"Cud nad Wisłą" był początkiem wojny polsko-polskiej. Trwa do dzisiaj

Wielkie zwycięstwo odniesione sto lat temu w bitwie warszawskiej,szybko stało się przedmiotem zażartej bitwy politycznej. Stąd w ogóle wzięło się określenie "cudu nad Wisłą", które miało sugerować, że to boska interwencja zadecydowała o sukcesie. Efekty tamtej wojny polsko-polskiej są odczuwalne do dzisiaj. Na przykład w sporach historyków o to, czy marszałek Józef Piłsudski tak naprawdę nie zdezerterował i nie uciekł z Warszawy w przeddzień bitwy.

Według propagowanej już w 1920 roku wersji wydarzeń wódz naczelny doznał załamania psychicznego kilka dni przed rozpoczęciem najważniejszych walk. Miał być wyczerpany wielomiesięcznym stresem i stchórzył. Paliwem do tych oskarżeń jest fakt, że 12 sierpnia, czyli dzień przed rozpoczęciem walk pod Warszawą, wręczył swoją dymisję premierowi Wincentemu Witosowi i wyjechał ze stolicy na południe. Rozkazy dla walczących wojsk wydawał natomiast generał Tadeusz Rozwadowski, szef Sztabu Generalnego.

Kłopotliwa postać marszałka

Dlaczego w ogóle, wobec wielkiego sukcesu w wojnie z bolszewikami, w Warszawie niemal od razu zaczęły się walki polityczne? Był to efekt tego, że Piłsudski miał tak naprawdę w Polsce wielu wrogów. Najlepiej zorganizowanym i najbardziej popularnym ugrupowaniem politycznym była wówczas tak zwana "endecja" od ND - Narodowa Demokracja. Reprezentowała poglądy prawicowe, konserwatywne, narodowe i była związana z kościołem katolickim. Piłsudski był natomiast zadeklarowanym lewicowcem, wieloletnim działaczem PPS - Polskiej Partii Socjalistycznej. Poglądy marszałka automatycznie stawiały go w kontrze do endecji. W obliczu niezliczonych wyzwań stojących przed odradzającą się II RP, obie strony były w stanie w miarę sprawnie współpracować, jednak nie było między nimi miłości. Wręcz przeciwnie.

Tak długo, jak na froncie polskie wojsko odnosiło sukcesy, tak długo Piłsudski był chwalony. Apogeum uwielbienia przypadło na sukces "wyprawy kijowskiej", której efektem było zajęcie Kijowa w maju 1920 roku. Piłsudski był wówczas fetowany, także przez endecję, jako drugi Bolesław Chrobry. Jednak kiedy miesiąc później sytuacja odwróciła się i to bolszewicy zaczęli bić polskie wojsko, tak też odwróciła się narracja przeciwników marszałka. Niemal z dnia na dzień wprost zaczęto oskarżać go o zdradę. Sam Piłsudski, według wspomnień wielu osób, był wówczas wyraźnie przybity i wyczerpany psychicznie. Miał pesymistycznie patrzeć na przyszłość.

Nakładał się na to fakt, że Piłsudski nie był lubiany przez zachodnich aliantów, którzy postrzegali go jako krnąbrnego awanturnika, uparcie wszczynającego konflikty z sąsiadami i żądającego dla Polski więcej, niż się jej racjonalnie należy. Mocarstwa nie były chętne zdecydowanie wesprzeć Polski tak długo, jak u jej sterów stał marszałek. Wprost sygnalizowano, że oczekiwana jest jego dymisja.

Kiedy wódz naczelny opuszcza stolicę

W takiej atmosferze trwały przygotowania do bitwy warszawskiej. Nie ulega wątpliwości, że jej ogólny plan został wybrany z różnych opcji i zatwierdzony do realizacji przez Piłsudskiego szóstego sierpnia. Cztery dni później wprowadzono do niego jeszcze ostatnie poprawki. Dwa dni później marszałek złożył swoją dymisję i wyjechał ze stolicy. Jego przeciwnicy zarzucali mu wówczas zdradę i dezercję, a dzisiaj załamanie nerwowe. Zwolennicy nieustannie twierdzą, że był to dowód najwyższej troski o państwo.

Zdaniem tych drugich wystarczy dokładnie przeczytać treść dymisji, która była in blanco i niejawna. Witos miał ją wykorzystać i przyjąć w momencie, który uzna za stosowne. Piłsudski był bowiem na pewno świadom, jak nastawieni są do niego zachodni alianci. Jego dymisja była znanym warunkiem udzielenia pomocy Polsce. Zostawiał więc w rękach premiera dokument, który w wypadku klęski w bitwie warszawskiej mógł mu pomóc w próbach uzyskania jakiegoś wsparcia w obliczu totalnego upadku państwa.

Prawdą jest, że Piłsudski na kilka dni przepadł z przestrzeni publicznej. Wszystkie rozkazy wydawane wojsku sygnował w tym czasie Rozwadowski. To on objeżdżał oddziały na przedpolu Warszawy i zagrzewał je do walki. To on reagował na zmieniającą się sytuację na polu bitwy i wydawał stosowne dyspozycje. Piłsudski w tym czasie miał się udać w kierunku Puław, w których okolicy gromadziły się wojska do przeprowadzanie zaplanowanego kontrataku. Do dzisiaj trwają jednak spory o to, jak bardzo marszałek spieszył się do tego wojska. Według wspomnień jego żony, 15 sierpnia odwiedził między innymi rodzinę na majątku w Bobowie, aż za Tarnowem, ponad 300 kilometrów na południe od Warszawy. Miał być wyraźnie przybity i żegnać się bliskimi, jakby szedł na śmierć.

Według innych źródeł był jednak 13 sierpnia w Puławach, gdzie doglądał przygotowań do ofensywy. 14 sierpnia miał brać udział w chrzcinach w miejskim kościele. Być może później rzeczywiście pojechał do rodziny, choć nie ma jasnego obrazu tego, co właściwie marszałek robił w tych dniach. Było to przedmiotem sporów już w 1920 roku. Nie ulega przy tym wątpliwości, że kiedy wrócił 18 sierpnia po bitwie do Warszawy, temat swojej dymisji uznał za niebyły i chętnie przyjmował słowa uwielbienia pod swoim adresem.

Wtedy też zrodziło się niemal od razu określenie "cud nad Wisłą", które potem bardzo irytowało samego Piłsudskiego i jego zwolenników. Było bowiem nieskrywaną sugestią, że po pierwsze najpierw naczelnik doprowadził do sytuacji beznadziejnej, w której pomóc mogła tylko interwencja boska, a po drugie, że to właśnie boska interwencja, a nie plan marszałka i wysiłek wojska doprowadziły do zwycięstwa. Dla marszałka i jego zaplecza nie był to żaden cud, ale wygrana bitwa.

Rozkaz wydany przez Rozwadowskiego na początku bitwy warszawskiejRozkaz wydany przez Rozwadowskiego na początku bitwy warszawskiej Fot. domena publiczna/CAW

Zwycięstwo narodu, nie wodza

Niezależnie od sporów, które rozgorzały już w 1920 roku i trwają za sprawą historyków do dzisiaj, nie ulega wątpliwości, że to Piłsudski był przez cały czas trwania bitwy naczelnym wodzem i Naczelnikiem Państwa. To na nim spoczywała ostateczna odpowiedzialność. To on był tym, który finalnie zadecydował o planie bitwy. To on byłby tym, na którym w wypadku porażki, skupiłaby się krytyka. Zgodnie z przysłowiem "sukces ma wielu ojców, porażka jest sierotą".

Nie ulega jednak też wątpliwości, że Piłsudski nigdy nie wygrałby tej bitwy samodzielnie. Gdyby nie generał Rozwadowski, który w swoim lekko chaotycznym, ale niezmordowanym stylu sprawnie zarządzał przebiegiem bitwy, a wcześniej opracował jej precyzyjny plan, nie byłoby zwycięstwa. Gdyby nie najzdolniejsi oficerowie swojej generacji w osobach generała Władysława Sikorskiego i Józefa Hallera, też nie byłoby zwycięstwa. Gdyby nie wytrwałe zarządzanie państwem w czasie największego kryzysu przez Witosa, mogłoby nie być o co dalej walczyć. Gdyby nie złamanie szyfrów przez kryptografów... Gdyby nie zagon kawalerii na Ciechanów i zdobycie sztabu bolszewickiej 4 Armii... I tak dalej.

Wielkie wydarzenia w rodzaju bitwy warszawskiej nigdy nie są osiągnięciami jednostki, ale zbiegnięciem się wielu czynników. Generał Maxime Weygand, szef alianckiej misji doradczej w Warszawie, wyjeżdżając bo bitwie do Francji, miał stwierdzić:

To zwycięstwo, które jest powodem wielkiego święta w Warszawie, jest zwycięstwem polskim. Operacje wojskowe zostały wykonane przez generałów polskich podług polskiego planu operacyjnego. To bohaterski naród polski sam siebie uratował.
Zobacz wideo