Tysiące rozpraw w dobie pandemii za zamkniętymi drzwiami. Alarmujący raport o sądownictwie

Polskie sądy utrudniają, a w wielu przypadkach wręcz uniemożliwiają publiczności obecność na rozprawach - alarmuje Fundacja Court Watch Polska w najnowszym raporcie obrazującym skalę problemu. W maju w związku z pandemią w wielu sądach ograniczono lub zabroniono wstępu osobom postronnym. Fundacja podkreśla, że to właśnie publiczność wybija sędziów z rutyny, przez co o wiele lepiej traktują np. oskarżonych, pokrzywdzonych lub świadków. - Pełnomocnicy proszą nas czasem, żeby ktoś pojawił się na sprawie ich klienta, bo sąd zachowuje się grubiańsko, niekulturalnie, agresywnie i mają wrażenie, że nie jest obiektywny - przyznaje w rozmowie z Gazeta.pl prezes fundacji Bartosz Pilitowski.

Marcin Kozłowski, Gazeta.pl: W jednej z dyskusji na temat sytuacji w polskich sądach użył pan słowa "bezprawie". Z tym właśnie mamy do czynienia?

Bartosz Pilitowski, prezes Fundacji Court Watch Polska*: Rzeczywiście można mówić o bezprawiu, ponieważ polskie prawo nie daje prezesom sądów możliwości wyłączenia jawności rozprawy. A zarządzenia wielu prezesów wydane po majowym odwieszeniu biegu terminów w sądach powodują, że w rozprawach nie może brać udziału publiczność, czyli odbywają się one de facto niejawnie. 

Konstytucja mówi, że każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy. Podkreślam: sprawiedliwego i jawnego, a nie "sprawiedliwego i ewentualnie jawnego". Wyroki są dla ludzi wiążące, mogą oznaczać pozbawienie wolności, majątku, praw rodzicielskich. Ta władza nad ludźmi jest ogromna, chodzi o to, żeby była sprawowana według pewnych standardów. 

Do wyłączenia jawności może dojść tylko w konkretnych przypadkach, np. gdy sprawa dotyczy życia intymnego albo tajemnicy państwowej. Na liście tych przypadków nie ma epidemii. Łamane są więc prawa obywateli.

Jakie znaczenie ma obecność publiczności?

Jawność pozwala na sprawowanie społecznej kontroli. Strony muszą mieć przekonanie, że postępowanie w ich sprawie było sprawiedliwe, a sąd był bezstronny i niezawisły. 

To, że ktoś siedzi na sali, nie sprawi przecież, że oskarżony zostanie potraktowany łagodniej lub ostrzej. 

I tak, i nie. Sędziowie twierdzą, że obecność publiczności nie powinna mieć wpływu na sędziego. Dobrze wiemy jednak, że świat nie jest idealny i każdy z nas popełnia błędy, bywa zmęczony. Obecność publiczności pomaga w tym, by sędzia zachował większą czujność, uwagę. Wybija go to z rutyny. 

Proszę spojrzeć na to z perspektywy osób, których los w jakimś sensie zależy od wyroku i może zmienić trajektorię ich życia. Nasi obserwatorzy są zapraszani przez takich ludzi na rozprawy. Te osoby obawiają się, że sąd nie będzie w pełni bezstronny, że będzie faworyzował przeciwnika. Zdarza się, że osoba zgłaszająca jest np. osobą ubogą albo mężczyzną w sprawie rodzinnej dotyczącej opieki nad dziećmi.

I czyjaś obecność rzeczywiście działa?

Przytoczę panu cytat jednej z osób, na której rozprawie pojawił się nasz obserwator. To była kobieta, która brała przedtem udział w wielu rozprawach, twierdziła, że spotykała się ze strony sędziów z brakiem wrażliwości i nieprzyjemnymi uwagami. Sytuacja zmieniła się, gdy na sali zasiadł ktoś zupełnie z zewnątrz.

Napisała do nas: "Pierwszy raz bowiem mogłam zobaczyć równe i sprawiedliwe traktowanie stron przez sędziego. Pierwszy raz doświadczyłam uważnego słuchania wypowiedzi zeznających osób, umiejętnego zadawania pytań prostym językiem, elastyczności i empatii sędziego".

Również pewien pan przekazał nam, że w końcu mógł się swobodnie wypowiedzieć, bo wcześniej odbierało mu głos i po prostu się bał. 

Kolejnym powodem, dla którego sprawy powinny być jawne, jest to, że czasem są one po prostu istotne społecznie. Dotyczą chociażby maltretowania zwierząt, praworządności, spraw reprywatyzacyjnych. To ważne, by ludzie o tych sprawach się dowiedzieli. 

Co konkretnie mówią zarządzenia prezesów, utrudniające wstęp na sale sądowe?

Poziomy bezprawia są różne: niektóre zarządzenia wyrażają wprost zakaz udziału publiczności. Inne, choć nie mówią tego bezpośrednio, mają podobne konsekwencje, np. wymaga się złożenia wniosku o kartę wstępu z kilkudniowym wyprzedzeniem i uzyskania jakiejś specjalnej zgody przewodniczącego składu. 

Prezesi powołują się na chęć ochrony zdrowia i życia, na bezpieczeństwo pracowników. A wprowadzają rozwiązania, które w niewielkim stopniu wpływają na ryzyko, bo publiczność to zaledwie ułamek osób, które przychodzą do sądu. Pod tym pretekstem uniemożliwiają nam, obywatelom, realizację naszego konstytucyjnego prawa do jawnego procesu. Dotyczy to dużej części sądów w Polsce.

Wolontariusze Fundacji Court Watch Polska prowadzili w ostatnich miesiącach obserwacje w sądach. Co wynika z waszego najnowszego raportu, który zostanie opublikowany w piątek? 

W ostatnich tygodniach wakacji udało nam się zebrać 140 obserwacji w 117 sądach w całej Polsce. Osobom, które chciały uczestniczyć w rozprawach w charakterze publiczności, nie udało się w ogóle wejść w jednej trzeciej przypadków.

Kilka razy zdarzyło się, że ochrona powiedziała wprost, że choć w zarządzeniu nie ma zakazu, to otrzymali jakieś wewnętrzne instrukcje, żeby nie wpuszczać publiczności. Bywało też tak, że ochrona miała wątpliwości i zaprowadzała taką osobę do sekretariatu, a tam... Konsternacja. Raz świadkiem takiej sytuacji był sędzia. Zareagował i powiedział, że wolontariusz absolutnie może wejść na salę rozpraw. Inni obserwatorzy nie mieli tyle szczęścia i bywali odsyłani z kwitkiem.

Wszyscy nasi obserwatorzy mieli maseczki, stosowali się do zaleceń, mieli sprawdzaną temperaturę. Nie było sytuacji, w której im odmówiono, bo mieli np. za wysoką temperaturę, co byłoby uzasadnione.

Kiedy dyrektor Sądu Apelacyjnego w Krakowie dowiedział się, że ochrona nie wpuściła obserwatora do jednego z podległych mu sądów, nie podając mu w zasadzie przyczyny, zareagował i obiecał rozwiązać problem. 

Niepokojące jest też to, że czasem ochrona w pierwszej chwili mówi, że nie wolno wejść, a jeśli ktoś jest bardziej asertywny, powoła się na konstytucję, to ochroniarze miękną i mówią "no dobra, niech pan wejdzie". Korzystanie z naszego prawa nie powinno być wypadkową tego, czy jesteśmy uparci i czy potrafimy się wykłócić. Przypominam, że w rozprawie może uczestniczyć każda pełnoletnia osoba, nie trzeba być wolontariuszem naszej fundacji. 

Wolontariusze, którym udało się dostać do sądu, weszli tak po prostu, "z ulicy"?

Bardzo wiele sądów wprowadziło karty wstępu, o których mówiłem wcześniej. Sama karta jest zgodna z prawem. Może być wykorzystywana w sytuacjach, w których liczba osób, które chcą wziąć udział w rozprawie jako publiczność, przekracza liczbę miejsc w danej sali. Chodzi o to, aby o tym, kto będzie mógł wejść, decydowała wyłącznie kolejność zgłoszeń.

Tymczasem wprowadzano zasady, w których o kartę wstępu trzeba było wnioskować np. trzy dni wcześniej, co nie ma podstawy prawnej i praktycznego uzasadnienia. Zdarzyło nam się, że po wysłaniu wniosku o kartę wstępu wolontariusz dostał negatywną odpowiedź bez uzasadnienia albo w ogóle jej nie otrzymał. Proszę sobie wyobrazić, że chce pan wziąć udział w rozprawie, która odbywa się w innym mieście i do ostatniej chwili nie wie pan, czy zostanie pan wpuszczony. A do sądów dodzwonić się czasem nie jest łatwo.

Karty może mieć przecież ochrona przy wejściu, mogą być wydawane od ręki, jak ma to miejsce np. w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie. Karty wstępu nie powinny być wykorzystywane do arbitralnego pozbawiania ludzi prawa do publicznego procesu.

Kilka miesięcy temu zwracaliście uwagę prezesom sądów na to, by nie ograniczali dostępu do sal sądowych. Jakie były reakcje?

Wysłaliśmy ponad trzysta wniosków o zmianę zarządzeń. Z większości sądów otrzymaliśmy odpowiedź, część z nich zmieniła zarządzenia, nawet zdarzały się podziękowania. To m.in. sądy w Radzyniu Podlaskim, Słubicach, Strzelcach Opolskich, Sokołowie Podlaskim, Lublinie, Radomsku, Włocławku, Raciborzu, Braniewie, Warszawie Pradze-Północ.  

Część sądów odpowiedziała natomiast, że absolutnie nie zamierza niczego zmieniać. Prezesi tłumaczyli: "nie mamy warunków, sale są za małe, ledwo się strony mieszczą, a co dopiero jeszcze jakaś publiczność!". Powoływano się nierzadko na wytyczne Ministerstwa Sprawiedliwości, choć nie są one źródłem prawa.

Wasze oczekiwania były zbyt duże?

Przedstawiliśmy kilka propozycji. Jedną z nich było usunięcie zakazów w ogóle, inna dotyczyła zmierzenia sal sądowych i ustalenia maksymalnej liczby osób, która przy zachowaniu dystansu może znajdować się na miejscach dla publiczności.  Zdarza się, że ze względu na liczbę wezwanych na sprawę osób brakuje już miejsca dla publiczności. Wówczas powinna zostać znaleziona większa sala. 

Inną możliwością jest transmisja posiedzenia przez Internet. Takie rozwiązanie wprowadził Sąd Rejonowy dla Łodzi-Śródmieścia, gdzie można złożyć wniosek o link do posiedzenia. Każdy może wziąć udział w rozprawie jako publiczność. Wiem też, że w niektórych sądach okręgowych, m.in. w Warszawie czy we Wrocławiu dziennikarze mają możliwość oglądania transmisji przez Internet albo w sali obok. 

Można zastosować różne rozwiązania, które z jednej strony chronią pracowników, osoby, które przychodzą do sądu, a z drugiej nie wyłączają zupełnie jawności. 

Kiedy w maju Ministerstwo Sprawiedliwości w swoich rekomendacjach radziło prezesom sądów, by ograniczyli lub zakazali wstępu dla publiczności w związku z pandemią, ogłosiliście, że urzędnicy "chcą zamknąć drzwi sądów". Dopatrujecie się w tym działaniu drugiego dna?

Nie chciałbym tego tak nazywać. Nie mam powodów, żeby uważać, że prezesi sądów lub nawet Ministerstwo Sprawiedliwości chcieli w niecny sposób ograniczyć jawność. Mam wrażenie, że mamy tu do czynienia bardziej z lekceważeniem praw obywateli. 

Z waszych raportów wynika, że w trakcie 2 procent obserwowanych przez was rozpraw zdarzyło się, że sędzia zachowywał się w sposób niekulturalny lub agresywny. 

To może wydawać się niewiele, ale w skali kraju może oznaczać dziesiątki tysięcy ludzi, którzy doświadczają takiego traktowania.

W raporcie czytam np. o sędzi, która "zadawała pytania w sposób sarkastyczny, przewracając przy tym oczami", sędzi, która powiedziała do świadka "wiem, że się nie ma pan komu wygadać, ale ja już nie mam czasu", a także o sędzi, która słysząc, że żona oskarżonego nie pracuje i "jest na 500+", zareagowała szyderczo "jest na 500+? No ciekawe...".

Możemy przypuszczać, że takich sytuacji jest więcej, kiedy w ławach dla publiczności jest pusto. O tym świadczą chociażby nasze rozmowy z pełnomocnikami, którzy sami proszą czasem, żeby ktoś pojawił się na sprawie ich klienta, bo sąd zachowuje się grubiańsko, niekulturalnie, agresywnie i mają wrażenie, że nie jest obiektywny. 

Mimo to niekulturalnych zachowań jest z roku na rok coraz mniej. Sprawdziliśmy, jak one się rozkładają i okazało się, że za połowę tych negatywnych obserwacji odpowiada zaledwie 20 proc. sędziów. Większości to się po prostu nie zdarza. 

Rozmawiałem kiedyś z prezes sądu, w którym pracowała negatywnie oceniana sędzia. Zapytałem, czy mogą coś z tym zrobić. Prezes wzruszyła tylko ramionami i powiedziała "wie pan co, w zasadzie nic nie możemy, bo sędzia jest tak blisko stanu spoczynku, że nie ma jak jej motywować i nie reaguje na nasze uwagi". A przez tych kilka lat osądzi przecież wielu ludzi i oni wyjdą z sądu z poczuciem "matko jedyna, nigdy więcej".

Co może zrobić np. oskarżony, który chce, by na jakiego rozprawie pojawiła się publiczność, a sąd się na to nie zgadza?

To rzeczywiście problem, bo nie ma procedury, która pozwalałaby wprost zakwestionować taką sytuację. Na pewno można to podnieść później w apelacji.

Poza tym, ogłoszenie wyroku powinno być publiczne, a bez publiczności takie nie jest. Z dotychczasowego orzecznictwa Sądu Najwyższego wynika, że wyrok nieogłoszony publicznie lub ogłoszony wadliwie jest nieistniejący.

Nieistniejący? 

Teoretycznie oznacza to, że wyrok nie istnieje i nie można złożyć od niego apelacji. Aby wyrok zaistniał, należałoby wznowić postępowanie i doprowadzić do jego publicznego ogłoszenia. 

Jakie to może mieć konsekwencje?

W pewnym sensie zależy to od stron. Jeżeli sąd nakaże komuś zapłatę pieniędzy i ta osoba wykona ten wyrok, to w zasadzie nie ma się nad czym zastanawiać.

Natomiast może się okazać, że dojdzie do przypadków, w których jedna ze stron będzie kwestionowała wyrok, który został ogłoszony w warunkach uniemożliwiających jego publiczne ogłoszenie, czyli bez prawa wstępu dla publiczności. Jeśli np. komornik przyjdzie z do kogoś z takim wyrokiem, to dłużnik może stwierdzić, że to przecież wyrok, który de facto nie istnieje. 

Konsekwencje dla pewności obrotu prawnego w Polsce mogą być poważne, bo w takich warunkach zapadły przecież tysiące wyroków. Trudno powiedzieć, jaka będzie skala tego zjawiska i jak w tej sytuacji zachowają się polskie sądy. 

To znaczy, że jeśli wyrok zapadł na moją korzyść, a prezes sądu zakazał udziału publiczności na jego ogłoszeniu, to nie mogę czuć się pewnie i bezpiecznie?

Tak, bo pański przeciwnik będzie mógł to podnieść. Jak się to skończy - nie wiem. Takiej sytuacji na taką skalę jeszcze nie mieliśmy, ale będziemy o to pytać ekspertów - profesorów prawa - na konferencji, którą organizujemy na ten temat 25 września.

Należy też pamiętać, że były przypadki, gdy sędziowie się buntowali, gdy zdawali sobie sprawę, że ich wyroki nie będą ogłaszane publicznie. Sędzia Bartosz Łopalewski z Nowego Sącza zaczął publikować swoje ogłoszenia wyroków na YouTube. A to jeden sędzia na wiele tysięcy. Ogromna część sędziów orzekała bądź wciąż orzeka w warunkach niespełniających konstytucyjnych standardów. Mam problem z tym, że się na to godzą. 

* Bartosz Pilitowski jest absolwentem studiów doktoranckich w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika i współzałożycielem Fundacji Court Watch Polska. Brał udział w opracowaniu kilkudziesięciu raportów i publikacji naukowych na temat wymiaru sprawiedliwości. W 2018 roku otrzymał nagrodę Polskiej Rady Biznesu za działalność społeczną. 

Fundacja Court Watch Polska powstała w 2010 r. Jednym z obszarów jej działalności jest program Obywatelskiego Monitoringu Sądów, polegający na udziale w rozprawach bezstronnych obserwatorów. Obserwatorzy sprawdzają, czy uczestnicy postępowania mogą korzystać ze swoich praw oraz w jaki sposób są traktowani przez sąd. Obserwatorów można zaprosić na swoja rozprawę przez stronę WokandaObywatelska.pl.

Zobacz wideo Morawiecki i Kamiński zapowiadają zaostrzenie kar za podniesienie ręki na policjanta