Lekarka o swojej pracy. "Oczywiście, że się boję. Nikt nie powinien decydować, czy mam prawo się bać"

"Kiedy w marcu dostałam dyscyplinarne zwolnienie z pracy w szpitalu w Nowym Targu, za upublicznienie informacji o braku środków ochronnych, nie sądziłam nawet w najgorszych snach, że moje słowa nabiorą takiego realnego znaczenia" - pisze do naszej redakcji pani Renata, położna, którą zwolniono dyscyplinarnie na początku epidemii. "Oczywiste, że się boję. Jestem człowiekiem. Nikt nie powinien decydować o tym, czy mam prawo się bać" - czytamy w innym z maili, wysłanym do nas przez lekarkę ambulatoryjnej opieki zdrowotnej

Lekarzu, pielęgniarko, ratowniku medyczny, diagnosto, pracowniku sanepidu, pracowniku ochrony zdrowia - napisz do nas na adres: redakcjagazetapl@agora.pl. Pokaż nam, jak wygląda Wasza codzienna praca, podziel się z nami swoją perspektywą. Oddajemy Wam nasze łamy, bo to jest dziś nasza misja. Nie jesteśmy w stanie pojechać na front wojny z wirusem i relacjonować, jak wygląda walka z pandemią. Byłoby to nieodpowiedzialne i niebezpieczne. Wysyłajcie do nas nagrania, zdjęcia, informacje, raporty z codziennej walki z COVID-19. Tylko Wy możecie pokazać, jak podstępny jest koronawirus. Tylko Wy możecie nam wskazać, jak możemy Was teraz wesprzeć.

Na skrzynkę mailową Gazeta.pl przychodzą kolejne wiadomości od lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych, diagnostów laboratoryjnych i farmaceutów. To reakcja na zainagurowaną przez nas akcję wspierającą pracowników ochrony zdrowia - zaapelowaliśmy do nich, by opisali swoje doświadczenia z pracy na pierwszej linii walki z koronawirusem. 

Czytaj więcej: "Czas powiedzieć stop". Oddajemy nasze łamy pracownikom medycznym. To nie ich trzeba rozliczać!

Dostała dyscyplinarne zwolnienie, bo powiedziała, że w szpitalu nie ma maseczek. "Nie sądziłam, że moje słowa nabiorą tak realnego znaczenia"

Do naszej redakcji napisała pani Renata, położna, która na początku epidemii koronawirusa została dyscyplinarnie zwolniona ze szpitala w Nowym Targu za to, że ujawniła informację o brakujących maseczkach ochronnych i rękawiczkach w szpitalu - o sprawie było głośno w mediach. Teraz pani Renata pracuje już w innym miejscu.

Kiedy w marcu dostałam dyscyplinarne zwolnienie z pracy w szpitalu w Nowym Targu, za upublicznienie informacji o braku środków ochronnych, naprawdę nie sądziłam nawet w najgorszych snach, że moje słowa, iż znajdujemy się dopiero na początku walki z pandemią nabiorą obecnie takiego realnego znaczenia. Brak zabezpieczenia medyków w podstawowe środki ochronne w marcu tego roku, kiedy pandemia w Polsce była (teraz to możemy już śmiało stwierdzić) w zarodku, świadczy o całkowitym zaniedbaniu w ochronie personelu medycznego już w tamtym czasie

- pisze, relacjonując, jak teraz wygląda praca położnej w trakcie koronawirusa.

Z pokorą przyjęłam fakt, że muszę siedzieć w domu na kwarantannie społecznej bo tak nakazuje rząd, że robię to dla dobra ogółu itp. Niestety to nie ja, siedzieć w domu i czekać na przetrwanie. Jako położna mam dość duże możliwości niesienia pomocy, chciałam i chcę je wykorzystywać dalej. Moje pacjentki to kobiety po porodach i ich nowonarodzone dzieci. Obsługuję całe Podhale, Spisz i Orawę, nie boję się jeździć do żadnej z nich... Przeprowadzam przed każdą wizytą wywiad epidemiologiczny, staram się zbadać środowisko i wchodzę do niego w pełnym zabezpieczeniu. (...)
26 lat pracy na oddziale noworodkowym dało mi dużą wiedzę praktyczną, więc moje pacjentki są zabezpieczone i tylko w nagłych przypadkach kieruję je na wizyty do POZ. Moje pacjentki mają we mnie oparcie. Jestem na każdy ich telefon, sms, wiadomość... Wydaje mi się, że czują się bezpieczne, kiedy wiedzą, że ktoś jest kto ich wspiera, pomaga i po prostu najzwyczajniej w świecie jest obok, nawet jak to "obok" jest czasami 20 km od nich. Nawet jak czasami ich położna wygląda jak kosmonauta...

- dodaje.

Lekarzy i diagności o swojej pracy. "To oczywiste, że się boję. Jestem człowiekiem"

"U mnie w pracy trzech lekarzy zakażonych koronawirusem, w tym szef 60+ kaszlący i gorączkujący od czwartku, jeszcze nie wiadomo, w którą stronę to pójdzie. Kwarantanna u połowy personelu pielęgniarskiego, zostałem sam z koleżanką na 15-tysięczną populację przychodni. Pracujemy ponad siłę" - pisze w wiadomości do naszej redakcji lekarz rodzinny.

Swoją historią podzieliła się też z nami pani Maja, lekarka ambulatoryjnej opieki zdrowotnej. 

W ramach kontraktu z NFZ pracuję w czterech przychodniach specjalistycznych, tygodniowo przyjmuję 300 - 350 osób. Od maja przyjmuję pacjentów osobiście - bez teleporad. Każdego z nich przyjmuję twarzą w twarz, w masce z filtrem i fartuchu ochronnym. Dziś pacjentów jest dużo więcej, czas oczekiwania się wydłuża. Dlaczego? Lekarze rodzinni są "zawaleni" infekcjami - czy to grypą, zwykłym katarem, czy COVIDem. Wielu z nich nie ma czasu ani siły na przewlekłe leczenie bólu głowy, kolana, kręgosłupa czy wielu innych chorób, które przecież nie zniknęły. Ci pacjenci przekierowywani są do poradni specjalistycznych. A my pracujemy, czasem od rana do nocy, jeżdżąc z jednej poradni do drugiej, kursując między miastami. Bo każdy potrzebuje pomocy

- opisuje.

Jak dodaje, to nie koniec obowiązków, bo do tego dochodzi jeszcze praca w szpitalu.

Oprócz zaplanowanych dyżurów z dnia na dzień wpadają kolejne. Bo ktoś chory, bo na kwarantannie, a pacjentów nie można zostawić samych. Więc jadę do poradni, potem na dyżur do rana, rano do poradni i do wieczora. Po każdym dyżurze boję się telefonu z wiadomością, że znów ktoś z kim miałam do czynienia jest dodatni. Znów kwarantanna
Tyle się mówi o skierowaniach wydawanych przez wojewodę do pracy na oddziałach COVIDowych. Rozumiem, że jest potrzeba. Ale patrzę na to z innej strony: obsługa respiratora to nie tylko włączenie wtyczki do gniazda - nigdy tego nie robiłam, a przez pół roku nikt nie zorganizował szkolenia, na którym mogłabym się tego nauczyć. Intubację przeprowadziłam ostatnio chyba 10 lat temu na studiach - i na pewno nie był to żywy pacjent, a jedynie plastikowy manekin. Nie umiem tego zrobić. I ostatnia rzecz: jeśli ja wyląduję w szpitalu COVID-owym, to cztery poradnie stracą lekarza, 300 pacjentów tygodniowo straci lekarza, nie wezmę dodatkowego dyżuru w innym szpitalu, nie załatam dziury w grafiku.

 - pisze. I dodaje: "To oczywiste, że się boję. Jestem człowiekiem. Nikt nie powinien decydować o tym, czy mam prawo się bać".

Poniżej publikujemy też kolejnych kilka zdjęć, które przedstawiają pracowników ochrony zdrowia w pracy.

"Stomatolog w pracy", fot. pan Jerzy:

'Stomatolog w pracy''Stomatolog w pracy' fot. Jerzy

Medycy na dyżurze - nadesłane przez pana Radka:

Pracownicy ochrony zdrowia podczas dyżuruPracownicy ochrony zdrowia podczas dyżuru fot. Radek

Położna w strony ochronnym - fot. pani Renata:

Położna w pracy w czasach koronawirusaPołożna w pracy w czasach koronawirusa fot. pani Renata

Pracownicy Wielospecjalistycznego Szpitala Miejskiego im. Józefa Strusia w Poznaniu - fot. Przemek Błaszkiewicz:

Pracownicy poznańskiego jednoimiennego szpitala 'Strusia'.Pracownicy poznańskiego jednoimiennego szpitala 'Strusia'. fot. Przemek, pielęgniarz

Pozostałe zdjęcia: TUTAJ.

Wspieramy Was - raport z pierwszej linii. Zobacz inne teksty, które ukazały się w ramach naszego cyklu wspierającego pracowników ochrony zdrowia:

>>> Natychmiastowa odpowiedź na akcję Gazeta.pl. "Pracownice laboratorium oddają całe serce"

>>> Diagności o fatalnych warunkach pracy. "Zerowe poważanie zawodu", "praca za najniższą krajową"

>>> Ewa wykonuje testy na koronawirusa. "Jesteśmy zmęczeni, wyeksploatowani, obciążeni fizycznie"

>>> Karczewski o 50 tys. zł dla anestezjologa. Jeden z nich pokazał nam przelew. 2600 zł za pół etatu

Zobacz wideo Sasin mówi o braku woli pracy części lekarzy. Arłukowicz: To jest skandal