Kuria wiedziała o zarzutach wobec księdza S. już w 2013 r. Postępowanie wszczęto kilka lat później

Choć już w 2013 r. do radomskiej kurii zgłosił się mężczyzna, który twierdził, że był molestowany przez księdza S., postępowanie kanoniczne zostało wszczęte dopiero w ubiegłym roku, po zawiadomieniu innej osoby - podaje "Rzeczpospolita". Kuria broni się, twierdząc m.in., że pierwszy z mężczyzn nie zostawił do siebie kontaktu. Przeczy temu jednak e-mailowa korespondencja.

Prokuratura Rejonowa w Zwoleniu prowadzi postępowanie w sprawie ks. Stanisława S., który pracował w przeszłości m.in. w parafiach w Pionkach czy Sandomierzu. O molestowanie seksualne, do którego miało dochodzić między 1985 a 2016 rokiem, oskarża duchownego dziewięć osób.

Uwaga: poniżej znajdują się opisy wykorzystywania dzieci.

Postępowanie prowadzone jest od września ubiegłego roku. Ruszyło po tym, jak doniesienie złożyła m.in. kuria diecezjalna w Radomiu po zgłoszeniu od jednego z pokrzywdzonych przed laty mężczyzn. Stanisław S. został zawieszony przez biskupa Henryka Tomasika oraz usunięty z parafii, której był proboszczem. Sprawę opisywała w lipcu szeroko Małgorzata Rusek z radomskiej "Gazety Wyborczej".

- Pamiętam raz na zimowisku, śpiąc obok księdza, który dziwnym trafem często mówił, że będzie gorąco i żeby nie zasuwać suwaków w śpiworach, tylko się nimi przykryć, obudziłem się, czując, że ksiądz dotyka moich genitaliów. Byłem cały sparaliżowany strachem. Udawałem, że śpię. Ksiądz następnie, korzystając, że wszyscy dookoła śpią, zaczął uprawiać ze mną seks oralny. Byłem w szoku!

- relacjonował mężczyzna w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".

"Ksiądz zapraszał na bajki"

Jak informuje "Rzeczpospolita", kuria o oskarżeniach wobec księdza wiedziała już wcześniej. W 2013 r. zgłosił się do niej inny mężczyzna, pan Michał, który twierdził, że jako dziecko był w latach 80. molestowany przez księdza S. Według obowiązujących w 2013 r. przepisów biskup nie musiał składać zawiadomienia do prokuratury, ale powinien był wszcząć postępowanie kanoniczne, czego wówczas nie zrobił.

- Parę razy byłem u niego w mieszkaniu, bo zapraszał na bajki. [...] Leżałem na dywanie w mieszkaniu księdza z oczami wlepionymi w ekran, a on się zabawiał. Byłem dzieciakiem i nie potrafiłem odmawiać, w sumie nie wiedziałem, czy to, co robi, jest czymś zły. Raz, jakoś na krótko przed moją pierwszą komunią, do pokoju weszła zakonnica, zobaczyła mnie prawie nagiego, szybko się wycofała, on wybiegł za nią, ale prawie natychmiast wrócił do mieszkania, kazał mi się ubrać i iść do domu. Po tym zajściu więcej go nie widziałem [...]. Wydaje mi się, że ta siostra zakonna komuś na niego doniosła i go przenieśli

- opowiadał mężczyzna w rozmowie z dziennikarzem "Rzeczpospolitej" Tomaszem Krzyżakiem.

W listopadzie 2013 r. pan Michał spotkał się z biskupem Henrykiem Tomasikiem i jego sekretarzem. Biskup miał przeprosić mężczyznę za zachowanie księdza S., zaoferować również pomoc psychologiczną. Kilka dni później pan Michał na spotkaniu z kanclerzem kurii ks. Sławomirem Fundowiczem złożył oficjalne zeznania, które według pana Michała zostały spisane.

Kuria milczała, mężczyzna przypomniał się dwukrotnie mailowo ks. Fundowiczowi. Najpierw duchowny stwierdził, że "nie pamięta sprawy", a potem odpowiedział, że zajmuje się obecnie innymi obowiązkami i przekierował korespondencję do kurii. Wciąż bez odzewu.

W 2019 r. pan Michał zdecydował się ostatecznie na zgłoszenie sprawy ks. Stanisława S. do prokuratury. Okazało się, że śledczy otrzymali już wcześniej zawiadomienie od kurii ws. innego mężczyzny, którego historię opisywała "Gazeta Wyborcza".

Zobacz wideo Kto powinien się zająć sprawą pedofilii w polskim kościele?

"To, że nic nie zrobiono, jest ewidentne"

Rzecznik kurii ks. Edward Poniewierski stwierdził w rozmowie z "Rzeczpospolitą", że pan Michał, wbrew temu, co twierdzi, nie złożył pisemnego oskarżenia i nie zostawił w kurii swoich danych osobowych. "Dopiero w 2019 roku pojawiły się zgłoszenia dotyczące ks. Stanisława S. w formie pozwalającej nadać im bieg prawny, co zostało niezwłocznie podjęte" - podkreśla duchowny. Również ks. Sławomir Fundowicz twierdzi, że pan Michał nie złożył pisemnego zawiadomienia. Co więcej, ks. Stanisław S. miał zaprzeczyć stawianym przez mężczyznę w 2013 r. zarzutom.

Ksiądz, prawnik-kanonista, który chce pozostać anonimowy, stwierdza w rozmowie z "Rzeczpospolitą", że "to, że nic z tą sprawą nie zrobiono, jest ewidentne". Nie wyklucza jednocześnie, że biskup Tomasik mógł być wprowadzony w błąd przez współpracowników, którzy twierdzili, że nie mają kontaktu z panem Michałem.

O podejrzanych zachowaniach ks. Stanisława S. już pod koniec lat 90. pisał tygodnik "Nie". Duchowny miał m.in. całować w usta i wsadzać język do ucha podopiecznym ośrodka specjalnego w Opactwie.

Radomska kuria o zawiadomieniu prokuratury

W lipcu, po publikacji "Gazety Wyborczej" na temat ks. Stanisława S., Rzecznik Prasowy Kurii Diecezji Radomskiej Ks. Edward Poniewierski potwierdził, że kuria złożyła zawiadomienie do prokuratury po otrzymaniu korespondencji e-mailowej. Korespondencja zawierała "informację obciążającą jednego z księży Diecezji Radomskiej odpowiedzialnością za przestępstwa na szkodę osób małoletnich, do których miało dojść przed ponad dwudziestu laty".

"Równocześnie wszczęto postępowanie przewidziane prawem kanonicznym i podjęte zostały czynności oraz decyzje wynikające z norm wewnątrzkościelnych" - zaznaczył ks. Poniewierski.

Duchowny stwierdził, że ze względu na konieczność ustalenia prawdy i w zależności od tych ustaleń, ochrony dóbr pokrzywdzonych, "nie jest możliwe szersze informowanie osób postronnych ani o danych osobowych osób związanych ze sprawą, ani o szczegółach sformułowanych zarzutów, ani też o poszczególnych działaniach podejmowanych w związku z zaistniałą sytuacją".

Kuria zapewnia, że przedstawi taką informację "po wyjaśnieniu sprawy".

Dziennikarka "Gazety Wyborczej" w lipcu ub.r. skontaktowała się z ks. Stanisławem S. Usłyszała jedynie, że duchowny nie ma "Gazecie Wyborczej" "nic do powiedzenia".

Więcej o: