Grzebień, biblia czytana dwa dni bez przerwy i brawurowy rajd ułanów. Bez tego byłoby trudno obronić Polskę

O zwycięstwie w bitwie, kampanii czy wojnie często przesądzają pojedyncze decyzje, czy mało znane czynniki. Sto lat temu, pomimo męstwa na polu bitwy, dobrych dowódców i ofiarności społeczeństwa, klęska Polski wobec nawały wojsk bolszewickich była bardzo prawdopodobna. Wojsko II RP miało jednak asa w rękawie, który wydatnie pomógł przeważyć szale i jeszcze długo po wojnie był tajny.

Tym asem w rękawie był wyjątkowo skuteczny wywiad radiowy i kryptografowie. Ich praca dawała polskiemu dowództwu bezcenny wgląd w możliwości i zamiary przeciwnika. Dodatkowo w kluczowym momencie pozwoliła odciągnąć część sił bolszewickich od Warszawy, które inaczej mogłyby zaważyć na przebiegu bitwy.

W wolnej chwili złamał szyfr bolszewików

Kryptografia okazała się być wyjątkowo mocną stroną polskiego wojska już w pierwszym okresie odradzania się II RP. W maju 1919 roku utworzono Sekcję Szyfrów, późniejsze Biuro Szyfrów, specjalną komórkę w Sztabie Generalnym, której zadaniem było odczytywanie wrogich depesz. Jej późniejsze wielkie sukcesy nie byłyby możliwe, gdyby do jej działania dużej wagi nie przykładało wielu najwyższych rangą oficerów, w tym sam marszałek Józef Piłsudski. Większość z nich miała bogate doświadczenia zebrane na frontach I wojny światowej, kiedy podczas służby w różnych armiach zaborczych mogli wiele się nauczyć na temat roli komunikacji radiowej. Analogicznie żołnierze i cywile służący w Sekcji Szyfrów wcześniej też w większości służyli w wojskach Austro-Węgier, Niemiec czy Rosji. Znajomość sposobu myślenia i działania wroga oraz jego języka to w takiej pracy rzecz bezcenna.

W lipcu w Sekcji Szyfrów zaczął służbę wówczas ledwie porucznik, czyli początkujący oficer, 27-letni Jan Kowalewski. Ponadprzeciętnie inteligentny i uzdolniony matematycznie, jednak bez żadnego formalnego wykształcenia w tym zakresie. Zanim został zmobilizowany do armii rosyjskiej podczas I wojny światowej, ukończył szkołę kupiecką, a potem zdobył dyplom z chemii na uniwersytecie w Liege. Wojnę spędził zajmując się głównie łącznością, świetnie poznając metody działania rosyjskich łącznościowców. Połączenie tego doświadczenia z wrodzoną inteligencją szybko dało efekty.

Niecały miesiąc po rozpoczęciu służby w Sekcji Szyfrów Kowalewski zastępował kolegę, który dostał dwa tygodnie urlopu celem udania się na ślub siostry. Przejął między innymi obowiązek sortowania depesz rosyjskiego wojska, przechwyconych przez stacje nasłuchowe. Pewnego dnia, wśród sterty zapisanych kartek, zauważył jedną zaszyfrowaną. Ponieważ nie miał nic konkretnego do roboty, postanowił spróbować ją odczytać. Nie miał zielonego pojęcia, jak to się robi, bo jedyne, co wiedział na temat łamania szyfrów, to fragment powieści Edgara Alana Poe "Złoty żuk", w której bohaterowie odczytują zaszyfrowaną piracką wiadomość. Stosując opisaną tam metodę, polegającą na poszukiwaniu słów z powtarzającymi się literami, Kowalewski przystąpił do pracy. Szukał w zaszyfrowanej depeszy słowa "dywizja", które w języku rosyjskim ma regularnie, trzykrotnie powtarzającą się, literę "i". Robił to przy pomocy grzebienia z odpowiednio wyłamanymi zębami.

Jego metoda okazała się nad podziw skuteczna. Szybko znalazł powtarzające się trzy razy w regularnym odstępie cyfry. Potem było już z górki, w czym pomogli też rosyjscy radiotelegrafiści, którzy na dodatek nie zaszyfrowali nagłówka depeszy. Dzięki temu Kowalewski wiedział, że była wysłana do Odessy. Słowo Odessa, z charakterystycznymi dwoma "s" obok siebie, było też w zaszyfrowanej części depeszy, co pozwoliło poznać znaczenie kilku kolejnych cyfr.

Sukces Kowalewskiego wywołał wielkie poruszenie w Sztabie Generalnym. Dostrzegając jego znaczenie, co nie jest oczywiste w wojskowej hierarchii, natychmiast nakazano mu utworzyć specjalne biuro kryptograficzne. Kowalewski z czasem ściągnął do niego grupę uzdolnionych wojskowych i cywilnych matematyków. Polacy zaczęli w ten sposób regularnie odczytywać depesze wojsk bolszewickich. Rosjanie wiele razy zmieniali swoje szyfry, ale Kowalewski i jego współpracownicy niemal od razu je łamali. Komunikaty wysłane pomiędzy bolszewickimi sztabami były odczytywane i trafiały na biurka najwyższego polskiego dowództwa jeszcze tego samego dnia, ewentualnie następnego. Była to rzecz o kardynalnym znaczeniu. Między innymi dzięki temu Piłsudski wiedział o słabym południowym skrzydle nacierających na Warszawę w lipcu i sierpniu 1920 roku wojsk bolszewickich. Pozwoliło mu to podjąć ryzykowną decyzję o zgromadzeniu znacznych sił do uderzenia w ten słaby punkt. Decyzję, która okazała się być na wagę odwrócenia losów wojny.

embed

Przypadkowy wielki sukces

Polskie kontruderzenie zaordynowane przez Piłsudskiego, pomimo oparcia go o dane wywiadu, było i tak ryzykowne. W sukcesie ogromnie pomógł inny epizod związany z radiem. W pierwszych dniach bitwy warszawskiej silna grupa wojsk bolszewickich (4. Armia i Korpus Kawalerii Gaja) parła na zachód pomiędzy Warszawą a granicą niemieckich Prus Wschodnich, przez północne Mazowsze. Miała za zadanie dotrzeć w rejon Torunia i Płocka, następnie przekroczyć tam Wisłę i uderzyć od tyłu na polską stolicę, zdając decydujący cios. Nie było sił, aby powstrzymać nacierających na północy bolszewików, więc Polacy ograniczali się jedynie do nękania wroga. 14 sierpnia 1920 roku, kiedy pod Warszawą trwały już pierwsze zacięte walki, 203. Pułk Ułanów zbliżył się do Ciechanowa, przez który kilka dni wcześniej przeszli bolszewicy. Dowódca polskiej jazdy szybko się zorientował, że miasto jest praktycznie nie bronione, ale jest w nim sztab i tabory z zapasami. Podjął więc decyzję o nocnym ataku.

Z 14-15 sierpnia kilkuset polskich ułanów przetoczyło się przez miasto, zaskakując bolszewików. Zdobyto sztab całej 4. Armii i jedną z jej dwóch radiostacji, wraz z częścią kodów i depesz. Był to niespodziewany wielki sukces, ponieważ odciął jeden z najważniejszych bolszewickich związków od łączności z dowodzącym całą operację marszałkiem Michaiłem Tuchaczewskim. Ten natomiast już 15 sierpnia wysyłał do 4. Armii wiadomości z nakazem zawrócenia i uderzenia w broniące się w rejonie Modlina polskie wojska. Gdyby ów rozkaz został wykonany, jest możliwe, że nie pisalibyśmy teraz o "cudzie nad Wisłą", ale "klęsce nad Wisłą".

Druga radiostacja 4. Armii została uruchomiona dopiero 17 sierpnia. Pierwsza depesza wysłana do Tuchaczewskiego informowała o utracie pierwszej radiostacji dwa dni wcześniej. Polski nasłuch ją przechwycił a kryptolodzy Kowalewskiego szybko rozszyfrowali. Zorientowano się w ten sposób, że jedna z kluczowych bolszewickich armii przez niemal trzy dni nie miała kontaktu z dowództwem. Postanowiono więc go dalej uniemożliwiać poprzez zagłuszanie. Zaangażowano do tego odpowiednio położoną najważniejszą radiostację polskiego wojska, umieszczoną w warszawskiej Cytadeli. Przez prawie dwie doby szyfranci dostrajali się do częstotliwości głównej radiostacji Tuchaczewskiego i nadawali na niej zagłuszenia. Z braku innego pomysłu, zagłuszenia miały postać nadawanego bez przerwy alfabetem Morse'a Pisma Świętego. Jedynej odpowiednio grubej jawnej księgi, jaka była pod ręką.

W efekcie dowództwo 4. Armii było pozbawione świadomości sytuacji na froncie aż do końca 18 kwietnia. Ciągle maszerowało na zachód, zgodnie z pierwotnymi wytycznymi. Tymczasem pod Warszawą doszło już do klęski reszty wojsk bolszewickich, polskie wojsko przechodziło w pościg i zmierzało ku granicy z Prusami Wschodnimi, celem zamknięcia całej 4. Armii i Korpusu Kawalerii Gaja w wielkim okrążeniu. To udało się tylko częściowo, ponieważ część wojsk bolszewickich zdołała się wymknąć, część przeszła przez terytorium niemieckie, a tylko część dostała do niewoli.

Złamanie bolszewickich szyfrów i odcięcie 4. Armii od kontaktu z dowództwem, były dwoma czynnikami, które jeśli nie wprost dały Polsce zwycięstwo, to na pewno w wielkim stopniu się do niego przyczyniły. Warto więc o nich pamiętać.

Zobacz wideo