Rodzic o powrocie dzieci do szkół: Nie chcemy, by nauka zakończyła się po dwóch tygodniach

- Dziś wszyscy myślimy, co zrobić, by szkoła wróciła do normy i nie skończyła się po dwóch tygodniach. Mamy też świadomość, że MEN nie zrobiło właściwie nic, by ten powrót odbył się w bezpieczny sposób. Powodzenie tego wszystkiego będzie w znacznym stopniu zależało od umiejętności zarządczych dyrektora. Ale nie ukrywajmy - również od szczęścia - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Joanna Gorzelińska, przewodnicząca rady rodziców w warszawskim Liceum im. Batorego.

Pandemia koronawirusa wywróciła polski system edukacji do góry nogami. Uczniowie na kilka miesięcy zostali w domach, a nauczyciele z dnia na dzień musieli nauczyć się, jak pracować w nowej, "zdalnej" rzeczywistości.

1 września szkoły znów będą pełne. W nowej odsłonie cyklu "Jak będzie" weźmiemy pod lupę to, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach i co czeka teraz uczniów, nauczycieli i rodziców.

Teksty znajdziecie codziennie w dniach 24-28 sierpnia na Gazeta.pl oraz pod tym linkiem.

***

MICHAŁ LITOROWICZ, GAZETA.PL: Już za kilka dni dzieci powrócą do szkół. Czy pani, jak i pani synowie, wyczekujecie już 1 września, czy ekscytację i tęsknotę zastępują jednak obawy?

JOANNA GORZELIŃSKA*: Rodzice i dzieci marzą o tym, by szkoła wróciła. Mój syn, uczeń pierwszej klasy liceum, chodził na zajęcia tylko przez pierwszy semestr minionego roku szkolnego i bardzo stęsknił się za kolegami i koleżankami. On nie wyobraża sobie, by nauka stacjonarna nie powróciła od września. Młodym brakuje nauki w klasach, nauczycieli i kontaktu z innymi uczniami. Być może w kontekście epidemii i rekordów zakażeń jest to nieracjonalne, ale mówimy tu o emocjach.

Ja również czekam już na ten powrót. I to nie ze względu na to, że musiałam uczyć dzieci w domu, bo one są już nieco starsze i samodzielne. My za to wszystko zapłaciliśmy natomiast cenę maturą, którą zdawał w tym roku mój starszy syn. Nie każdy może narzucić sobie taką dyscyplinę, by samemu uczyć się w domu. Mój Jasiek był w grupie tych dzieci, które w wyniku epidemii zmarnowały najważniejszy czas przed maturą. Mówiąc ściślej, nie miały wystarczającego samozaparcia, żeby uczyć się samodzielnie do egzaminu dojrzałości. Dodatkowo brak znajomości terminu egzaminów działał demotywująco. Efekt jest taki, że wyniki matur są gorsze niż w ubiegłym roku, a poziom stresu był zdecydowanie wyższy.

Czy sierpniowe konferencje prasowe ministra edukacji narodowej Dariusza Piontkowskiego, w trakcie których ogłoszono powrót stacjonarnego nauczania, były dla pani uspokajające?

Dziś wszyscy myślimy, co zrobić, by szkoła wróciła do normy i nie skończyła się po dwóch tygodniach. Mamy też świadomość, że ministerstwo nie zrobiło właściwie nic, by ten powrót odbył się w bezpieczny sposób. Ogłoszono, że nauka wraca w formie stacjonarnej i wydano bardzo ogólne rekomendacje. Jeśli spojrzymy na to racjonalnie, to aż się prosi, by wdrożyć jakiś całościowy system, tak by nie skończyło się to katastrofą. Średnia liczba uczniów w warszawskich liceach wynosi 800. Wiadomo, że gdy wszyscy w jednym momencie pojawią się w szkole i nie będzie żadnej zmianowości, czy jakiejś formy podziału, to w przepełnionych, 30-osobowych klasach nie uda się całkowicie uniknąć tego, by dzieci się nie zakaziły.

MEN rekomenduje, by sale były wietrzone, a dzieci jak najczęściej myły ręce i w razie objawów choroby pozostały w domach. Z drugiej strony w szkołach nie będzie wymagane noszenie maseczek, a niemal cała odpowiedzialność za bezpieczny powrót uczniów do szkół spadła na dyrektorów.

To szczyt wyrachowania i decyzja o charakterze politycznym. MEN dobrze wie, że uczniowie i rodzice marzą o tym, by szkoła znów zaczęła działać. Tak naprawdę świetnie to rozegrano - ogłaszamy sukces polegający na otwarciu placówek, ale zorganizować mają to dyrektorzy. Poziom przygotowania 1 września to jak na razie kompletna partyzantka, a zalecenia ministerstwa i sanepidu są bardzo nieprecyzyjne. Nie wiadomo, jak będziemy reagować, gdy już coś się wydarzy. Nie wiemy też, jak mamy zabezpieczyć starszych nauczycieli znajdujących się w grupie ryzyka. To, czy powrót do szkoły się uda, będzie w znacznym stopniu zależało od umiejętności zarządczych dyrektora. Ale nie ukrywajmy - również od szczęścia.

Z jednej strony, w teatrach i kinach do niedawna ograniczaliśmy liczbę miejsc o 50 proc. i kazaliśmy zakładać maseczki. Z drugiej, w szkole wszyscy będą mogli chodzić po korytarzach bez osłony twarzy. Nie ma w tym żadnej logiki. Te zalecenia są więc marnym wsparciem. W normalnym kraju MEN powinien powołać grupę ekspertów, która dałaby szkołom "gotowca", czyli zbiór jasno określonych zasad, za którymi szłaby również pomoc finansowa. A tak, nad optymalnymi rozwiązaniami muszą głowić się teraz dyrekcja i rodzice.

Szkoły będą mogły przejść na tryb hybrydowy lub całkowicie zamknąć swoje drzwi, jeśli dyrektor wystąpi z taką inicjatywą i zgodzą się z nim sanepid oraz organ prowadzący. Czy w ten sposób MEN nie zdjęło z siebie odpowiedzialności?

Nie rozumiem do końca, o co chodzi w zaproponowanych modelach funkcjonowania szkół w razie wykrycia pozytywnego przypadku. Mam wątpliwości, co się stanie, gdy jeden uczeń będzie miał dodatni wynik testu. Czy wtedy zamykamy klasę, szkołę? Kogo wysyłamy na kwarantannę? A co jeśli któraś ze wspomnianych instytucji będzie miała inne zdanie niż dyrektor placówki? Nie wiem, jak te rekomendacje interpretować.

Pamiętajmy, że okres jesienny będzie o wiele trudniejszy, bo pojawią się dodatkowe zachorowania na grypę i inne wirusy. Grozi nam chaos związany z tym, że może dochodzić do wielu pomyłek. Na początku trudno będzie bowiem rozróżnić, czy każdy kichający to osoba przeziębiona czy kwalifikująca się do wykonania testu na obecność koronawirusa.

Jak szybko dzieci przyzwyczają się do nowych, specyficznych warunków?

Myślę, że dosyć szybko. Tak szybko, jak wszyscy przyzwyczailiśmy się do maseczek i mycia rąk. Klasy powinny być cały czas wietrzone, choć pewnie nie uda się prowadzić lekcji przy otwartych oknach przez cały rok. Warto pomyśleć też o wprowadzeniu zasady jednego kierunku na korytarzach. To będzie trudne, ale młodzież szybko się tego nauczy i wejdzie jej to w krew.

Z drugiej strony, przestrzeganie zasad przez uczniów wcale nie wyklucza scenariusza, w którym szkoła pozostanie otwarta np. tylko przez miesiąc. Nie trzeba być ekspertem, żeby wyobrazić sobie scenariusz, co może się stać, gdy w czasie epidemii kilkaset osób wchodzi do jednego ciasnego, budynku. Ryzyko zachorowania jest wtedy naprawdę duże. Wiadomo przecież, jakie warunki panują w polskich szkołach. Klasy, jak i części wspólne - w tym stołówki i korytarze - często są ciasne i panuje w nich tłok. Oczywiście bardzo pomocne byłyby szybkie testy, które umożliwiłyby wyłapywanie i izolowanie chorych osób.

Wszystkie lub znaczną część obowiązków związanych z bezpieczeństwem uczniów scedowano niejako na barki pracowników danej szkoły.

To będzie ogromna odpowiedzialność i wyzwanie dla dyrektorów i pedagogów. Boli mnie to, że na nauczycieli, którzy ostatnio i tak mieli bardzo pod górkę, spadnie tak ogromny zakres dodatkowych zadań i dodatkowe ryzyko. Komentarze, że jeśli ktoś się boi, to może iść na emeryturę, są kolejną oznaką pogardy dla tego środowiska. Nie zdziwiłabym się, gdyby duża część nauczycieli postanowiła zrezygnować z nauczania.

Jest pani przewodniczącą rady rodziców w warszawskim Liceum im. Batorego. Jak przygotowujecie się do 1 września?

Jesteśmy w stałym kontakcie z dyrekcją. Wymieniamy ogromną liczbę maili i podsyłamy sobie różne rozwiązania. Rozważamy na przykład wprowadzenie zmianowości, tak by stacjonarnie uczyły się na początek klasy I i III, a II miały naukę zdalną. Jest też pomysł, że dana klasa pojawia się w szkole przez tydzień, a kolejny tydzień uczyła się w domu. Ostatecznie to dyrekcja podejmie decyzję, która formuła będzie najlepsza dla uczniów. Pani dyrektor trzyma rękę na pulsie, a my okazujemy jej na bieżąco wsparcie

Pamiętajmy też, że szkoły będą mogły w bardzo różnym stopniu przygotować się na powrót uczniów. W Liceum im. Batorego rozważamy zakup bramki do mierzenia temperatury albo lamp neutralizujących wirusy i bakterie. To są ogromne koszty, np. jedna lampa UVE kosztuje 1500 zł i powinna znajdować w każdej klasie. Widać więc, jak ogromne mogą to być koszty, a MEN oczywiście nie proponuje żadnych pieniędzy.

Jak duże są obawy rodziców? Czy spotkała się pani z zapowiedziami, że we wrześniu część z nich nie puści dzieci do szkoły?

Oczywiście wszyscy bardzo martwimy się o to, że nasze dzieci mogą zachorować - to nie ulega wątpliwości. Ale jeśli pyta mnie pan o to, czy boję się, że moje dziecko zakazi się po powrocie do szkoły, to, odpowiadając zupełnie uczciwie, bardziej obawiam się dzisiaj tego, że szkoła zostanie zamknięta po tygodniu czy dwóch, bo zachoruje np. 5 czy 10 innych osób. Dziś bardziej mamy zajęte głowy tym, co zrobić, by w szkołach udało się kontynuować naukę i by dzieciaki się nie pozakażały. Chcemy, by wszystko powróciło na dawne tory. Tęsknota za szkołą jest tak ogromna, że nie spotkałam jeszcze rodzica, który zmartwiony zapytałby mnie: "Czy ty na pewno chcesz puścić dzieci do szkoły?".

W marcu polska edukacja z dnia na dzień przeszła na tryb zdalny. Wiemy, że nie odbyło się to bez problemów.

To oczywiście wyglądało odmiennie w różnych szkołach. Początki - zanim udało się zorganizować wszystkie platformy i dostęp do komunikatorów - były trudne. To było spore wyzwanie, a wsparcie rządu okazało się mizerne. Przeprowadzenie nauki zdalnej spadło raczej na barki placówek, rodziców i uczniów. W wielu domach nie było ani warunków, ani sprzętu do wielogodzinnej nauki zdalnej. Mam czwórkę dzieci i wiem, jakie to było wyzwanie, żeby każdy miał dostęp do komputera i stabilnego internetu. Znam rodzinny wielodzietne, w których rodzice nierzadko oddawali dzieciom swoje telefony i laptopy na czas lekcji.

W samym sposobie nauczania zdalnego, w zależności od szkół, występowały też bardzo duże dysproporcje. My akurat mieliśmy "normalne" lekcje z nauczycielami, ale słyszałam też, że w wielu przypadkach uczniowie otrzymywali jedynie pakiety zadań do rozwiązania.

Czy ta zmiana przełożyła się na samą efektywność nauki i samopoczucie uczniów?

To zależało często od predyspozycji osobowościowych danego ucznia. Są przecież osoby, które nie potrafią zorganizować sobie codziennej, wielogodzinnej nauki. Nauka zdalna miała oczywiście też wpływ na samopoczucie uczniów. Ile bowiem można siedzieć ciągiem przy komputerze? Moje dzieci miały lekcje od 9 do 16 i niemal cały ten czas musiały spędzać przed monitorem. A później trzeba było jeszcze odrobić zadania domowe.

Wielu dorosłych naprawdę nieźle odnalazło się w pracy zdalnej. Natomiast w przypadku dzieci długotrwała nauka w domu połączona z brakiem realnej interakcji z rówieśnikami miała już nieco inny wymiar. Zdalne nauczanie doprowadziło do samotności, tęsknoty za rówieśnikami. Uwydatniło też, jak istotnym elementem szkoły jest jej wymiar socjalizacyjny, przebywanie w grupie, dyskusja. Szkoła to przecież nie tylko uczenie się danego przedmiotu. To też uczenie się życia i radzenia sobie w relacjach z innymi.

Zobacz wideo Pandemia trwa, a wakacje się kończą. Uczniowie mają wrócić do szkół

Czy biorąc pod uwagę to, że uczniowie wolą jednak uczyć się w klasie wraz z rówieśnikami, zajęcia nie powinny skupiać się bardziej na dyskusji, integrowaniu uczniów, pracy w grupie? Nauka zdalna pokazała chyba, że dzieci potrzebują właśnie tego i istnieje tu ogromny potencjał do odkrycia.

Dokładnie tak powinno być. Lekcja z nauczania zdalnego jest taka, że podstawa programowa jest całkowicie sztywna i skostniała. Nie pobudza kreatywności. Lekcje byłyby przecież dużo ciekawsze, gdyby nauczyciel miał dowolność i nie musiał realizować wyłącznie ściśle określonych ram programu, a mógł wykorzystać nowe, w sumie fascynujące realia. Tak, by przedyskutować z uczniami globalną sytuację, w której się kilka miesięcy temu znaleźliśmy. A tak lekcje były nie tylko męczące i nudne, ale i tematycznie kompletnie "obok". Żyjemy w nowych czasach, które pewnie będą wkrótce opisywane w podręcznikach, a tak naprawdę wciąż uczymy się zupełnie przestarzałych rzeczy. Słucham nauczycieli, którzy narzekają na to, że muszą przerabiać lektury tak oderwane od rzeczywistości, że bardzo ciężko wzbudzić im zainteresowanie uczniów i odbyć pasjonującą dyskusję.

Być może czeka nas jeszcze wiele miesięcy z epidemią, a więc i z ewentualnymi lekcjami w domach. Warto byłoby dążyć do tego, by również nauczanie zdalne stawiało na kreatywność, a nie tylko na zaliczanie kolejnych sprawdzianów z podstawy programowej.

Ale to chyba nie urzeczywistni się już w kolejnym roku szkolnym, skoro wciąż nie udało się rozwiązać bardziej przyziemnych, technologicznych problemów?

Jest XXI wiek i wydawałoby się, że wdrożenie funkcjonalnej platformy do nauczania zdalnego nie jest jakimś ogromnym wyzwaniem. W marcu okazało się, że nie ma do tego odpowiedniego zespołu ekspertów i właściwie jest to nie do zrobienia, a każdy nauczyciel musi sobie radzić sam lub z pomocą szkoły. W wakacje było sporo czasu na to, by przygotować się do ewentualnej kontynuacji nauki zdalnej. Nie słyszałam, by poczyniono jakieś milowe kroki w tej materii.

Zostawmy na chwilę epidemię i obawy związane z powrotem do szkół - choć wiem, że to trudne - i wybiegnijmy w nieco dalszą przyszłość. Czy pani zdaniem rady rodziców powinny mieć większy wpływ nie tylko na daną szkołę, ale i na procesy decyzyjne w całym systemie polskiej edukacji?

Prawo oświatowe określa, że rada rodziców jest ciałem doradczym, musi być w każdej szkole i ma prawo opiniować wszystkie sprawy związane z edukacją, np. wyrażamy zgodę na dodatkowe zajęcia, warsztaty tematyczne lub dyskusje na dany temat. W ustawie nasz wpływ jest dość duży.

A jak to wygląda w rzeczywistości?

W tym kontekście pojawia się oczywiście pytanie, czy wystarczająco korzystamy ze swoich uprawnień. Nierzadko okazuje się, że nie znamy nawet swoich podstawowych praw. Poza tym działalność w radzie rodziców wymaga sporego zaangażowania, a jest to mimo wszystko wolontariat. Sporym wyzwaniem jest też to, że każdy rodzic ma inne poglądy i ciężko wypracować jedno stanowisko. Ogólnokrajowe podziały mają swoje odbicie również w szkole. Są rodzice, którzy będą za tym, by w placówce odbyła się dyskusja o tolerancji, a będzie taka grupa, która taki pomysł oprotestuje. Do rad rodziców zgłaszają się naprawdę różni ludzie. Czasem bardziej zaangażowani i wnoszący nowe pomysły. Czasem pieniacze torpedujący każde nowe rozwiązanie. Zauważyłam, że sporo osób ma nie najlepsze doświadczenia z udzielania się w radzie rodziców. Szli do niej z misją, chcieli coś zrobić, a na końcu okazało się, że i tak nie da się dogodzić wszystkim.

Czy powinniśmy postawić więc na bardziej "obywatelską" szkołę z silną reprezentacją głosu rodziców i uczniów?

Udział rodziców w edukacji jest niezwykle istotny. Te szkoły, w których rodzice są częścią procesu edukacyjnego, są po prostu najfajniejsze. Tworzy się w nich prawdziwa wspólnota i w niemal każdej sprawie udaje się dojść do consensusu. Taki dialog daje możliwość wysłuchania wszystkich trzech stron - dyrekcji, uczniów i rodziców. Właśnie idąc taką ścieżką można myśleć o burzeniu dotychczasowego, zabetonowanego modelu i budowaniu szkoły przyszłości. Gdyby rodzice byli bardziej wysłuchiwani przez szkoły i MEN, to wtedy byłaby jakaś nadzieja dla polskiej edukacji.

Jak więc wygląda współpraca na linii dyrekcja-rada rodziców w Liceum im. Batorego?

Przyznam, że stanowimy wyjątkową radę rodziców. Wszyscy jesteśmy zaangażowani, udzielamy się i wspieramy dyrekcję, która też nie ma oporów, by się do nas zwracać. Jesteśmy równoprawnym członkiem życia szkolnego, a nasze zdanie i obawy są wysłuchiwane. Wiem z doświadczeń znajomych, że nie wszędzie wygląda to tak różowo, a dyrektorzy traktują rady rodziców jako udrękę i przeszkodę.

Staramy się podejmować inicjatywy zarówno na polu edukacyjnym, jak i infrastrukturalnym. Od 1 września w Liceum będzie działał ogród botaniczny, o który walczyliśmy prawie osiem lat. To była piękna praca zespołowa. Napisałam projekt w ramach budżetu partycypacyjnego i wspólnie z rodzicami, uczniami i dyrekcją przekonaliśmy Batoraków i Warszawiaków, żeby na niego zagłosowali Ogród najpewniej okaże się bardzo pomocny w czasie epidemii, bo część lekcji będzie można przenieść właśnie tam. Znając sytuację w innych szkołach wiem, że rada rodziców w Batorym robi więcej niż jest wymagane od niej na papierze.

Gdyby to zależało od pani - przedstawicielki środowisko rodziców - to co w polskiej szkole powinno zmienić się już dzisiaj? Zapominając nawet na chwilę o koronawirusie.

Postulowałabym o większą wolność dla nauczycieli. Po reformie edukacji podstawa programowa stała się tak nieelastyczna i w gruncie rzeczy zła, że praktycznie odbiera chęć do uczenia. Nauczyciele, z którymi rozmawiam, podkreślają, że nie mogą teraz uatrakcyjnić nauczania, a kiedyś było to możliwe. Wkuwanie formułek, które są do "wyjęcia" przez uczniów w pięć minut jest przecież bez sensu. Powinniśmy uczyć się raczej, jak wykorzystywać zdobytą wiedzę w praktyce, np szukać rozwiązań jak ratować zanieczyszczone środowisko, a nie tylko wkuwać definicje, czym jest smog.

W polskim szkolnictwie trzeba doprowadzić też do tego, by nauczyciel był doceniany i uznawany za autorytet. Dziś są oni tak kiepsko opłacani i źle traktowani przez władz ę a czasem i rodziców oraz uczniów - że praca nie daje im satysfakcji. Powinna być też dużo większa selekcja, tak by w szkole rzeczywiście pojawiali się nauczyciele-pasjonaci. W Finlandii, w której poziom edukacji jest najwyżej oceniany na świecie, by dostać się na studia i zostać nauczycielem, trzeba być naprawdę wybitną osobowością. Później taki nauczyciel jest oczywiście bardzo dobrze wynagradzany. W efekcie okazuje się, że w fińskich szkołach nikt nie potrzebuje płatnych korepetycji, które są zresztą zakazane.

Mówiła pani o dialogu, ale i podziałach w Polsce, które przekładają się nawet na funkcjonowanie rad rodziców. Czy problemem polskiej szkoły jest również coraz bardziej nasilające się zjawisko hejtu?

Oczywiście, że tak. Można to zresztą zaobserwować na wielu płaszczyznach. Nie jest bowiem tak, że hejt występuje tylko pomiędzy rówieśnikami, ale pojawia się też w relacjach uczniowie-pedagodzy, rodzice-pedagodzy, ale też rodzice-rodzice. Myślę, że dziś najbardziej hejtowaną grupą w szkole są właśnie nauczyciele, zwłaszcza w kontekście ostatnich lat, niedawnego protestu i reformy edukacji. Jest trochę tak, że gdy istnieje przyzwolenie na nieszanowanie jakiejś grupy zawodowej, to młodzież odruchowo przejmuje te złe wzorce.

Pamiętajmy jednak, że hejt jest wszędzie, nie tylko w szkole. Staliśmy się społeczeństwem, które bardzo łatwo ocenia ludzi i bezrefleksyjnie przekracza granicę nienawiści. Wystarczy spojrzeć, na obecną sytuację osób LGBT w naszym kraju. To największe wyzwanie edukacyjne - szkoła powinna uczyć tolerancji i poszanowania drugiego człowieka bez względu na jego poglądy i orientacje.

W polskim systemie edukacji brakuje mi właśnie tej wychowawczej części. Skupiony jest on raczej na tym, by nauczyć podstawy programowej, a nie życia. Gdy uczeń spędza codziennie osiem godzin w szkole, to powinien się uczyć również tego, jak prowadzić dialog z ludźmi o innych poglądach, to umiejętność na całe życie. Nie mówię, że szkoła ma wychowywać dzieci za rodziców, ale nie może odcinać się od tej funkcji. Zwłaszcza, że to czasem właśnie ona jest tu ostatnią nadzieją.

*Joanna Gorzelińska - przewodnicząca rady rodziców w II Liceum Ogólnokształcącym z Oddziałami Dwujęzycznymi im. Stefana Batorego w Warszawie, była radna dzielnicy Wesoła. Mama czterech synów: dwóch absolwentów Liceum Batorego, ucznia II klasy humanistycznej w tej samej szkole oraz ósmoklasisty społecznej szkoły podstawowej w Wesołej. Aktywistka i autorka książek dla dzieci promujących zdrowe odżywianie. Zwyciężczyni konkursu Blog Roku 2012 w kategorii "Ja i moje życie" za opisywanie życia wielodzietnej rodziny na blogu "2plus4". Zdobywczyni tytułu "Człowiek Roku 2015" przyznanego przez Burmistrza Dzielnicy Wesoła.

***

Czekamy na maile i komentarze nauczycieli dotyczące powrotu do szkół. Jak funkcjonują Wasze placówki? Czy kadra i uczniowie stosują się wytycznych? Piszcie na adres: listydoredakcji@gazeta.pl.