#LOTdoDomu. Wracający do Polski nie mieli łatwo. Od biurokratycznych przepychanek po internetowy hejt

Kiedy świat stanął w obliczu pandemii koronawirusa, a polski rząd zamknął granice, tysiące Polaków przebywających w innych krajach zadało sobie pytanie: "I co teraz?". Pomimo obietnic państwowej pomocy w repatriacji, powrót do kraju okazał się dla wielu wyboistą drogą, której nie uprzyjemniały komentarze w internecie.

4 marca 2020 roku polskie media obiegła informacja, że w szpitalu w Zielonej Górze hospitalizowany jest tak zwany "pacjent zero". Mężczyzna zakażony koronawirusem SARS-CoV-2 przyjechał do Polski autokarem, a chorobą zakaził się prawdopodobnie podczas wyjazdu do Niemiec. Nieco ponad tydzień od zdiagnozowania 66-latka, w piątek 13 marca, Polska zamknęła swoje granice. Dzień później premier Mateusz Morawiecki wyszedł na mównicę, żeby ogłosić start programu #LOTdoDomu.

- My zamykamy granice dla wirusa, natomiast chcemy, żeby nasi obywatele, którzy mają taką wolę, takie pragnienie powrotu do kraju, do Polski mogli wrócić - mówił premier Mateusz Morawiecki podczas konferencji prasowej, na której towarzyszyli mu szef Głównego Inspektoratu Sanitarnego Jarosław Pinkas oraz prezes Polskich Linii Lotniczych LOT Rafał Milczarski.

“Państwo polskie dopomoże naszym obywatelom”

Prezes Rady Ministrów wyjaśnił m.in., że zaplanowane wcześniej loty czarterowe odbędą się zgodnie z harmonogramami, a akcja #LOTdoDomu będzie skierowana przede wszystkim dla osób, które znajdują się w takich krajach jak Wielka Brytania, Irlandia, Malta, Cypr i USA, z których trudno jest lub nie da się wrócić drogą lądową. Ze słów Mateusza Morawieckiego wynikało także, że osoby, które znajdują się w innych częściach świata, będą mogły zgłaszać się na loty repatriacyjne na specjalnie utworzonej w tym celu stronie internetowej.

- Cena tych biletów będzie zryczałtowana, będzie jednakowa dla wszystkich [...], natomiast tę dodatkową opłatę, dodatkowy koszt, poniesie państwo polskie. Państwo polskie dopomoże naszym obywatelom w powrocie na terytorium Rzeczypospolitej - mówił Mateusz Morawiecki. 

O ile ogłoszenie zamknięcia granic było dla wielu szokiem, o tyle zapowiedź programu #LOTdoDomu dała niektórym nadzieję. Z akcji chcieli skorzystać zarówno turyści, jak i Polacy żyjący za granicą, którzy stanęli przed trudną decyzją o reemigracji. Aby wrócić do ojczyzny, zaczęli wchodzić na stronę internetową PLL LOT, dzwonić do ambasad i konsulatów, pisać maile do Ministerstwa Spraw Zagranicznych i zaczął się kłopot. Niejasności było wiele, konkretnych odpowiedzi jakby mniej, dlatego osoby, które chciały wrócić do Polski, zaczęły się wspierać. Na Facebooku powstało kilka grup samopomocy. Największa z nich - Lot Do Domu - grupa wsparcia - zrzeszała ponad 5000 osób. W sieci pojawiły się setki pytań dotyczących zakupu biletów, kosztów podróży czy kwarantanny po powrocie do kraju.

 Czy jest tu ktoś, kto miał wykupiony lot rejsowy i odzyskał za niego pieniądze z racji odwołania go przez firmę LOT?
Wczoraj wieczorem dostałem informację o dostępności terminów z Londynu 21, 22, 23 marca, ale dziś nie mogę żadnego kupić.
Napiszcie, proszę, jak wygląda sprawa opłat za przelot. [...] Dzwoniłam w tej sprawie do MSZ, ale w ciągu czterech dni moich prób dodzwonienia się nikt nie odbierał (chociaż linia nie była zajęta).

 Te kilka komentarzy to jedynie niewielka próbka tego, co działo się w internecie od 14 marca. 

"Rząd Rzeczypospolitej Polskiej nie wydał instrukcji dotyczących powrotu Polaków do Polski"

O osobiste doświadczenia związane z akcją #LOTdoDomu zapytałam kilka osób - turystów, emigrantów oraz krewnych osób mieszkających na stałe poza granicami Polski. Jedną z nich jest Marta, która w chwili zamknięcia polskich granic była w Ekwadorze. Decyzja o wyjeździe z Ameryki Południowej nie była dla niej łatwa. 

"Mogłam zostać i codziennie zastanawiać się, ile to potrwa, czy nie wprowadzą stanu wyjątkowego, czy będę miała ubezpieczenie i możliwość leczenia, gdybym zachorowała. Zdecydowałam się na powrót, ale mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę" - relacjonuje Marta.

Okazało się, że sam powrót do Polski też nie był prosty. Do Ekwadoru nie poleciał żaden samolot w ramach akcji #LOTdoDomu, a konsulat honorowy RP w Guayaquil nie bardzo umiał pomóc. 18 marca Marta opublikowała na Facebooku fragment odpowiedzi tego urzędu, który stwierdził wprost: "Rząd Rzeczypospolitej Polskiej nie wydał instrukcji ani ułatwień dotyczących powrotu Polaków do Polski". Jako obywatelka Unii Europejskiej Marta miała prawo do skorzystania z pomocy w jednostce dyplomatycznej innego kraju. Wróciła do Europy 25 marca na pokładzie samolotu z Quito do Amsterdamu dzięki pomocy konsula Niemiec. 

* * *

Do wiosny 2020 roku Paweł nie miał w planach powrotu do Polski. Mieszkał w Wielkiej Brytanii od lat, pracował w branży turystycznej i ułożył sobie na Wyspach życie. Sytuację zmienił koronawirus. Kiedy pandemia rozlała się po całej Europie, pracodawca Pawła zdecydował się na zawieszenie działalności firmy, zapowiadając pracownikom, że potrwa to dwa lub trzy miesiące.

- O zamknięciu granic dowiedziałem się z mediów i na samym początku nie myślałem nad powrotem, aczkolwiek biłem się z myślami każdego dnia. Główną przyczyną mojego powrotu było podejście brytyjskiego rządu do pandemii - mówi Paweł.

Na początku pandemii rząd Wielkiej Brytanii nie zdecydował się na wprowadzenie żadnych znaczących restrykcji, a w rezydencji na Downing Street 10 rozmawiano o walce z koronawirusem za pomocą tzw. odporności stadnej. Paweł nie chciał być przedmiotem tego eksperymentu, dlatego wynajął w Polsce mieszkanie, w którym mógł odbyć kwarantannę, nie narażając swojej rodziny, spakował się i wyjechał. Czy po pandemii wróci do Wielkiej Brytanii? W chwili, gdy rozmawiamy, jeszcze tego nie wie.

 - Myślę, że najpierw musimy wygrać z wirusem. Dopiero później przyjdzie czas na plany. Czy to związane z Wielką Brytanią, czy z Polską - odpowiada.

*  *  *

Robert i Krystyna wyjechali z Polski na przełomie lat 80. i 90. Przeprowadzili się do Republiki Południowej Afryki, bo Robert dostał propozycję pracy w tym kraju. O powrocie do Polski myśleli od dłuższego czasu i w końcu się na to zdecydowali. W pierwszym kwartale 2020 roku sprzedali dom i samochód, a rzeczy, z którymi nie chcieli się rozstawać, wysłali nad Wisłę statkiem. W połowie marca spadła na nich informacja o zamknięciu polskich granic. Nie mieli zbyt wielkiego wyboru - musieli zdobyć bilety na samolot PLL LOT, który miał wystartować z Kapsztadu we wtorek 24 marca, bo wkrótce musieli opuścić budynek, który powoli przestawał być ich domem. Kiedy rozmawiamy o akcji #LOTdoDomu, wskazują na absurdy związane z obowiązującymi w marcu przepisami.

 - Lecieliśmy na pokładzie z setką innych ludzi, ramię w ramię przez kilkanaście godzin. A kiedy wylądowaliśmy na Okęciu, kazali nam się rozejść i stanąć od siebie w dwumetrowych odstępach. Co więcej, kwarantanna obowiązywała nas nie od dnia powrotu do Polski, ale od dnia następnego od przyjazdu. Żeby dojechać do domu w małej miejscowości na południu kraju, musieliśmy wynająć samochód. Nie mieliśmy wyjścia. Weszliśmy do wypożyczalni, rozmawialiśmy z ludźmi, którzy tam pracują. Zasłanialiśmy twarze, ale przecież moglibyśmy ich wszystkich pozarażać. Jaki to ma sens? - pyta Krystyna, choć widzę, że zna odpowiedź na własne pytanie.

Po raz ostatni rozmawiałam z Robertem i Krystyną w drugiej połowie czerwca. Przeszli obowiązkową kwarantannę, są zdrowi i powoli remontują dom, który odziedziczyli po ojcu Krystyny. Statek, który ma przetransportować dorobek ich życia, utknął jednak w porcie w RPA, a to z powodu pandemii. Nie wiadomo, kiedy wyruszy w drogę.

Zobacz wideo Sośnierz: Nie spodziewałem się, że będziemy się tak długo męczyli z wygaszaniem epidemii

 "Nie pomogli nic"

Większość moich rozmówców chwaliła pracowników PLL LOT. Twierdzą, że akcja była dobrze przeprowadzona pod względem technicznym, że stewardessy i piloci stanęli na wysokości zadania, a oni sami czuli się w podróży bezpiecznie. Zarówno w naszych rozmowach, jak i w dyskusjach na facebookowych grupach wraca jednak temat biurokratyzacji i nieudolności urzędników - konsulów, ambasadorów, przedstawicieli Ministerstwa Spraw Zagranicznych, którzy nie udzielają żadnych informacji albo robią to w sposób nieprecyzyjny. Napisałam więc do MSZ, chcąc dowiedzieć się m.in. czy osoby, które przebywały w innych krajach, mogły liczyć na bezpośrednie informacje od państwa polskiego o terminie i zasadach zamknięcia granic.

Przede wszystkim MSZ i konsulowie wykorzystywali do komunikacji zwyczajowo przyjęte instrumenty: strony internetowe MSZ i placówek oraz portale społecznościowe - Twitter, Facebook. Również Rządowe Centrum Bezpieczeństwa wysyłało do obywateli polskich przebywających poza granicami Polski SMS-y z informacją o planowanym zamknięciu granic. [...] Biuro Rzecznika Prasowego MSZ regularnie przekazywało mediom komunikaty na temat programu #LOTdoDomu. To również dzięki Państwa aktywnemu działaniu te komunikaty trafiały do szerszego grona odbiorców przekazów medialnych

- odpowiada resort spraw zagranicznych w wiadomości mailowej. 

Żaden z moich rozmówców nie otrzymał wspomnianego SMS-a od RCB. Z ich relacji wynika, że dowiedzieli się o zamknięciu granic z mediów lub od bliskich im osób.

O cenach biletów na #LOTdoDomu rozmawiałam z Joanną, która początkiem marca była z mężem na wakacjach w Azji. W trakcie naszej rozmowy stwierdziła, że akcji repatriacyjnej prowadzonej przez polski rząd towarzyszyła propaganda.

 - Mieliśmy wracać 16 marca lotem bezpośrednim do Polski. Bilety kupiliśmy w grudniu, były w PLL LOT po 1000 złotych. Niedługo przed planowanym powrotem dostaliśmy jednak SMS-a, że lot został odwołany. Nie można było dodzwonić się na infolinię, dzwoniliśmy też do ambasady w New Delhi oraz do konsulatu na Sri Lance. Nie pomogli nic. Zarejestrowaliśmy się we wszystkich systemach. Okazało się, że LOT sprzedaje nasze połączenie dużo drożej. Jest to ten sam lot z tego samego lotniska i o tej samej godzinie - powiedziała mi Joanna, pokazując screena ze strony internetowej LOT.

Nowy bilet na lot z Kolombo do Warszawy, za który wcześniej zapłaciła 1000 zł, w marcu miał ją kosztować już 4371,70 zł. Zapłaciła. Podobnie jak horrendalnie wysoki rachunek za rozmowy telefoniczne z pracownikami konsulatów i ambasad, którzy nie potrafili udzielić jej rzetelnych informacji.

Akcja #LOTdoDomu zakończyła się w niedzielę 5 kwietnia, a samoloty polskiego przewoźnika zaczęły realizować program Cargo dla Polski. Polski rząd odtrąbił sukces. Z podsumowania, które opublikowały PLL LOT, wynika, że ich samolotami przyleciało do Polski ok. 55 tysięcy osób. Dwa miesiące po zakończeniu akcji repatriacyjnej na internetowych grupach wciąż pojawiały się pytania i prośby o pomoc pisane przez osoby, które chcą wrócić do kraju. Skoro zainteresowanie akcją pojawiało się jeszcze długo po jej zakończeniu, a Polacy przebywający poza granicami kraju wciąż szukali ludzi, którzy mogliby im pomóc, dlaczego zdecydowano się na jej przerwanie? W sieci dało się znaleźć komentarze, których autorzy spekulowali, że polski rząd nie chce przywozić więcej osób zza granicy, bo "psują" one krajowe statystyki związane z epidemią koronawirusa. Zapytane o przyczyny wstrzymania akcji #LOTdoDomu Ministerstwo Spraw Zagranicznych odesłało mnie do Kancelarii Premiera. Na odpowiedź tego ostatniego organu wciąż czekam.

"Trzeba też pamiętać o odpowiedzialności za słowa"

Kiedy Marta, Paweł, Krystyna, Robert i Joanna zastanawiali się, co zrobić, wielokrotnie odświeżali stronę PLL LOT, aby kupić bilet do Polski i pisali kolejne pozostające bez odpowiedzi maile do różnych urzędników, w internecie rozlał się hejt skierowany w stronę osób takich jak oni. Ludzie, którzy z różnych powodów i w różnych okolicznościach chcieli wrócić do Polski po wybuchu pandemii koronawirusa, zostali wyzwani od zdrajców narodu i "koronarodaków", którzy będą przyczyną naszego rychłego końca. Komentarze pisane nieparlamentarnym językiem pojawiały się zarówno w social mediach prowadzonych przez takie jednostki jak Kancelaria Premiera, jak i pod artykułami dotyczącymi akcji #LOTdoDomu w najróżniejszych mediach. Oto kilka z nich:

Czemu ci ludzie podróżowali, mimo oczywistego ryzyka? Pomoc powinna zostać odpracowana z nawiązką.
A kto będzie płacił za leczenie stęsknionych rodaków? Przecież nie płacą w Polsce składek ZUS, podatków ani chorobowego. Ja nie zamierzam się dokładać.
Na miłość boską, po co wlec tych, co się wypięli na Polskę, siedzą gdzieś za granicą ileś tam lat i jak poczuli smród koło d*** raptem poczuli przypływ patriotyzmu i wracają. Tylko po co? Żeby zawyżyć statystyki chorych. Tacy ludzie dla mnie to dno.
Łukaszenka stwierdził krótko - wyjechali, to niech teraz siedzą, gdzie są, a nie narażają swoich krewnych, pobratymców na zarazę.

Stanowisko w sprawie hejtu, który dotyka migrantów i migrantek (choć głównie w kontekście uchodźców, cudzoziemców i imigrantów żyjących w Polsce) w czasach pandemii koronawirusa zajął Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

"Po roku 2015, kiedy Europa mierzyła się z tzw. kryzysem uchodźczym, w Polsce odnotowano znaczący wzrost występowania zachowań rasistowskich i ksenofobicznych. Jego źródłem było głównie poczucie zagrożenia i lęku w społeczeństwie, wzmacniane nieodpowiedzialną i bazującą na stereotypach debatą publiczną na temat migracji i migrantów. Dziś, w obliczu zagrożenia pandemią, eksperci i ekspertki zwracają uwagę na nowe, niepokojące zjawisko, jakim jest hejt i powtarzające się przypadki napaści na cudzoziemców przebywających w Polsce. [...] Trzeba też pamiętać o odpowiedzialności za słowa. Radykalizacja języka debaty publicznej ma negatywne, a często wręcz dramatyczne konsekwencje" - czytamy w oświadczeniu z 13 maja 2020 roku

Wspomniana przez RPO radykalizacja języka dotknęła nie tylko cudzoziemców żyjących w Polsce, lecz także Polaków - m.in. osoby wracające do kraju zza granicy, lekarzy i pielęgniarki, a gdy ogniskami koronawirusa okazały się kopalnie - także mieszkańców województwa śląskiego. Dalszy przebieg wydarzeń pokazał, że od nienawistnych słów do aktów dyskryminacji niedaleka droga. 

Przeczytaj też:

Więcej o: