"Po dachach wagonów dotarli do lokomotywy". 11 listopada był pełen akcji jak z filmu, o których zapomniano

Józef Piłsudski przyjeżdża z Niemiec, mieszkańcy Warszawy entuzjastycznie witają go na ulicach, Polska odzyskuje niepodległość. Mniej więcej tyle pamiętamy, jeśli chodzi o 11 listopada 1918 roku. Tymczasem entuzjazm na ulicach owszem, był, ale były też śmiertelnie groźne zmagania, strzelaniny i akcje rodem z filmów sensacyjnych.

Kiedy Piłsudski przyjeżdżał do Warszawy 10 listopada rano, na pociąg z Berlina wcale nie czekały rozentuzjazmowane tłumy. Nie było hucznego powitania. Piłsudskiego spodziewano się najwcześniej za kilka dni. Nikt nie przypuszczał, że na prośbę zarządzającej Polską u boku okupacyjnych wojsk niemieckich Rady Regencyjnej władze w Berlinie tak szybko wypuszczą go z więzienia w twierdzy magdeburskiej. Siedział tam od 1917 roku, kiedy wraz z większością podległych mu Legionów Polskich odmówił złożenia przysięgi wierności Cesarstwu Niemieckiemu.

W efekcie na Dworcu Głównym na przyszłego marszałka, wówczas brygadiera, czekał skromny komitet powitalny. Głównie grupa działaczy Polskiej Organizacji Wojskowej, konspiracyjnej organizacji paramilitarnej, która od początku swojego istnienia w 1914 roku uznawała Piłsudskiego za swojego przywódcę. Do tego przedstawiciel Rady Regencyjnej, książę Zdzisław Lubomirski. Dopiero po kilku godzinach, kiedy w mieście rozniosła się informacja o przybyciu Piłsudskiego, tłum zgromadził się pod domem na Moniuszki 2, gdzie ten odpoczywał po podróży i odbywał spotkania.

Dywersja przy pomocy dezertera

Jednym z pierwszych miała być rozmowa z młodym działaczem POW, Józefem Jęczkowiakiem. 20-latek miał za sobą pobór do armii niemieckiej, służbę na froncie zachodnim, a potem dezercję i powrót do rodzinnej Wielkopolski. Tam wstąpił w szeregi POW. W końcu został łącznikiem z kierownictwem organizacji w Warszawie, i tak trafił przed oblicze Piłsudskiego. Mówił płynnie po niemiecku, znał armię I Rzeszy od podszewki, miał niemiecki mundur i dokumenty. Piłsudski miał dla niego niecodzienne zadanie: wzmocnić rewolucyjny ferment i bunt w niemieckim garnizonie Warszawy. W swoich wspomnieniach Jęczkowiak pisał, że nie do końca rozumiał, co miałby zrobić. Piłsudski opisał mu jednak, co widział w Niemczech, przed swoim wyjazdem. Kraj ogarnęła rewolucja. Żołnierze masowo buntowali się, wznosili czerwone sztandary i mieli jedno przemożne pragnienie: koniec wojny i powrót do domu. Przypuszczał, że w Warszawie wystarczy powtórzyć te same hasła, zastosować symbole rewolucji i efekt będzie podobny.

Stawka była duża. Nie bez powodu było to jedno z pierwszych spotkań, które odbył Piłsudski. Na terenie ówczesnego Królestwa Polskiego ciągle stacjonowało 60-80 tysięcy żołnierzy niemieckich. Znaczna siła, daleko przewyższająca to, co mogli na tym etapie zebrać Polacy. W samej Warszawie niemieckich żołnierzy miało być około 30 tysięcy. Gdyby chcieli, to raczkującą polską niepodległość mogli utopić we krwi. Na szczęście większość z nich stanowił landsturm, rezerwowe, kiepsko wyszkolone i pozbawione ducha oddziały rekrutowane głównie ze starszych roczników. Chcieli tylko wracać do domów, wojna była przecież przegrana.

Zdemoralizowani Niemcy byli bardzo wdzięcznym celem dla Jęczkowiaka i grupy jego towarzyszy z POW, którzy po spotkaniu z Piłsudskim rzucili się do szycia czerwonych opasek i sztandarów. Wieczorem 10 listopada udali się do głównych świetlic niemieckich żołnierzy, gdzie ci spędzali czas po służbie. Tam zaczęli agitować w najlepszym rewolucyjnym duchu, udając niemieckich żołnierzy, którzy dopiero co dotarli z Niemiec i widzieli tam rozpalającą się rewolucję. - Nie słyszałem głosów sprzeciwu, więc dla podniecenia nastroju ostentacyjnie zerwałem z czapki niemiecką kokardę, rzuciłem ją na podłogę i założyłem czerwoną opaskę - opisywał we wspomnieniach. Rewolucyjny zapał udzielił się żołnierzom, którzy obezwładnili próbującego opanować sytuację podoficera. Zaczęto organizować Rady Żołnierskie, które przejęły dowodzenie, odsuwając na bok oficerów. Około pięciu tysięcy żołnierzy o polskim pochodzeniu całkiem się zbuntowało i ostentacyjnie przeszło na polską stronę.

W końcu późnym wieczorem ogłoszono powstanie Rady Żołnierskiej Warszawy, której podporządkowała się większość oddziałów landsturmu w mieście. Jej przedstawiciele zaczęli szukać kontaktu z Polakami, żeby uzgodnić warunki wycofania się do Niemiec. W końcu dotarli do Piłsudskiego, którego obudzili około północy. Szybko dobito targu. Niemcy mieli zagwarantowane bezpieczeństwo i możliwość wyjechania do ojczyzny, ale w zamian mieli zostawić broń i wyposażenie. I tak już w nocy z 10 na 11 listopada 1918 roku rozpoczęło się wielkie rozbrajanie niemieckich żołnierzy na ulicach miasta.

Jan Kowalewski i rozszyfrowana bolszewicka depeszaBez świetnych łamaczy szyfrów, mogliśmy przegrać

Chaos, napięcie i ofiary

Mieszkańcy Warszawy obudzili się w nowej rzeczywistości. Na ulicach było czuć elektryzującą atmosferę, mieszankę entuzjazmu i niepewności. W różnych częściach miasta rozlegały się strzały. Wielu niemieckich żołnierzy nie chciało oddawać broni Polakom, zwłaszcza że do jej odbierania rzucili się wszyscy. Nie tylko działacze POW, ale też policjanci i po prostu co bardziej rzutcy cywile. Dochodziło do starć, napięcie sięgało zenitu.

Tak opisywał to w swoim późniejszym raporcie komendanta warszawskiej policji Czyniowski. Jego relację, oraz kilku innych policjantów, zachowano w Centralnym Archiwum Wojskowym.

Grupka milicjantów rozbroiła Urząd Śledczy, gdzie zdobyto wielką liczbę karabinów i rewolwerów, następnie opanowała Areszt Generalny. Gdy z kolei oddział milicjantów złożony z sześciu-ośmiu ludzi udał się na ulicę Wierzbową, większy oddział Niemców otoczył ich i ustawiwszy pod ścianą, zamierzał rozstrzelać. Od niechybnej śmierci uratował ich były komendant Łączkowski, który powstrzymał Niemców. Skorzystali z tego milicjanci, którzy do nich dopadli i ich rozbroili.
Przy zdobywaniu Ratusza zgromadzeni tam w większej sile Niemcy zorganizowali zacięty opór. Czas dłuższy trwała strzelanina. Dopiero po dwóch dniach, kiedy przyszedł rozkaz, że Niemcy mogą odejść z bronią w ręku, opuścili oni Ratusz.
Przy opanowywaniu Dworca Głównego Niemcy usiłowali uciec pociągiem towarowym. Przodownik Bliski, wraz z drugim milicjantem, wskoczyli na pociąg i biegnąc po dachach wagonów, dotarli do maszynisty. Bliski, jako były maszynista, zatrzymał pociąg i cofnął go na stację.

W warszawskiej Cytadeli, która była obiektem strategicznym o dużym znaczeniu, stacjonował kilkutysięczny oddział doborowego wojska niemieckiego, który ani myślał o rewolucji i oddawaniu broni. Rozpętała się więc krótka bitwa, w której Polacy nie mieli szans i musieli się wycofać. Piłsudski i dowództwo POW starało się jak to możliwe studzić gorące głowy, ponieważ było jasne, że gdyby kilka tysięcy ciągle zdyscyplinowanych żołnierzy niemieckich zechciało walczyć, to ulice Warszawy spłynęłyby krwią. I to głównie polską.

Tyraliera polskiej piechoty na przedmieściach WarszawySto lat temu, odnieśliśmy wielkie zwycięstwo

Stan zawieszenia trwał kilka dni, kiedy Niemcy zabarykadowani w szeregu kluczowych obiektów czekali na rozwój sytuacji i jakieś rozkazy z ogarniętych chaosem Niemiec. Dopiero 16 listopada wynegocjowano nowe warunki wycofania się Niemców, na mocy których oni wyjechać z bronią, którą mieli następnie zdawać dopiero na granicy państwowej. Od tego momentu ewakuacja poszła znacznie sprawniej. Do 19 listopada ostatni niemiecki żołnierz opuścił Warszawę. Kilka dni później ostatni opuścił odradzającą się Polskę.

Podobne wydarzenia miały miejsce w szeregu miast. Zazwyczaj kończyły się pojedynczymi ofiarami i niewielką liczbą rannych. Wyjątkiem był Międzyrzec Podlaski, miasto położone blisko granicy z okupowaną przez Niemców zachodnią Rosją. Najpierw działacze POW i cywile rozbroili nieliczny garnizon. 16 listopada świtem do miasta wkroczyły jednak ze wschodu zdyscyplinowane oddziały armii niemieckiej, głównie elitarnego 1. Przybocznego Pułku Huzarów, których charakterystycznym symbolem była czaszka ze skrzyżowanymi piszczelami (Totenkopf). Niemcy w ramach odwetu zabili 22 bojowników POW i podobną liczbę cywili oskarżonych o pomoc w rozbrajaniu garnizonu.

Dokładna liczba ofiar tych chaotycznych pierwszych dni niepodległości nie jest znana. Szacuje się ją na około setkę zabitych i kilkuset rannych. Na pewno nie było to więc tak, jak można by wnioskować po pobieżnych lekcjach historii. Niemcy nie wycofali się z Polski tak po prostu, bo mieli dość wojny. Był to chaotyczny i trudny proces, który kosztował życie wielu ludzi.

Zobacz wideo
Więcej o: