Wojna miała wybuchnąć tydzień wcześniej. W jednym miejscu Niemcy nie zdążyli się zatrzymać

Pierwszy września, Westerplatte, to w powszechnej świadomości Polaków miejsce i czas wybuchu II wojny światowej. Jest jednak kilka "ale...". I nie chodzi tylko o to, że pierwsze niemieckie bomby spadły na Wieluń nieco wcześniej. Już tydzień wcześniej Niemcy zaatakowali Polskę, bo nie udało im się zatrzymać jednej z grup dywersyjnych, realizujących pierwotny plan ataku.

Strzały padły na drugim krańcu Polski, na granicy z zagarniętą przez III Rzeszę Czechosłowacją. Świtem 26 sierpnia 1939 roku grupa dywersantów górskimi ścieżkami ominęła pozycje polskiego wojska pilnującego przełęczy Jabłonkowskiej. Byli to w większości dobrze znający teren ochotnicy z lokalnej mniejszości niemieckiej. Około 30 ludzi, dowodzonych przez oficera wywiadu, Abwehry.

Powierzono im ważne zadanie: zająć stację kolejową po polskiej stronie granicy i położony kilkaset metrów dalej wylot tunelu pod przełęczą. Mieli to zrobić, zanim na dobre wybuchnie wojna, żeby zaskoczyć Polaków. Nie dość, że im to nie wyszło, to jeszcze dali jednoznaczny dowód na to, że Niemcy lada dzień chcą dokonać agresji.

Rozkaz, który nie dotarł na czas

Przełęcz Jabłonkowska dzisiaj jest położona na granicy Czech i Słowacji, na południe od Cieszyna. W sierpniu 1939 roku była to jednak granica polskiego Zaolzia, zagarniętego przez II RP rok wcześniej, oraz zagarniętej w tym samym czasie przez Niemców Czechosłowacji. Przełęcz jest jedną z dogodniejszych dróg wiodących przez Karpaty i jeszcze w XIX wieku zbudowano na niej linię kolejową z tunelem, liczącym około 300 metrów długości. Miał duże znaczenie dla każdego, kto chciałby z południa atakować Polskę, a potem dostarczać swoim wojskom zaopatrzenie.

W ramach planu inwazji na Polskę, opatrzonego nazwą Fall Weiss (Wariant Biały), przewidziano więc próbę zdobycia tunelu. Co prawda operacja nie miała kluczowego znaczenia, ponieważ cały atak niemiecki z terytorium byłej Czechosłowacji miał charakter pomocniczy. Jego podstawowym celem było rozproszenie uwagi i sił polskiego wojska. Pomimo tego zdobycie nienaruszonego tunelu bardzo ułatwiłoby działanie niemieckiemu wojsku w tym rejonie.

Grupa dywersyjna wyruszyła na swoją wyprawę przez góry jeszcze 25 sierpnia po południu. Jednak niewiele wcześniej tego samego dnia Polska i Wielka Brytania formalnie zawarły traktat sojuszniczy. Zachwiało to na moment Hitlerem, który nakazał zatrzymanie Fall Weiss. Wydany w Berlinie rozkaz dotarł do większości oddziałów stojących na granicy w nocy, kiedy czyniły ostatnie przygotowania do ataku. Nie dotarł jednak na czas do grupy dywersantów pod dowództwem porucznika Hansa Albrechta Herznera, która rozpłynęła się w górach. Nie było jak się z nimi skontaktować.

Skromna potyczka na dworcu

Około godziny czwartej rano 26 sierpnia dywersanci ostrzelali i zajęli stację kolejową Mosty. Nikomu nic się nie stało. Żandarm i kolejarz pilnujący stacji uciekli. Dywersanci działali na tyle powoli, że będący w gotowości Polacy szybko zorganizowali obronę samego wylotu tunelu i nie było szans się do niego zbliżyć. Poza tym, na granicy panowała niezmącona cisza. Wojna się spóźniała.

Szczegóły dalszych wydarzeń nie są jasne. Według wersji niemieckiej propagandy, dywersanci wzięli do niewoli setki jeńców i po zorientowaniu się w sytuacji, wycofali się przez granicę. Według innej wersji, uruchomili lokomotywę stojącą na stacji i jeden z nich przedarł się nią mimo ostrzału przez pozycje polskich obrońców na stronę słowacką. Tam dowiedział się o odwołaniu inwazji, ale nie było jak przekazać o tym informacji grupie zabarykadowanych w Mostach. Porucznik Herzner po kilku godzinach sam zdecydował się wycofać na piechotę przez góry. Kolejna wersja mówi o tym, że próbował przebić się pociągiem przez tunel wraz z całym swoim oddziałem, ale Polacy mieli to uniemożliwić i dywersanci pod ostrzałem uciekli w góry.

Tak czy inaczej, nie ma informacji, aby ktoś zginął czy został ranny. Co do zasady dywersanci swój atak spartaczyli. Nie zdołali nawet zbliżyć się do tunelu. Jedyne co osiągnęli, to zajęcie na kilka godzin stacji kolejowej Mosty i wzięcie do niewoli grupy cywilów, którzy nieświadomi sytuacji przyszli na poranny pociąg. Wobec małej skali ataku i niejasnej sytuacji, Polacy nawet nie zdecydowali się wysadzić tunelu, który już od kilku miesięcy był do tego przygotowany.

Jeszcze tego samego dnia na przełęczy zjawił się niemiecki oficer i doszło do spotkania z generałem Józefem Kustroniem, dowódcą 21. Dywizji Piechoty Górskiej, który odpowiadał za ten rejon. Niemiec utrzymywał, że atak był czynem "niepoczytalnego osobnika" i grupy lokalnych bojówkarzy. Przeprosił i wyraził ubolewanie. Polacy ze swojej strony wyrazili oburzenie, ale cóż mogli więcej. Wiadomo było, że wojna wisi na włosku, a atak dywersantów tylko dobitnie to potwierdzał.

Hitler długo się nie wahał. Uderzenie na Polskę ruszyło sześć dni później, w już dobrze znanym terminie. Tunel na Przełęczy Jabłonkowskiej został wysadzony pierwszego września rano. Niemcy nie próbowali kolejnego ataku dywersyjnego.

Zobacz wideo