Pokazywały legitymacje, mimo to policja podjęła działania. Przypominamy, co działo się na protestach

Podczas protestów, które rozpoczęły się po wyroku TK ws. aborcji, użyto gazu wobec dwóch posłanek - Magdaleny Biejat i Barbary Nowackiej, a także zatrzymano fotoreporterkę Agatę Grzybowską. Policja podjęła takie działania, mimo że wszystkie trzy pokazywały legitymacje poselskie lub dziennikarskie.

W czwartek 22 października Trybunał Konstytucyjny uznał, że aborcja w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu lub jego nieuleczalnej choroby zagrażającej życiu jest niezgodna z konstytucją. Spowodowało to falę protestów w całej Polsce. Demonstranci manifestowali swój sprzeciw pod siedzibami TK i PiS, pod kuriami czy kościołami, a także przed domem Jarosława Kaczyńskiego.

Biejat dostaje gazem

W środę, 18 listopada, w Warszawie odbył się kolejny protest przeciwko orzeczeniu Trybunału. Planowana była blokada Sejmu. Wcześniej jednak oddziały policji skutecznie odcięły dostęp do parlamentu. Z tego powodu blokada zmieniła się w marsz, który doszedł przed siedzibę TVP na placu Powstańców Warszawy. Tam policja otoczyła demonstrantów i rozbijała protest, używając m.in. gazu. Kontrowersje wzbudzili nieumundurowani funkcjonariusze, którzy stosowali środki przymusu bezpośredniego.

Podczas protestu posłanka Lewicy Magdalena Biejat została opryskana gazem pieprzowym przez zamaskowanego funkcjonariusza. - Starałam się interweniować u policji i pokazałam moją legitymację poselską i krzyczałam, żeby przestali eskalować i używać przemocy wobec zgromadzonych. Kiedy trzymałam legitymację podniesioną przed sobą, dostałam od jednego z policjantów w cywilu gazem. Ten policjant zaraz potem ukrył się za szpalerem umundurowanych już policjantów - mówiła w rozmowie z Gazeta.pl polityczka. To, że posłanka pokazywała legitymację widać także na nagraniach zamieszczonych w mediach społecznościowych.

"W związku z agresją skierowaną wobec policjantów użyto środków przymusu bezpośredniego m.in. w postaci gazu" - tłumaczyła się stołeczna policja.

Magdalena Biejat potraktowana przez policję gazem. Strajk Kobiet - manifestacja przeciw zaostrzaniu prawa aborcyjnego. Warszawa, 18 listopada 2020Policja potraktowała posłankę gazem i blokowała przejście do Sejmu

Zatrzymanie fotoreporterki

W poniedziałek, 23 listopada, odbył się protest pod siedzibą Ministerstwa Edukacji Narodowej. Był on wyrazem sprzeciwu wobec m.in. zapowiadanych przez ministra Przemysława Czarnka konsekwencji dla nauczycieli i nauczycielek popierających Strajk Kobiet. Uczestnicy domagali się jego dymisji oraz rzetelnej edukacji seksualnej. Wciąż aktualny był także postulat dotyczący dostępu do bezpiecznej aborcji w Polsce. Doszło do zatrzymania fotoreporterki Agaty Grzybowskiej. Fotografka kilkakrotnie mówiła policjantom, że jest w pracy i pokazywała im legitymację prasową. Mimo tego Michał Dworczyk, szef Kancelarii Premiera, stwierdził, że nie wie, czy Grzybowska wykonywała podczas protestu swoją pracę.

Rzecznik komendanta głównego policji Mariusz Ciarka stwierdził na antenie TVN24, że w momencie zatrzymania policjanci nie wiedzieli, że to jest fotoreporterka. - Mimo to, że później zaczęła okazywać legitymację, to pamiętajmy, że mieliśmy już, choćby 11 listopada, przykład, aby wiedzieć, w którym momencie opuścić miejsce, mówię tu o fotoreporterach, aby nie wdawać się w bezpośrednie działania policyjne - podkreślił.

Policja tłumaczyła, że zatrzymano ją "nie w związku z wykonywaniem zawodu dziennikarza, ale za naruszenie nietykalności cielesnej policjanta". Portal tvp.info podawał, że fotoreporterka kopnęła funkcjonariusza, czego dowodem ma być poniższe nagranie. Wersja Agaty Grzybowskiej jest zupełnie inna. "Zostałam zaatakowana przez policjanta (tylko dlatego, że robiąc zdjęcie, błysnęłam mu w twarz fleszem), a następnie, mimo okazania legitymacji prasowej, siłą wrzucona do radiowozu, gdzie próbowano mi wmówić, że to ja byłam agresywna" - napisała w oświadczeniu.

Agata GrzybowskaProtest pod MEN. Fotoreporterka mówi o błyśnięciu fleszem, policja o naruszeniu nietykalności

Użycie gazu wobec Nowackiej

28 listopada, w 102. rocznicę uzyskania praw wyborczych przez Polki, w Warszawie, jak i w wielu innych miastach odbyły się protesty. Podczas demonstracji w stolicy funkcjonariusze użyli gazu, zamykali ludzi w kotle, próbowali legitymować zgromadzonych. Doszło do zatrzymania 11 osób. Jedną z osób, które zostały poszkodowane podczas demonstracji była posłanka Barbara Nowacka. Polityczka pokazała policjantowi legitymację poselską, a chwilę później, z bardzo bliskiej odległości, dostała gazem w twarz. Pokazują to poniższe zdjęcia Czarka Sokołowskiego z AP Photo:

Podczas konferencji prasowej Sylwester Marczak, rzecznik stołecznej policji, poinformował, że kluczowe dla wyjaśnienia tej sprawy będzie nagranie z kamerki funkcjonariusza, który użył gazu wobec posłanki. - Nie możemy mówić, że cokolwiek tutaj można tłumaczyć, ale nie możemy też skazywać policjanta, bo pamiętajmy o tym, że ulica i media nie są miejscami do skazywania policjantów. Od tego są prokuratury, sądy i przełożeni dyscyplinarni - dodał Marczak i podkreślił, że "na pierwszy rzut oka jest to bulwersująca sytuacja".

Posłanka Barbara Nowacka pokazuje legitymację poselską. Chwilę później dostaje gazemNowacka pokazuje policjantowi legitymację. Chwilę później dostaje gazem

"Policja jest w dużym chaosie"

- Psiknięcie gazem z takiej odległości posłance Barbarze Nowackiej, która jest reprezentantką narodu, to jest tak jakby psiknąć w twarz 88 tys. wyborców, którzy na nią głosowali. (...) Kompletnie nie wiadomo po co i dlaczego - powiedział w niedzielę Adam Bodnar w Radiu ZET, negatywnie oceniając działania policjantów w czasie sobotniego protestu w Warszawie. - Były jednak te zatrzymania, było także używanie środków przymusu bezpośredniego, chociażby w stosunku do posłanki Nowackiej w sposób absolutnie niedopuszczalny i skandaliczny. Mam wrażenie, że cały czas się pogrążamy w jakiejś próbie sił policji, która chyba chce udowodnić, że w Polsce nie można w żaden sposób korzystać z praw konstytucyjnych - podkreślił Rzecznik Praw Obywatelskich.

- Myślę, że policja jest w dużym chaosie. To, co usłyszeliśmy z ust rzecznika [chodzi o konferencję Komendy Stołecznej Policji, pisaliśmy o tym TUTAJ - przyp. red] jest w gruncie rzeczy ośmieszaniem policji, ponieważ rzecznik robi z nich półanalfabetów, którzy nie są w stanie kontrolować własnych zachowań. To, co widzieliśmy w Warszawie, czyli z jednej strony nawoływanie do rozejścia się, a z drugiej strony robienie kotłów, co uniemożliwia ludziom rozejście się, każe myśleć, że policja sama nie wie, jaki efekt chce osiągnąć, poza generalnym efektem zastraszania ludzi - powiedziała na antenie TVN24 dr Helena Chmielewska-Szlajfer z Akademii Leona Koźmińskiego. Socjolożka podkreśliła, że to powoduje, że obywatele tracą zaufanie do policji. - Stawianie znaku równości między demonstracją pokojową a demonstracją legalną to jest jakaś kompletna aberracja. Legalizm to jest zupełnie inna rzecz niż pokojowe demonstrowanie - zaznaczyła odnosząc się do słów Sylwestra Marczaka, który stwierdził, że pokojowy protest jest przede wszystkim legalny.

Zobacz wideo Protest w Warszawie. Okolice Metra Politechnika