Diagności o fatalnych warunkach pracy. "Zerowe poważanie zawodu", "praca za najniższą krajową"

Na skrzynkę mailową Gazeta.pl dostajemy wiadomości od rozgoryczonych pracowników ochrony zdrowia. "Mamy pacjentów z całego województwa, mimo że stykamy się z materiałem zakaźnym i od naszej pracy zależy zdrowie i życie pacjentów wciąż wielu z nas pracuje za praktycznie najniższą krajową. Nikt ideą się nie naje i nie utrzyma rodziny" - czytamy w mailu od diagnosty laboratoryjnego.

Lekarzu, pielęgniarko, ratowniku medyczny, diagnosto, pracowniku sanepidu, pracowniku ochrony zdrowia - napisz do nas na adres: redakcjagazetapl@agora.pl. Pokaż nam, jak wygląda Wasza codzienna praca, podziel się z nami swoją perspektywą. Oddajemy Wam nasze łamy, bo to jest dziś nasza misja. Nie jesteśmy w stanie pojechać na front wojny z wirusem i relacjonować, jak wygląda walka z pandemią. Byłoby to nieodpowiedzialne i niebezpieczne. Wysyłajcie do nas nagrania, zdjęcia, informacje, raporty z codziennej walki z COVID-19. Tylko Wy możecie pokazać, jak podstępny jest koronawirus. Tylko Wy możecie nam wskazać, jak możemy Was teraz wesprzeć.

W czwartek ruszyliśmy z akcją wspierającą pracowników ochrony zdrowia. Zaapelowaliśmy do nich, by opisali nam swoje doświadczenia. Na naszą skrzynkę dotarły pierwsze maile, m.in. od diagnostów laboratoryjnych.

Autor jednej z wiadomości stwierdza, że laboratorium na Śląsku, w którym pracuje, nie jest w żadnym stopniu przygotowane. "(...) Brak wydzielenia strefy czystej od brudnej, pokój socjalny znajduje się blisko miejsca odbierania próbek i miejsca wirowania, brak odpowiedniej szatni dla personelu. Nie mamy dygestorium z odciągiem powietrza, zalecono nam wirowania i dezynfekcje próbek w pomieszczeniu przy otwartym oknie, wiadomo zaraz robi się zimno i nie sposób się nie przeziębić. W laboratorium jest jakby jedna zintegrowana pracownia z wydzielonymi strefami na pracownie, więc w takim układzie trudno o wydzielenie strefy czystej i brudnej" - czytamy.

"Od mojej pracy zależy ponad 75 proc. decyzji lekarzy"

Autor listu opisuje, jak w ubiegłym tygodniu jego szefowa wzięła trzydniowe zwolnienie. Po powrocie nie nosiła w pracy maski. Kobieta straciła węch, zrobiono jej test, który okazał się dodatni. Zakażenie wykryto też u dwóch innych osób, pracujących w laboratorium. Personel skierowano na kwarantannę. "W laboratorium zostały dwie osoby na etacie, zdolne do pracy. Jedna, co akurat była w tym czasie na kwarantannie i druga, którą ściągnięto z urlopu". 

Zobacz wideo „W naszym szpitalu leczymy COVID na oddziale geriatrii”

Autor listu twierdzi, że "wysoce zakaźny materiał" od pacjentów COVID-19 był nieodpowiednio zabezpieczany. "Wszystko wrzucone do jednego pudełka, od 20 pacjentów razem z moczem, a ty pracowniku labu sobie to segreguj. Nie wspomnę o tym, że niektóre fiolki były upaprane we krwi, co jest niedopuszczalne" - czytamy. I dalej: "Widziałem, jak taki wysoce zakaźny materiał przynosiła salowa bez zabezpieczenia w rękach". 

Diagnosta skarży się, że salowe z oddziałów wchodzą do laboratorium bez maski. "Jakie tu przeszkolenie personelu pytam się?! Szefowa już ma pomysł, żeby do nas nie przychodził personel sprzątający, to same będziemy sobie sprzątać śmieci" - pisze. 

W kolejnym liście przedstawiciel tego samego zawodu skarży się, że diagnosta laboratoryjny to "jeden z najbardziej niedocenianych zawodów medycznych w Polsce". "Od mojej pracy zależy ponad 75 proc. decyzji lekarzy - tyle danych dostarczają badania laboratoryjne. Niestety nasza praca zawsze była pomijana przez media, kolejne rządy i dyrektorów szpitali, a przez inne zawody medyczne w większości przypadków niedoceniana. Dla wielu lekarzy nie jesteśmy partnerami, jesteśmy laborantami, na których można zwalić winę za długi czas oczekiwania pacjenta, gdy ten się awanturuje, ile jeszcze ma czekać na SOR (podczas gdy wyniki zeszły na oddział już godziny temu)" - czytamy w mailu. "Kim są diagności laboratoryjni? To osoby po studiach wyższych na kierunku analityka medyczna/medycyna laboratoryjna. Każdy z nas ma mgr na pieczątce, niektórzy mają specjalizacje, za którą musieliśmy zapłacić - za 4 lata ciężkiej specjalizacji, jazdy na wykłady, kursy, szkolenia, staże. Nikt nam do niej nie dopłacił, nikt nam nie pomógł, zdaliśmy państwowy egzamin specjalizacyjny kosztem życia osobistego i rodzinnego" - pisze diagnosta. 

"Zakupy robiłem w drugim mieście, gdzie nikt mnie nie znał"

Z żalem wypomina, że kolejne rządy nic nie robiły w celu polepszenia warunków pracy w zawodzie. "Mamy pacjentów z całego województwa, mimo że stykamy się z materiałem zakaźnym i od naszej pracy zależy zdrowie i życie pacjentów, wciąż wielu z nas pracuje za praktycznie najniższą krajową" - żali się diagnosta.

Nie mamy żadnych dodatków, dokłada się nam coraz więcej pracy, a ludzi ubywa - co chwila ktoś ląduje na kwarantannie, bo mógł mieć kontakt z kimś chorym. Wszystkie laboratoria w kraju szukają diagnosty - ale mimo, że tylu absolwentów kończy co roku studia - mało kto chce przyjść do pracy. Nikt ideą się nie naje i nie utrzyma rodziny

- podkreśla.

Autor listu zauważa, że z racji posiadanej specjalizacji lepiej zarabia od innych diagnostów, ale musi pracować "ponad siły", bo nie ma chętnych do pracy. "Dyrektor kilka lat temu już wiedział, że może dojść do takiej sytuacji, ale mimo że wtedy byli chętni, to nikogo nie zatrudnił. Teraz brak jest chętnych, a pracownicy się wykruszają. Technicy odchodzą na emeryturę - technicy, którzy nas po studiach uczyli praktycznej nauki zawodu, którzy mają niebagatelne doświadczenie i dużą wiedzę" - czytamy.

Diagnosta opisuje, jak wyglądało jego życie prywatne, gdy wybuchła epidemia. "Odizolowałem się od rodziny, aby w razie czego ich nie zarazić. Gorzej było w sklepie - w mojej rodzinnej wsi każdy na mnie patrzył, ludzie automatycznie odsuwali się na bok lub przechodzili na drugą stronę ulicy" - opisuje.

W końcu zakupy zacząłem robić w drugim mieście, gdzie nikt mnie nie znał i nie wiedział, gdzie pracuję. Owszem, nie wyrzucono mnie ze sklepu - ale ta przygoda spotkała kolegę ratownika, który u siebie w mieście został wyrzucony przez właścicielkę ze sklepu osiedlowego, gdy po drodze z pracy poszedł kupić bułki na śniadanie dla siebie i dla żony. Po trzech miesiącach dopiero takie sytuacje się uspokoiły - gdy pojawiło się więcej zakażeń i ludzie zrozumieli, że to nie ja jestem ten trędowaty.

- czytamy. Autor listu podkreśla, że diagnostów najbardziej boli "praktycznie zerowe poważanie zawodu przez wszystkich, praca za marne grosze, ciągły brak nowelizacji ustawy o diagnostyce laboratoryjnej i ciągle obietnice bez pokrycia składane przez poprzednie ekipy rządzące". "Codziennie stykam się z materiałem biologicznym, codziennie muszę się martwić, czy ze mną jest wszystko ok - bo przecież diagnostom test się nie należy (chyba że sami sobie za niego zapłacimy 450 zł). Lubię swoją pracę - wybrałem ją w pełni świadomie i nie z przypadku. Ale czasem patrząc na to wszystko aż chce się ją rzucić i znaleźć coś innego - coś, co kosztuje mniej nerwów i stresu, a za co można tak samo przeżyć nawet z większą pensją niż w szpitalu" - pisze diagnosta.