunkiem prof. Adama Mrozowickiego pokazały, że młodzi Polacy z jednej strony nie chcą nad sobą państwa, najchętniej zlikwidowaliby połowę instytucji i podatków, ale z drugiej strony podoba im się, żeby to państwo było opiekuńcze i kiedy trzeba, to jednak zapewniło większe szanse na mieszkanie czy pomogło na rynku pracy. Wygląda to na socjopolityczną schizofrenię.

Symptomy tej choroby są u młodych aż nadto widoczne. Wzmocnię tezę Adama i powiem rzecz następującą: młodzi jednocześnie są przekonani, że w pewnych sytuacjach demokrację należałoby znieść. Uważają, że w pewnych sytuacjach państwo, które jest niedemokratyczne radzi sobie lepiej - np. z rozwiązywaniem problemów ekonomicznych obywateli. To przekonanie, że od czasu do czasu moglibyśmy darować sobie demokrację na rzecz większej sprawności państwa. Dosyć to przerażające, o ile oczywiście jesteśmy przywiązani do demokracji.

Skąd to się wzięło?

Z kokonów informacyjnych. Młodzi funkcjonują w przestrzeniach, w których proponowane są im zwarte pakiety wartości i postaw, które mają się nijak do innych pakietów, obowiązujących w innych kokonach. I często mają się nijak do rzeczywistości. Nie widzą niczego poza informacją utkaną na ich internetowych ścianach. Te pakiety w kokonach informacyjnych nakładają się na traumy, które przeżyli albo trudności, z którymi indywidualnie się borykają. Jeśli ktoś jest wpięty w - dajmy na to - konfederacyjno-prawicowo-konserwatywną wizję świata, to rzeczywiście może być przekonany, że imigranci z Bliskiego Wschodu kradną Polakom pracę. Ci sami imigranci, którzy do Polski nigdy nie przybyli.

Jak ludzie wychowani w świecie informacji dają sobie wcisnąć taką, mówiąc ich językiem, ściemę?

Niewiedza jest kluczowa, to ona najczęściej jest podstawą tego rodzaju postaw. Bo skąd młodzi mają wiedzieć, że najwięcej (ponad 20 tys.) pozwoleń na pracę polskie państwo oprócz Ukraińców daje co roku Nepalczykom? Nie wiedzą tego, bo w ich bańkach informacyjnych takie coś jak pozwolenie na pracę i taki ktoś jak Nepalczyk nie figurują. Z kolei skuteczne działanie w tych kokonach bardzo zdeterminowanych polityków prowadzi do przekonania młodych, że coś, co jest dla nich z gruntu złe, jednak działa na ich korzyść.

Jak jest z ich świadomością społeczną i obywatelską? Funkcjonuje tu wiele krytycznych stereotypów - m.in. że młodzi nie mają pojęcia o obywatelskości, że zawsze stoją obok, że nie obchodzi ich nic poza ich własnym życiem.

Zajmowali się swoimi sprawami, dopóki ich sprawy nie znalazły się na celowniku polityki i polityków. Kiedy politycy zajęli się ich sprawami - m.in. obyczajowością seksualną, prawem do decydowania o swoim ciele - to przestali stać z boku. To prawda, że są nastawieni na siebie, ale jednocześnie takie nastawienie przekłada się na myślenie o podnoszeniu jakości życia. Widzą, że nie sposób przeprowadzić zmiany systemu edukacji czy ochrony zdrowia bez uczestnictwa w życiu politycznym. Widzą już też, że kiedy nie zagłosują, muszą się borykać z opłakanymi z ich perspektywy efektami. Takimi chociażby, że władza zaostrza im i tak restrykcyjne prawo aborcyjne. Dlatego wychodzą na ulice, zaczynają wyrażać swój sprzeciw. Czują, że mogą działać na rzecz realizacji własnych celów i robić to skutecznie.

Jaka część młodych to zobaczyła?

To poczucie sprawczości ma mniej więcej połowa z nich. Myślenie tej kategorii społecznej o swoich problemach zaczyna przekładać się na myślenie o regulacjach w przestrzeni publicznej, na większe przekonanie, że mój głos coś znaczy, coś zmienia. Reszta cały czas nosi w kieszeni legitymację Partii Trudno Powiedzieć i wszystko jej jedno, czy żyje w systemie demokratycznym, czy nie.

Oni też w pewnym momencie mogą się wkurzyć?

Mogą, jednak na razie paraliżuje ich niedocieranie do nich wiedzy.

To trochę kuriozalne, zważywszy, że wychowali się i żyją 24/7 w społeczeństwie informacyjnym.

Tak, o ile za informację uznamy np. wieści ze świata modelingu w formacie obrazkowym. Na te wieści ze świata modelingu nakłada się wiedza płynąca z polskiego systemu szkolnictwa, które z uwagi na podstawę programową koncentruje się raczej na obligatoryjnej symbiozie u porostów albo dziejach Babilonii, ale już nie tłumaczy, jakie są konsekwencje ordynacji wyborczej w Polsce, ani tego, jakie prawa przysługują obywatelom w kontaktach z organami państwa. W rezultacie, młodzi nie wiedzą, że w Polsce nie ma ławy przysięgłych, bo u wielu z nich wiedza na ten temat pochodzi z seriali produkowanych w Angloświecie. To tak a propos utyskiwań licznych publicystów, że młodzi nie reagowali na demontaż trójpodziału władzy przez rządzących. Młodzi nie wiedzą, co to jest i do czego to służy, bo nigdy nie doświadczyli tego na swojej skórze, trójpodział władzy nie był im do niczego potrzebny.

Przecież sąd czy prawo to nie abstrakcja.

Dla większości z nich abstrakcja, wyspy dalekie. Zresztą nie tylko ta kwestia mnie martwi. Myślałem, że w ciągu 30 lat transformacji podniesie się poziom zaufania uogólnionego. Mówiąc konkretnie - że dzisiejsza kohorta 20-latków będzie miała większe zaufanie do ludzi spoza swojego najbliższego kręgu niż ich rówieśnicy sprzed ćwierć wieku. Nic takiego się nie stało. Stoimy w miejscu. Młodzi ludzie są tak samo nieufni wobec ludzi spoza kręgu najbliższych znajomych jak ich rodzice i dziadkowie. Reprodukujemy kulturę nastawienia na swoje. Dopóki jest konsumpcja, dopóki jest jako tako, dopóki państwo nie wciska się zanadto w prywatność i intymność, to jest dobrze. Tyle że państwo zaczęło się w te ostatnie kwestie wciskać, nie można już było zatem stać z boku i się przyglądać.

Badania pokazują, że młodzi nie ufają polityce i politykom. Państwu i jego instytucjom też?

Cały czas mamy w Polsce do czynienia z silną korelacją między nierównością społeczną, niezależnie jak mierzoną, a brakiem zaufania do instytucji publicznych, brakiem aktywności w stowarzyszeniach etc. W okolicach 2010 roku miałem nadzieję, że to będzie się zmieniać, że nasze zaufanie do instytucji demokratycznego państwa będzie wzrastać wraz z rosnącą egalitarnością. Tak to wówczas wyglądało, jednak tak się nie dzieje. Ta nierówność społeczna pozostaje wysoka, zwłaszcza nierówność relatywna - ta postrzegana przez młodych.

Nierówność społeczna postrzegana przez młodych i starszych czymś się różni?

Postrzeganie nierówności społecznej i jej skutków u ludzi młodych jest podniesione do kwadratu w odniesieniu do analogicznego u ludzi starszych od nich o pokolenie czy dwa. Innymi słowy, młodych nierówność boli bardziej. Jeśli odpalają na YouTubie film, na którym ich rówieśnicy pod Złotymi Tarasami obnaszają ciuchy za 30 tys. zł, a ich na te ciuchy nie stać, to rośnie frustracja i poczucie nieadekwatności. Postrzegana nierówność społeczna - rzecz z gruntu subiektywna - osiąga wysokie parametry u naszych młodych. I tak się składa, że wraz z poczuciem nierówności rośnie nieufność uogólniona, w tym wobec instytucji państwa.

To nie wina państwa, że 20-latka nie stać na ciuchy za 30 tys. zł.

Owszem, to państwo odpowiada za bolączki wynikające z nierówności. Weźmy choćby mające zaradzić tej nierówności zapowiedzi obecnej ekipy rządzącej o odrestaurowaniu dojazdów do małych miejscowości. Jakoś się to nie powiodło, prawda? Trudno mieć zaufanie do państwa, którego głównodowodzący zajmują się sami sobą, zapominając o namacalnych, codziennych problemach milionów ludzi.

Odpowiem cynicznie: taka jest polityka i wcale nie od dzisiaj.

Okej, niech będzie. Tyle że dzisiaj, w internetowych kokonach młodych coraz częściej pojawia się figura polityka, którego głównym zajęciem jest bijatyka o stołki, apanaże, własne kariery. To bardzo silnie zlepia się z ich przekonaniem o tym, co ułatwia sukces w życiu. Badania pokazują, że na pierwszym miejscu wśród dzisiejszych dwudziestolatków jest odpowiedź: moje kompetencje, moje talenty, to, co ja sama czy sam zrobię. Przez 25 lat odsetek tych odpowiedzi wzrósł o mniej więcej 20 pkt proc. Natomiast na drugim miejscu zdaniem młodych są znajomości.

To też wina polityków?

Nie wykluczałbym tego czynnika. Młodzi przyglądają się temu, co się dzieje w ramach bijatyki politycznej i widzą, że frukta władzy to zupełnie namacalne rzeczy - np. cztery pensje w różnych miejscach, z czego można sobie szybko kupić BMW. To jest to, po co się idzie do władzy. Zainteresowanie polityką - zwłaszcza wśród zradykalizowanych młodych, głównie mężczyzn - jest motywowane właśnie tym. Jest to po prostu ścieżka nietrudnej kariery zawodowej, a nie droga do zmiany świata na lepsze albo załatwienia jakichś spraw dla społeczności. To bardzo silnie wiąże się z ich przekonaniami o tym, jak się w Polsce osiąga sukces. Stąd tak częste postawy klientelistyczne u młodych ludzi.

To jest charakterystyczne dla młodych Polaków czy dla młodych ludzi ogółem?

Zaryzykowałbym tezę, że w krajach bardziej egalitarnych niż Polska - np. w krajach skandynawskich czy krajach rozwiniętych ekonomicznie, gdzie kluczową rolę społeczną na przestrzeni wieków odgrywało mieszczaństwo (np. Holandia) - te znajomości mają daleko mniejsze znaczenie, a na pewno nie są postrzegane w ten sam sposób, co w Polsce. Zaryzykowałbym kolejną tezę, a mianowicie, że nasz krąg kulturowy, czyli pas postkomunistycznych państw od Morza Bałtyckiego po Morze Czarne, podziela pogląd, że znajomości są warunkiem osiągnięcia sukcesu w życiu.

Kolejna dziedzina życia, w której po latach płacimy rachunek za pół wieku socjalizmu.

Owszem, choć to przerażające. Mija 30 lat od upadku PRL-u, a młodzi ludzie, którzy nie mają już z PRL-em nic wspólnego, myślą kategoriami pojęciowymi swoich rodziców i dziadków, reprodukują ich podejście do życia. Znajomości, cwaniactwo, hipokryzja - to ciągle jest w Polsce "smar społeczny", który umożliwia dobre życie. Reprodukujemy system sprzed kilku dekad. Zmieniła się otoczka, zmieniła infrastruktura, jest ładniej, żyje się łatwiej - wylądowaliśmy nawet w pierwszej czterdziestce krajów o najwyższej jakości życia na świecie - a jednak młodzi patrzą na motory i narzędzia do życia społecznego jak ich rodzice i dziadkowie.

Dlatego, że jako państwo przez 30 lat goniliśmy za dobrobytem, z którym utożsamialiśmy ten mityczny Zachód, jednocześnie zapominając, że zachodni powinien być również poziom naszej edukacji, wiedzy o świecie, świadomości obywatelskiej i społecznej?

Myśleliśmy, że bez zachodniej, a konkretniej mieszczańskiej, mentalności można być Zachodem. Nie można. Znaczące jest tu to, jak część włodarzy polskich miast i miejskich radnych podchodziła do ostatniej transzy środków unijnych, która była przeznaczona w dużej mierze na budowanie kapitału ludzkiego i społecznego. Oni nie mieli bladego pojęcia, co zrobić z tymi pieniędzmi. Dać je na edukację? A może kulturę? Tylko po co, bo przecież to wszystko jest niemierzalne, wyborcy tego nie dostrzegą, nie będzie można tego zdyskontować w wyborach. Zainwestowanie w kapitał ludzki i społeczny oznaczałoby zmianę sposobu patrzenia na świat, zainwestowanie w myślenie, a co za tym idzie - myślącego wyborcę.

Myślący wyborca to dramat polityka.

Na szczęście pan to powiedział. (śmiech) Nikomu w takim systemie, jaki mamy w Polsce, a więc wyborokracji - bo demokracji od wielu, wielu lat w Polsce nie mamy - nie opłaca się inwestować w edukowanie wyborców, zwiększanie ich świadomości społecznej, aktywizację obywatelską. Polscy politycy wolą to, co jest od lat, czyli system, w którym przy okazji wyborów zawracają głowę Polakom i przy pomocy rozmaitych narzędzi wpływu - manipulacji emocjonalnej, PR-owych trików czy polityki skandalu - starają się skłonić ich przynajmniej do niegłosowania na oponentów.

W wyborokracji żaden racjonalny, rozsądnie myślący i analizujący programy wyborcze wyborca nie jest potrzebny. Co stałoby się, gdyby młody, 20-letni mężczyzna zaczął roztrząsać program wyborczy Konfederacji i zastanawiać się, czy taka Polska rzeczywiście mu się opłaci? Błyskawicznie doszedłby do wniosku, że zdecydowanie nie. A tak, reaguje czysto emocjonalnie i na przykład uważa, że jest w jakiś sposób rugowany z rynku pracy przez kobiety. Dzisiejsza sytuacja rozrastającej się branży usługowej i dynamicznie zmieniającego się rynku pracy premiuje kobiety. Zwłaszcza w metropoliach i zwłaszcza z ich rozmaitymi talentami natury interpersonalnej. Albo z powodu banalnego faktu, że większość kobiet jest najzwyczajniej w świecie lepiej wykształcona od mężczyzn. Więc ten młody wyborca Konfederacji czuje, że jest osaczony, że dotyka go opresja systemu, że coś go tłamsi. Politycy podsuwają mu natomiast niewłaściwe narzędzia do rozwiązania tego problemu i pokazują mu niewłaściwe powody tego, że w ogóle w tej sytuacji się znalazł.

Proste odpowiedzi na złożone problemy społeczne.

W rzeczy samej. Świat jest piekielnie skomplikowany, coraz bardziej złożony, a tutaj mamy łopatologiczne rozwiązania publikowane w sieci z namaszczeniem godnym prawd objawionych. A ponieważ młodzi często mają deficyt wiedzy, więc "łykają to", chociaż te pseudo recepty nie odpowiadają na ich realne problemy.

Za to potwierdzają ich wizję świata.

Tu pojawia się inny problem. On nie dotyczy tylko skrajnej prawicy, bo druga strona sceny politycznej gra na tej samej nucie. Lewica naciska bowiem w sposób radykalny tylko na te elementy sporu kulturowego, które mogą przysporzyć jej wyborców. Proszę zwrócić uwagę na ataki lewicy na symbole religijne. Z badań, o których tu rozmawiamy, politycy lewicy wybierają tylko to, że mniej więcej od 25 lat dosyć radykalnie spada w Polsce odsetek 18-latków chodzących co tydzień do kościoła. Z bodajże 52 proc. spadł do 32 proc. w 2016 roku. Nastroje antyklerykalne wśród młodych Polaków się podnoszą, a po trwającej wojnie wokół aborcji zapewne tylko przybiorą na sile. Dlatego lewica na to i podobne temu jaskrawe punkty naciska, licząc, że ich wykorzystanie przyniesie rozgłos, zainteresowanie i potencjalnych wyborców.

Długofalowo to granie na emocjach i "naciskanie" konkretnych punktów ma szansę być skutecznym sposobem docierania polityków do młodych wyborców?

Dopóki nie zmieni się w Polsce system wyborów, to tak. Ta nieszczęsna polska wyborokracja przymusza do takiego reaktywnego działania. Zwłaszcza, że są do niego idealne narzędzia w postaci nowych mediów. Od trzech lat co roku mieliśmy przynajmniej jedne wybory i politycy nie zajmowali się realizacją jakiegokolwiek programu pozytywnego pomiędzy tymi wyborami. Dopóki to się nie zmieni, gra na emocjach młodych ludzi będzie skuteczna.

Jak wytłumaczyć to, że od wyborów europejskich z wiosny 2019 roku młodzi z elekcji na elekcję chętniej chodzą na wybory? W wyborach prezydenckich frekwencja u młodych była wyższa niż u seniorów.

Wytłumaczenie jest proste: z wyborów na wybory jest coraz więcej grup młodych, którym władza nastąpiła na odcisk. Coraz więcej młodych Polaków jest o coś wkurzonych na rządzących, więc idzie dać temu wyraz przy wyborach. Niech pan popatrzy na wspomnianą już przez nas Konfederację. Ich elektorat to w dużej mierze ludzie, którzy wcześniej na wybory nie chodzili wcale. Byli pozasystemowi. Na przykład radykalni kibice piłkarscy. Przez dwa lata badań nad środowiskiem radykalnych kibiców otrzymaliśmy bardzo wyraźny wniosek - to ludzie pozostający poza systemem polityczno-społecznym, ten system zupełnie ich nie interesuje razem z całym swoim oprogramowaniem. Nigdy na wybory nie chodzili, bo to było nieważne, było częścią tego dziwnego, nieprzejrzystego systemu, który bojkotują. Ale w pewnym momencie coś ich wkurzyło, pękł jakiś wrzód, więc zaczęli chodzić na wybory i głosować na Konfederację.

Wkurzyło czy może jednak politycy, nawet bardzo subiektywnie i wybiórczo korzystając z analiz i badań społecznych, nauczyli się języka komunikacji z tymi grupami, które wcześniej były poza ich zasięgiem?

Jeszcze inaczej. Po prostu ludzie zbliżeni wiekowo i mentalnie do swoich wyborców zabrali się za marketing polityczny. Jak popatrzy pan na twitterowe profile niektórych kandydatów na prezydenta albo niektórych partii politycznych, to są narzędzia prowadzone przez ludzi wiekowo i mentalnie zbliżonych do odbiorców tego przekazu. 60- czy 70-letni mężczyźni będący szefami partii i zasiadający w ich władzach nie czują tego świata. Ale przynajmniej wiedzą już, że należy zatrudnić kogoś, kto klientelistycznie i dla swojej kariery siedzi w tej partii i zrobi wszystko, żeby temu nowemu elektoratowi się przypodobać. To jest czysty marketing polityczny. Nie chodzi już tutaj o jakiekolwiek idee czy zmianę świata, ale o kolejny sukces w wyborokracji.

Do następnych wyborów mamy, przynajmniej w teorii, trzy lata. Polityczno-społeczna mobilizacja młodych się utrzyma?

Owszem. Młodzi potrzebują odczucia realnego zwycięstwa. I mówimy w tym przypadku bardziej o poczuciu, a nie o realnym zwycięstwie. Poczuciu, że coś się nam udało, że wprowadziliśmy jakiś temat na agendę, że zmieniliśmy coś w układzie politycznym. Takie poczucie mają z całą pewnością wyborcy Konfederacji. Co z resztą? O ile w najbliższych latach różnym częściom tego młodego elektoratu przydarzy się jakiś umowny sukces, to tak - ten trend się utrzyma.

* Tomasz Szlendak - profesor socjologii; dyrektor Szkoły Doktorskiej Nauk Społecznych UMK w Toruniu; zajmuje się badaniem przemian relacji międzypokoleniowych, życia rodzinnego i praktyk kulturowych