Dlaczego córki, matki i babcie biorą udział w Strajku Kobiet? "Moje życie zostało złamane"

22 października Trybunał Konstytucyjny pod wodzą Julii Przyłębskiej orzekł, że aborcja embriopatologiczna jest niezgodna z polską konstytucją. Ten wyrok w istocie oznacza niemal praktyczny zakaz aborcji w Polsce: w 2019 roku wykonano w naszym kraju niewiele ponad 1 100 legalnych zabiegów przerwania ciąży, z czego 1074 przeprowadzono właśnie z powodu uszkodzenia płodu.

Od chwili ogłoszenia wyroku Trybunału Konstytucyjnego, na ulicach kilkudziesięciu polskich miast i miasteczek odbywają się niemal codziennie protesty. Ogólnopolski Strajk Kobiet objął setki tysiące osób - szacuje się, że w piątek 30 października tylko w samej Warszawie pojawiło się na demonstracji około 100 tys. uczestników i uczestniczek.

Zobacz wideo Nieznani sprawcy próbowali zakłócić przebieg Strajku Kobiet. Interweniowała Policja

Dlaczego zwykłe kobiety biorą udział w strajkach?

"Mam 75 lat. Walczę o godność moich córek i prawnuczki" - mówi napis na transparencie pani Zofii z Sosnowca. Jej zdjęcie z protestu pojawiło się w publicznej grupie "Murem za kobietami" i głęboko poruszyło ludzi: zebrało blisko 30 tysięcy polubień oraz blisko 1,9 tys. komentarzy.

Dlaczego zwykłe kobiety biorą udział w strajkach?Dlaczego zwykłe kobiety biorą udział w strajkach? fot. Murem za kobietami / Grupa publiczna/ Facebook

Pod tą samą fotografią swoją historią podzieliła się także pani Władysława, która stanowczo popiera strajkujące na ulicach kobiety. "Też mam córki i wnuczki - są zdrowe, ale chcę, aby miały wybór - swój własny, a nie czyjś. Bo ktoś ma taki kaprys. Władze się zmieniają, a rodzina zostaje" - oznajmia i tłumaczy dokładnie, dlaczego nie zgadza się z ostatnim wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego: "Mamy z mężem czworo dzieci i konflikt serologiczny krwi. (...) Lekarz powiedział, że nasze dzieci mogą mieć wady. Wtedy nie było takich badań jak dzisiaj. Mieliśmy WYBÓR: urodzić czy usunąć. Wybraliśmy 'rodzić' i dzisiaj mamy czworo dorosłych zdrowych dzieci - udało się nam. Dlatego chcemy, aby wszyscy mogli wybrać swoją drogę. Moje wnuczki również i nikomu nic do decyzji, jakie kiedyś podejmą" - podkreśliła z naciskiem.

Z kolei pani Wanda, uczestniczka Powstania Warszawskiego, w czasie wywiadu dla TVN24 klarowała: - Te protesty są wojną. Naprawdę wojną bezkrwawą, ale my kobiety nie ustąpimy. Tym razem nie. Jeżeli w pandemię, kiedy choroba jest tak rozhulana, że mamy dziś 18 tys. nowych zachorowań, ten człowiek [Jarosław Kaczyński - przyp. red.] wywołuje taką sytuację, że kobiety muszą wyjść na ulicę, żeby bronić swojej godności ludzkiej. W Powstaniu walczyliśmy wszyscy - i chłopcy i dziewczęta - o swoją ludzką godność. Bo wolność jest składnikiem godności. Nie ma godności bez wolności. A jeżeli my jesteśmy w tej chwili traktowane jak inkubatory, to przepraszam, ale mamy prawo walczyć o swoją godność - powiedziała podczas protestów, które odbyły się w Warszawie 28 października.

Z kolei w publicznym poście dostępnym na Facebooku, pani Agnieszka z Jeleniej Góry - mama dwóch córek - napisała: "Pierwszy raz w życiu idę na protest. Idę, bo to, co się stało, to zamach na polskie kobiety" i dodaje, że sama nie jest zwolenniczką pełnej legalizacji aborcji. "Ale też nie jestem za zakazem dla kobiet, które muszą dokonywać tak dramatycznych wyborów. One mają prawo ich dokonać. Dzięki opatrzności nie musiałam stawać przed takim dylematem. Nie wiem, co bym zrobiła. Mam dwie córki, nie chcę, by żyły w kraju, gdzie kobieta jest traktowana przedmiotowo, jak swoisty inkubator i własność 'rządzących'. Nie zgadzam się na to!" - wyjaśniła dokładnie, udostępniający przy okazji status z wypowiedzią siostry Małgorzaty Chmielewskiej, która wychowuje przybranego syna z niepełnosprawnością.

>>> Strajk kobiet. Muzeum Gdańska zbiera transparenty, flagi i zdjęcia z protestów<<<

Zakonnica podkreśla: "Jestem przeciwna zabijaniu dzieci nienarodzonych, w tym niepełnosprawnych. (...) Jednak są sytuacje, w których trzeba zostawić sumieniu kobiety-rodziców wybór. Do heroizmu nie można zmuszać. Walkę o życie trzeba zacząć od wsparcia tych, którzy ciężar takiego trudnego życia mają nieść. Wtedy wybór życia będzie łatwiejszy. Los osób niepełnosprawnych i rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi jest większości społeczeństwa i rządzącym obojętny. (...) Orzeczenie Trybunału nie jest troską, jest chwytem politycznym. Tak to oceniam. Zmieni się władza, aborcja będzie na życzenie".

W strajku biorą udział przedstawicielki różnych zawodów. Przykładowo ekipa sklepu Mięta poinformowała swoje klientki, że w środę 28 października nie będzie można u nich zrobić zakupów, bo "Nie zgadzamy się na instrumentalne traktowanie kobiet, na podejmowanie w naszym imieniu decyzji za naszymi plecami, na ograniczanie naszej wolności, na traktowanie nas w sposób pogardliwy".

Z kolei warszawska fryzjerka Karina Witkowska w obszernym wpisie na swoim profilu wytłumaczyła "Dlaczego strajkuję? Czy jestem za aborcją? NIE! Ale za prawem wyboru: tak". Podkreśla: "Zgadzam się, każdy ma prawo do życia, ale czy zdajecie sobie sprawę, że przez zmianę prawa w POLSCE... Kobieta jest skazana na urodzenie CHOREGO Dziecka?? Które będzie żyło w bólu i cierpieniu? Które często przy poważnych wadach genetycznych będzie żyło sekundę, minutę po urodzeniu?".

Dopytuje zwolenników zakazu aborcji: "Czy naprawdę osoby, które dziwią się, po co strajkujemy, są gotowe na tak straszne i niehumanitarne przeżycia? Czy naprawdę chcecie rodzić dzieci, które przez wady genetyczne będą cierpieć i umierać? Jeśli chcecie, oczywiście szanuję wasz wybór, ale ja nie chcę. Każdy z nas musi mieć prawo wyboru".

26 października na Facebooku pojawił się też publiczny wpis pani Justyny, która w Strajku Kobiet wzięła udział jako osoba, która zdecydowała się urodzić dziecko z wadą letalną. W poruszającym i bardzo osobistym manifeście wyznała: "Dziś idę na marsz, walczyć o prawa kobiet. Nasze prawa. Ten marsz jest o mnie. Idę jako kobieta, która stała przed drzwiami aborcji i dokonywała tego najtrudniejszego i najbardziej makabrycznego wyboru w życiu. Wiem, jak ciężki to wybór jest! Ale jednak jako kobieta, która miała do tego wyboru prawo!".

I podkreśliła: "Idę jako kobieta, która urodziła śmiertelnie chore dziecko i walczyła razem ze swoją córką w bólu, litrach łez o jej życie przez 5 dni. Jestem kobietą, która dokładnie wie, jak to wszystko boli. Jak boli patrzenie na cierpienie swojego dziecka. Jak boli patrzenie na śmierć swojego dziecka. Jak boli ta bezsilność". Szczególne wrażenie robią w tym świetle zwłaszcza te słowa: "Moje życie zostało złamane i nie życzę tego ani jednej kobiecie. Nikt nie może kobiet do tego zmuszać. Nie może być tak, że w momnecie kiedy świat rodzicom wali się na głowę, czas tyka, dziecko rośnie, oni nie dostają wsparcia i muszą szukać kliniki za granicami naszego kraju. Kobiety - nie możemy się poddać. Trzeba obalić ten szalony patriarchalny rząd!".

Są też takie kobiety, które świadomie nie idą maszerować na ulicach, bo ich praca polega na opiece nad niepełnosprawnymi dziećmi. Jedna z opiekunek napisała 28 października na Facebooku, że tego dnia będzie w pracy, bo "nie będę kolejną osobą, która się od nich odwraca i ma ich w dupie, bo przecież już się urodzili. Jak ci wszyscy, którzy tak bardzo szanują płody i jeszcze bardziej gardzą nimi po opuszczeniu macicy. (Kajo G. gdzie jesteś? Czemu o Nich nie walczysz? To życie już nie jest święte? Twój Bóg chce, żeby cierpieli? Oni nie są słodziutcy jak Muminki? O co Ci babo w tym pokręconym umyśle chodzi?)". I jako osoba doświadczona dodała "Pamiętam imiona i nazwiska dzieci, które umierały miesiącami. I twarze matek. I ich bezdenną, wszechogarniającą rozpacz, do której wyrażenia nie ma słów w żadnym języku. Oby takie obrazy śniły się tym ciulom i ich przydupasom. Co noc, do końca życia. Oby już nigdy nie spali spokojnie".

Autorka bloga Tocowazne podkreśla, że protestuje, bo "choć nie jestem zwolenniczką aborcji, uważam, że powinna być legalna. Nie od dziś wiadomo, że zakaz i kryminalizacja różnych zjawisk nie sprawia, że one przestają istnieć. Po prostu przechodzą do podziemia, gdzie stają się źródłem nielegalnego zarobku lekarzy i ludzi za lekarzy się podających oraz staje się zagrożeniem dla kobiet, które taką decyzję podejmują. A przecież... tak bardzo zależy nam na ochronie życia".

Tymczasem doradca ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka, Paweł Skrzydlewski, filozof z Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Chełmie, na antenie Radia Maryja stwierdził, że osoby biorące udział w manifestacjach nie są Polakami, bo "Polski nie znają i nie chcą znać".

Więcej o: