Szkoła po pandemii. "Będziemy musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, po co nam alkany i alkiny"

- Liczę na to, że w szkole w końcu zacznie się traktować uczniów jako ludzi, którzy mają coś do powiedzenia i są otwarci na rozwiązywanie problemów. Te trudne doświadczenia, z którymi się teraz zmagamy, pokazują, jak ważne jest dbanie po prostu o to, by uczniowie w szkole byli szczęśliwi. Przyjmijmy po prostu, że to ludzie, którzy miewają gorsze i lepsze dni, ale bez wątpienia drzemie w nich ogromny potencjał - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Agata Łuczyńska, prezeska Fundacji Szkoła z Klasą.

Pandemia koronawirusa zburzyła świat, jaki znaliśmy dotychczas. Jednocześnie rozpoczęła procesy, których skutki możemy odczuwać bardzo długo. Wszyscy jesteśmy uczestnikami przełomowego momentu - zastanawiamy się, jak pandemia wpłynie na nasze dalsze życie.

W jaki sposób zmieni sytuację w służbie zdrowia, w szkołach, na rynku pracy? Co pandemia oznacza dla podróżowania, turystyki i spędzania wolnego czasu?

W cyklu wywiadów pod hasłem "Jak będzie" w Gazeta.pl eksperci w jasny i konkretny sposób nie tylko postarają się zdiagnozować to, co dzieje się wokół nas. Wspólnie zastanowimy się nad tym, czego możemy spodziewać się w perspektywie najbliższych miesięcy, a nawet lat.

***

Marcin Kozłowski, Gazeta.pl: Zacznę trochę prowokacyjnie.

Agata Łuczyńska, prezeska Fundacji Szkoła z Klasą*: Proszę bardzo.

Polska szkoła zyskała na pandemii.

W tym stwierdzeniu jest dużo prawdy. Pandemia, tak jak zresztą każdy kryzys, jest też szansą na to, żeby spojrzeć z pewnej perspektywy na siebie, na to, co robimy. 

Szkoły mogą bliżej przyjrzeć się nie tylko temu, czego uczą, ale również temu, jak i po co to robią. Teraz wszystko zależy od tego, czy szkołom uda się wdrożyć tę lekcję, którą wyciągnęły z pandemii.

I jaka to lekcja?

Podstawa programowa jest przeładowana. Wymagań wobec nauczycieli jest zdecydowanie za dużo. W Fundacji Szkoła z Klasą mówimy zresztą o tym od dawna.

Są nauczyciele, którzy chcieliby uczyć z wykorzystaniem aktywnych metod, skupiających się na rozwijaniu kreatywności, krytycznego myślenia, współpracy, rozwiązaniu problemów, na przygotowywaniu młodych ludzi do życia w świecie niepewności, zmiennym, coraz bardziej złożonym (ang. VUCA). 

Aby sobie w tym świecie poradzić, uczniowie potrzebują tak zwanej rezyliencji - okropne angielskie słowo, które nie ma jeszcze dobrego polskiego odpowiednika - czyli zarówno odporności, jak i zwinności, gibkości. W skrócie oznacza to, że młody człowiek nie załamuje się w obliczu trudności, jest w stanie podnieść się po porażce. O tych kompetencjach mówią m.in. OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) i Rada Europy. 

Tymczasem w praktyce nauczyciel musi cały czas negocjować pomiędzy tym, ile twardej wiedzy będzie wtłaczał do głów, a jak mocno będzie naciskał na kształcenie właśnie tych kompetencji.

A nie jest tak, że podstawę programową można z powodzeniem realizować zdalnie, tylko trzeba znaleźć na to odpowiedni sposób?

Nie do końca, a w każdym razie nie bez odpowiedniego przygotowania. Na początku epidemii zapanował chaos. Nauczyciele znaleźli się w sytuacji, w której nagle musieli nauczyć się, jak korzystać z nowych narzędzi, całkowicie zmienić metody pracy. Zaczęli uczyć w 100 procentach przez internet, robili to na szybko i bez wsparcia. To na skalę europejską sytuacja bez precedensu.

W Fundacji Szkoła z Klasą staraliśmy się wspierać nauczycieli: przygotowując poradniki i szkolenia online - wszystkie są zresztą dostępne za darmo na naszej stronie. Widzieliśmy, że na początku nauczyciele próbowali rozwiązywać najpilniejsze kryzysy. Działali zadaniowo, szukali informacji o narzędziach i wsparcia technicznego: największym zainteresowaniem cieszyły się poradniki dotyczące tego, z jakich platform skorzystać, jak się zalogować, włączyć kamerkę, co zrobić, jeśli uczniowie nie mają dobrego łącza internetowego. Dopiero potem, kiedy sytuacja trochę się unormowała, a uczniowie i nauczyciele przywykli do nowej sytuacji, zaczęły się pojawiać potrzeby związane z nowymi metodami pracy, które sprawdzają się w zdalnej edukacji, pytania o to, jak mądrze oceniać, jak realizować projekty edukacyjne zdalnie. 

Z badań Centrum Cyfrowego dotyczących zdalnej edukacji w czasie pandemii, których byliśmy partnerem, wynika, że 85 proc. nauczycieli nie miało przed pandemią żadnych doświadczeń z pracą online z uczniami. Żadnych. Pozostałe 15 proc. miało "jakieś" doświadczenie, ale nie była to przecież edukacja zdalna prowadzona w pełnym wymiarze.

Mimo to nauczyciele stanęli na wysokości zadania, ale nie wszystko zależy przecież od nich. Uczniowie zgłaszają problemy z dostępem do sprzętu, do internetu.

Z badań Brainly wynika, że 7,7 proc. uczniów musi pożyczać laptopa od rodziców, a 6,5 proc. dzieli go z rodzeństwem. Ok. 10 proc. skarży się na słabą jakość połączenia internetowego. Z kolei badania PISA wskazują, że kilkadziesiąt tysięcy uczniów nie ma w domu ani komputera, ani tabletu. 

Szacujemy, że ponad 40 proc. problemów w nauczaniu zdalnym wiąże się z brakami sprzętowymi uczniów. Nauczyciele musieli gasić setki pożarów w kontaktach z uczniami i rodzicami, nie mogli skupić się tylko na przekazywaniu wiedzy.  

Poza brakami sprzętowymi problemem był między innymi także ograniczony dostęp do internetu, słabe łącze lub po prostu internet komórkowy z telefonu na kartę i bardzo ograniczonym limitem przesyłu danych. Trudnością był również brak fizycznej przestrzeni w domu, nie wspominając o trudnościach psychicznych uczniów związanych z zamknięciem w domu, relacjami rodzinnymi i często napiętą sytuacją

Realizacja podstawy programowej byłaby zdecydowanie łatwiejsza, gdyby szkoły miały co najmniej trzy miesiące na zaplanowanie i przygotowanie się do pracy zdalnej - co oczywiście nie było możliwe. Tymczasem nauczycieli wrzucono na głęboką wodę - mieli, tak jak dotychczas, realizować dramatycznie już przeładowany program szkolny. 

Niektórzy wytrwale próbowali, inni podjęli decyzję, by wykorzystać ten czas do pogłębiania relacji z uczniami, rozwijania zainteresowań uczniów, wspierania tych, którzy mieli braki programowe. Wiedzieli, że pracując zdalnie nie mają szans na to, żeby omówić cały materiał.

Wielu wybitnych nauczycieli skorzystało - jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało - z wolności, jaką dała im pandemia: realizacja szkolnego programu w całości i tak była niemożliwa, postanowili podążyć za uczniami i ich zainteresowaniami. To ważna lekcja - po powrocie do szkoły "w realu" i tak będziemy  musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, po co nam alkany, alkeny i alkiny, definicje matematycznej delty czy szczegółowa znajomość rodzajów gleby. 

Do dziś pamiętam skalę twardości drewna, której kazano mi się uczyć w podstawówce. 

A edukacja, zamiast wtłaczać nam do głowy niepotrzebną wiedzę, powinna skupić się na tym, co uczniom będzie w życiu przydatne. 

Pandemia pokazała, jak ważne jest odnalezienie się w sytuacji niepewności, w sytuacji zmiany, jak istotna jest sprawczość uczniów, ich gotowość do wzięcia sprawy w swoje ręce. Nie chodzi przecież o to, żeby uczeń był chodzącym biernym katalogiem zbędnych definicji. 

Jedna z nauczycielek przyznała w rozmowie ze mną, że wśród nauczycieli zaistniał spór co do metod nauczania i kontaktu z uczniem. "Z jednej strony krytykuje się tych, którzy za bardzo 'dogadzają' uczniom (np. codzienne połączenia, wychodzenie naprzeciw, podawanie swoich numerów telefonów, kontakt na Messengerze), a z drugiej z krytyką spotykają się ci, którzy 'krzywdzą dzieci', przesyłając im np. raz dziennie zadania do wykonania samodzielnie". 

Często mówi się o dobrostanie uczniów, a zapominamy o tym, że nauczyciel to też człowiek, ma swoje życie. Nauczyciele mówią mi, że rodzice piszą do nich nawet o szóstej rano i domagają się natychmiastowej odpowiedzi. 

Wszystko zależy od indywidualnych granic nauczyciela. Większość z nich to kobiety, nierzadko mają też dzieci, rodziny, muszą zadbać o równowagę między życiem prywatnym a pracą. 

Rzeczywiście jest tak, że nauczyciel, który po prostu wysyła zadania uczniowi, idzie na łatwiznę i uczy "gorzej" od tego, który codziennie łączy się z klasą? 

Odpowiem jednym prostym zdaniem: nie, nie idzie na łatwiznę.

Proszę spojrzeć na to w ten sposób - nauczyciel, który wysyła zadanie do trzydziestu uczniów, dostaje potem trzydzieści odpowiedzi, które musi sprawdzić, ocenić, odesłać. To nie jest pójście na łatwiznę, ale próba dopasowania do bieżącej sytuacji. Na pewno jest wielu nauczycieli, którzy przez 20 lat pracy korzystali z gotowców i muszą odwrócić metody nauczania o 180 stopni. Jest im teraz trudno, ale nie mówiłabym o chodzeniu na łatwiznę, raczej o tym, że pewne formy nauczania po prostu się teraz nie sprawdzają. 

Edukacja opiera się przede wszystkim na relacji budowanej z uczniami. To bardzo indywidualna kwestia. Nauczyciel ma organizować energię wokół uczenia się, uczyć tego, gdzie należy szukać wiedzy. W uczeniu zdalnym nie jest możliwe, żeby od 8 do 16 prowadzić tradycyjne zajęcia, bo uczniowie wymagają czegoś zupełnie innego. 

Wie pan, którym nauczycielom jest teraz łatwiej? Wcale nie tym, którzy zadawali uczniom przepisywanie definicji z podręcznika, ale tym, którzy wcześniej korzystali z metody projektu.

To znaczy?

Dawali uczniom jakiś cel, wspierali ich w wypracowaniu metody dojścia do tego celu, zachęcali do przetworzenia przez swój punkt widzenia jakiejś rzeczy, zjawiska. 

Dr Kamil Paździor, nauczyciel historii z II Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Matejki w Siemianowicach Śląskich opowiadał ostatnio, że daje uczniom wolność, jeśli chodzi o formę pracy. Mogą przygotować film, napisać rozprawkę, stworzyć nagranie. To wymaga od uczniów refleksji, stworzenia czegoś od nowa. 

Nauczyciele skarżą się, że nie ma jasnych wytycznych co do tego, z jakich narzędzi korzystać. W praktyce pracują na różnych platformach. "Wprowadzanie zbyt wielu narzędzi na raz, gubimy się my i uczniowie" - mówi mi jedna z nauczycielek. W poradniku MEN dotyczącym kształcenia na odległość także nie wskazano, które z rozwiązań jest najlepsze. 

Niektóre szkoły wdrożyły przed pandemią tego typu narzędzia, np. Microsoft Office 365 albo G Suite. Jeśli jednak tego nie zrobiły, nauczyciele i uczniowie byli na początku w dramatycznej sytuacji.

W praktyce wyglądało to na przykład tak: nauczyciel łączył się z uczniami na Skype, bo znał tylko ten program, albo wysyłał maile przez dziennik elektroniczny (np. Librus) potem odpisywał uczniom na Messengerze, o ile to byli starsi uczniowie i korzystali z tej aplikacji, a następnie odpisywał na maile, dzwonił albo wysyłał smsy do tych, którzy nie mieli internetu albo do ich rodziców. 

Zdarzało się też, że nauczyciele z tej samej szkoły wykorzystywali różne narzędzia - a uczniowie musieli sprawdzać szereg różnych komunikatorów i platform, żeby dowiedzieć się, jakie mają prace domowe. 

Uważam, że to dobrze, że ministerstwo nie promuje konkretnego rozwiązania komercyjnych firm, nawet jeśli są to rozwiązania dla szkoły nieodpłatne. To szkoła powinna o tym decydować. Najlepiej jednak, żeby wszyscy nauczyciele w danej placówce korzystali z jednego narzędzia. 

Poza tym, nawet jeśli szkoła ma już jedno narzędzie, jest ono wdrożone i wszyscy nauczyciele z niego korzystają, to wraca problem kontaktu z uczniami. Młodsi uczniowie nie mają Facebooka, własnych telefonów, maili. Ci z klas 1-3 lub z zerówki nie potrafią jeszcze pisać i czytać. Kontakt z nimi odbywa się za pośrednictwem innych dorosłych, co wymaga od nauczycieli - i oczywiście rodziców -  dodatkowego wysiłku. 

Jeśli chodzi o starszych, to rozmawiałam z wieloma rodzicami, którzy mówili np.: "mam trójkę dzieci i jeden komputer. Odbywają lekcje w tym samym czasie. I kto powinien mieć pierwszeństwo?". Najczęściej pada na najstarsze dziecko, które przygotowuje się do egzaminów. Optymalnym rozwiązaniem byłoby, gdyby każdy uczeń miał dostęp do własnego laptopa z kamerką i dobre połączenie internetowe.

"Duża część uczniów wręcz ginie, nie ma z nimi kontaktu. Taki uczeń jest np. na dwóch lekcjach z pięciu, odbiera maile, ale nie wykonuje zadań" - mówi mi nauczyciel z północnej części Polski. 

Niektórzy uczniowie rzeczywiście znikają z systemu. Powody są różne, nie tylko wynikają z problemów sprzętowych czy słabego łącza internetowego. Mogą być związane np. ze zdrowiem psychicznym lub sytuacją domową. Telefony zaufania dla młodych ludzi obecnie się urywają się. Są uczniowie, którzy w swoich domach kontaktują się z nauczycielem z łazienki, bo nie mają przestrzeni na spokojną rozmowę i wyjaśnienie, co się dzieje.

Uczniowie, z którymi rozmawiałam, mówili mi, że największym problem dla nich jest to, że nie mają przerw, a co za tym idzie: kontaktu z kolegami i koleżankami. Siedzą w domu sami. Proszę mi wierzyć, Zarówno dla młodszych, jak i starszych - z odmiennych powodów - to spory problem. 

I znów wracamy do kwestii relacji nauczyciela z uczniem. Jeśli ta relacja wcześniej była dobra, uczeń chętniej opowie o trudnościach, z którymi się zmaga. Dlatego coraz istotniejsze po pandemii będzie nawiązywanie takich kontaktów, opartych na zaufaniu, stałej wymianie informacji. 

"Kiedy  prowadzę lekcję na żywo, nie wszyscy włączają kamerki. Nie wiem, co robią, nie jestem w stanie skontrolować każdego, czy rzeczywiście uczestniczy w zajęciach. Przecież nie wywołam do odpowiedzi każdej z trzydziestu osób" - słyszę od nauczyciela. 

Ale ta kontrola jest zupełnie pozorna. Nawet jeśli uczeń bierze udział w lekcji, to nie znaczy, że jest uważny i skupiony. Nawet będąc w klasie można w trakcie zajęć rozmawiać, pisać wiadomości, liściki, oglądać filmy. Ten problem nie pojawił się teraz.

Na pewno pamięta pan takie lekcje ze swojej szkoły. Przyznam, że u mnie też tak było. Pamiętam jednak również te lekcje, których nie chciałam opuścić, bo byłam zafascynowana tym, co mówi nauczyciel. To efekt tego, czy lekcja jest prowadzona w sposób "podawczy", czy raczej nauczyciel zachęca do poszukiwań i odkrywania czegoś nowego.

Efekt jest taki, że upiecze się uczniom, którzy w trakcie pandemii po prostu wagarowali. Wielu nauczycieli nie odważy się teraz nie przepuścić uczniów do kolejnej klasy, właśnie dlatego, że nie wiedzą, jaka jest prawdziwa przyczyna. 

A ja wcale nie jestem pewna, czy uczeń, który nie przyszedł na lekcję zdalną, podczas której omawiamy alkany, alkiny, deltę i twardość drewna, spędził czas gorzej czy lepiej, mniej czy bardziej słusznie uprawiając w tym czasie jakiś sport, tak teraz w czasie zamknięcia w domu potrzebny.

O.

Postawiłabym raczej pytanie, dlaczego nie chciał się angażować i co spowodowało, że lekcje były dla niego tak mało interesujące. Nie ukrywam, że wcale się takim uczniom nie dziwię i nie przypinałabym im łatek "nie chce im się".  W ciągu dnia muszą skupić się najpierw na języku polskim, potem przeskakują na historię, następnie matematykę, fizykę i biologię. Zajmują się często bezsensownymi, niedokończonymi fragmentami wiedzy. 

Badania PISA pokazały, że polscy uczniowie są na ostatnim miejscu pod względem szczęśliwości. To niepokojące i symptomatyczne. Szkoła nie powinna być przechowalnią, przecież na nauce spędza się mnóstwo godzin.

Dlatego nauczyciel powinien prowadzić lekcję w taki sposób, by uczeń wybrał właśnie ją, choć ma alternatywę. To ważna wskazówka dla nauczycieli na przyszłość, jeśli edukacja zdalna w jakimś stopniu z nami pozostanie. Wspomniany wcześniej Kamil Paździor przestał stawiać uczniom złe oceny. Stawia tylko dobre, a jeśli ocena miałaby być zła, to daje możliwość poprawy aż do skutku. 

I jaki efekt?

Podziałało i zmotywowało. Uczniowie sami zaczęli angażować się w zajęcia. Nauczyciel nie może karać i wprowadzać polityki "nauczyć się, bo będzie dwója", a tym bardziej nie powinien wystawiać stopni za sytuację domową i sprzętową, tylko inspirować i powodować, że uczeń sam będzie dążył do tego, żeby zrobić coś więcej.

Pandemia jest też wyzwaniem dla rodziców młodszych dzieci. To tylko kilka głosów, które do mnie dotarły: "Panie z przedszkola wysyłają mailem fajne materiały, naprawdę, bardzo się starają, tylko co z tego, skoro sam muszę przysiąść nad tym z dzieckiem?".  "Moja kuzynka denerwuje się, bo nie potrafi wytłumaczyć dziecku pewnych zagadnień tak, jak nauczyciel, więc dziecko nie wszystko rozumie". "Nie ma psychicznych i fizycznych możliwości, żebym całkowicie poświęciła się uczeniu w domu dwójki dzieci. Przecież do tego sama pracuję zdalnie". 

To trudna sytuacja, bo człowiek nie dość, że jest zamknięty w domu ze swoimi dziećmi, to jeszcze wymagają one uwagi, a on sam ma przecież własne służbowe obowiązki. Rozumiem, że rodzicom jest ciężko, dlatego konieczne jest zrozumienie od wszystkich: pracodawców, nauczycieli, dyrektorów. Wszystkim nam potrzebna jest cierpliwość.

A jednocześnie widzimy jak na dłoni, że za proces edukacyjny odpowiedzialna jest i powinna być nie tylko szkoła, ale także rodzice, a nawet lokalna społeczność. Wspólne cele rodziców i nauczycieli są niezbędne. Szkoła to nie jest maszynka, do której wkłada się ucznia i z której wychodzi gotowy produkt. 

Wykażę się naiwnością, jeśli uznam, że część rodziców w tej sytuacji doceni codzienny wysiłek nauczycieli i w przyszłości będzie traktować ich z większą empatią?

Mam podobne przemyślenia, ale z drugiej strony rodzice to naprawdę niejednorodna grupa. 

Nasze badania pokazały, że nauczyciele za tę samą rzecz są przez jednych rodziców krytykowani i ganieni, a przez innych niemal wychwalani pod niebiosa. Powtarzam: za tę samą rzecz. Reakcje rodziców bywają różne. 

"Świetnie działa współpraca między nauczycielami. Wychodzimy z założenia, że jeśli same sobie nie poradzimy, to nikt nam nie pomoże" - mówi mi nauczycielka. Zaobserwowała to pani?

Zdecydowanie. Wcześniej na taką współpracę brakowało czasu, była bardziej na papierze niż w rzeczywistości. Nie oszukujmy się: w szkole nauczyciel na przerwie musi odbyć dyżur lub zająć się innymi sprawami, nie ma okazji do wymiany doświadczeń. 

Nauczyciele często dochodzili do wniosku, że materiał, który przygotowali, nie jest jeszcze wystarczająco dobry, żeby podzielić się nim z innymi. Nie robili tego zarówno z obawy przed krytyką, jak i z braku czasu, Teraz to się zmieniło. Wielu nauczycieli zaczęło dzielić się swoim warsztatem, pokazywać sobie nawzajem co działa, a co nie. Należą im się za to ukłony, bo przecież łączy się to z obawą przed wyśmianiem, oceną. Mam nadzieję, że taka współpraca i wymiana doświadczeń już z nimi pozostanie i przestaną być "samotnymi wyspami". 

Współpraca nauczycieli jest ważna także dla uczniów. Wiele szkół wprowadziło np. kalendarze, dzięki którym nauczyciele widzą prace zadawane uczniom z innych przedmiotów. Przez to udaje się uniknąć przeładowania.To dobra praktyka, którą warto na stałe wprowadzić do szkół.

Z sygnałów, które do mnie docierają, wynika, że nauczyciele po 50. roku życia mocno przyłożyli się do tego, by nauczyć się nowych narzędzi i nie pozostać w tyle za młodszymi kolegami.

Bo poczuli, że nie mogą zostawić swoich uczniów. To spora grupa. W Polsce mamy łącznie ok. 600 tys. nauczycieli, średnia wieku to 45 lat i wciąż rośnie. Nie ukrywajmy, nauczyciele w Polsce się starzeją. 

Z badań wynika, że mimo wysokiej średniej wieku w tej grupie zawodowej aż trzech na czterech nauczycieli korzysta z platform do edukacji zdalnej, ponad 70 proc. prowadzi z uczniami indywidualne konsultacje online. 

Nie mogę nie zapytać o "Szkołę z TV" Przed kilkoma tygodniami w sieci krążyły fragmenty m.in. z pokazem domowej gimnastyki, dowiedzieliśmy się też, że "liczby parzyste mają parę". Wiele osób dopatrywało się w tych zajęciach symbolu polskiej edukacji.

Hejt na konkretne osoby nie powinien mieć miejsca. Jedną kwestią jest zawartość merytoryczna, a drugą potraktowanie w ten sposób ludzi, którzy z różnych względów stanęli przed kamerą. Niektórzy chcieli podzielić się swoją wiedzą,odpowiedzieć na potrzebę uczniów, inni zostali wyznaczeni przez dyrektora. Jeśli popełnili błąd, to telewizja przed emisją powinna była po prostu nagrać odcinek jeszcze raz.

Lekcje były przygotowywane na szybko. Nauczyciele nie mieli czasu na to, by dobrze przygotować się do zupełnie innej formy pracy - bez udziału klasy, ani by opanować lęk  przed kamerą. Trudno jest prowadzić zajęcia w takich warunkach, zwłaszcza, gdy nie ma się bezpośredniego kontaktu z uczniem.  Rzeczywiście, te lekcje były różnej jakości. Niektóre były wręcz dramatyczne, inne poprawne, a jeszcze inne całkiem niezłe. 

"Szkoła z TVP" pokazała jednak, że w polskiej szkole wciąż królują metody "podawcze". Wykłady na pewno nie są najlepszą formą, to stare podejście do edukacji. 

Zobacz wideo Jakie są największe problemy polskiego systemu edukacji?

Jak pod kątem nauczania w pandemii wypadamy na tle innych krajów?

Jako fundacja pracujemy z wieloma międzynarodowymi partnerami, rozmawialiśmy z nimi na różnych etapach zamknięcia szkół. I tak np. w Hiszpanii był moment, kiedy edukacja zdalna w ogóle nie funkcjonowała, bo nie było na to przestrzeni, brakowało też odpowiednich narzędzi. 

W niektórych niemieckich landach podjęto decyzję, by nie wprowadzać w czasie zamknięcia szkół żadnych nowych treści. Zdecydowano się na powtórki, uzupełnianie wiedzy. W Holandii mimo dobrej jakości edukacji i indywidualnego podejścia do ucznia, znaczącym problemem  - większym niż w Polsce - był dostęp uczniów do dobrej jakości internetu. 

To, co mogliśmy w Polsce zrobić, a z czym poradzono sobie lepiej za granicą, to wcześniejsze podjęcie decyzji na temat przesunięcia terminu matur, egzaminów. Oszczędzilibyśmy uczniom, rodzicom i nauczycielom wiele niepotrzebnego stresu i nerwów. To jest doświadczenie, którego mogliśmy uniknąć.

Co czeka uczniów w szkołach po powrocie?

Do czerwca nie będzie żadnego odmrożenia, więc możemy rozmawiać o sytuacji obowiązującej najwcześniej od września. Nie wiemy, jak to będzie wyglądało, wydaje się jednak, że nie będzie to normalność w pełnym wymiarze.

To będzie szczególnie trudne doświadczenie dla uczniów rozpoczynających naukę w szkole - czy to podstawowej, czy ponadpodstawowej. Nie będą znali rówieśników - niełatwo jest przenosić istniejące relacje do sieci, a poznawanie klasy i nauczycieli na odległość będzie jeszcze trudniejsze. Badania wskazują zresztą, że tego uczniom brakuje najbardziej: relacji i kontaktu z rówieśnikami. To grupa rówieśnicza najlepiej pomaga rozładować stres i skatalizować emocje. 

Niezależnie od rozwoju sytuacji związanej z epidemią myślę, że zostaną z nami elementy edukacji zdalnej. Być może zostanie wprowadzony model tzw. blended learning, czyli połączenie edukacji stacjonarnej z edukacją na odległość. 

Jak wyglądałoby to w praktyce?

Takie rozwiązania stosuje się już na uczelniach, gdzie jedna część kursu odbywa się w wersji stacjonarnej, a druga - internetowej. Czy to jest możliwe do przełożenia na edukację szkolną? Tego jeszcze nikt nie wie. 

Na pewno zostanie z nami większe wykorzystanie technologii do komunikacji uczniów między sobą, nauczycieli z uczniami. Platformy do pracy zdalnej dalej będą służyły do pisania maili do całej klasy, zadawania prac domowych, do pracy na wspólnych dokumentach, zapisywania, a później kontynuowania pracy, którą wspólnie zaczęli uczniowie. 

Co z reżimem sanitarnym? Wyobraża sobie pani, żeby uczniowie zachowywali od siebie dystans, by w klasach na jednego ucznia przypadały np. 4 metry kwadratowe?

Mam nadzieję, że jakaś forma spotykania się będzie powoli wracać, bo uczniom jest to bez wątpienia potrzebne, a i rodzice muszą też skupić się na swoich obowiązkach. Będzie to z pewnością wymagało przemyślenia wielkości grup w szkołach, nie wszyscy uczniowie pewnie wrócą jednocześnie, ale odbędzie się to stopniowo. 

Szkołę w Polsce i na świecie czeka w najbliższych 5-10 latach rewolucja?

Pandemia przyspieszyła procesy, których byliśmy świadkami od lat - większego wykorzystywania nowych technologii do uczenia się, komunikowania, planowania pracy, czy prezentowania jej efektów. Dotychczas były to dość powolne zmiany. Nie wyobrażam sobie jednak, by polska, europejska, światowa szkoła przeszła w całości na nauczanie zdalne.

Zostanie z nami na pewno bardziej powszechne wykorzystywanie narzędzi internetowych, umożliwiających uczniom tworzenie projektów z zakresu np. grafiki komputerowej, tworzenia prezentacji. Większy nacisk będziemy kłaść na umiejętność wyszukiwania informacji, radzenia sobie z fake newsami, bezpieczeństwa w sieci. Zostanie też wspomniany wcześniej blended learning.

To znaczy, że uczeń za kilka lat będzie pojawiał się w szkole np. trzy razy w tygodniu, a pozostałe dwa pracował w domu?

Nie sądzę, bo budowanie i tworzenie codziennych relacji w szkole jest bardzo ważne. Szkoła powinna być bezpiecznym miejscem, które pozwala uczniom spędzić czas w gronie rówieśników, rozwijać relacje. nawiązywać przyjaźnie, a rodzicom mieć poczucie, że ich dzieci są otoczone dobrą opieką. Ten aspekt będzie utrzymany. Nauka zdalna będzie pełniła rolę wspomagającą, a ponadto da szansę tym, którzy, którzy np. z jakichś względów nie będą mogli przyjść na lekcje.

Co się wobec tego zmieni?

Chociażby to, że w szkołach, coraz częściej będą powstawać przestrzenie wspólne służące do zespołowej i indywidualnej pracy, odpoczynku, zabawy, planowania i realizowania projektów. Mam nadzieję, że stopniowo będzie odchodzić się od klasycznych sal lekcyjnych z tablicą i ławkami ustawionymi w rzędach.

A plan lekcji?

Wierzę w to, że polska szkoła nie będzie docelowo miała podziału na 45-minutowe lekcje, a zajęcia będą podzielone według obszarów tematycznych i projektowych, łączących wiedzę z różnych przedmiotów. Uczniowie będą raczej zajmowali się jakimś konkretnym zagadnieniem, a nauczyciele różnych dziedzin będą wspólnie ten proces planować.

Kim będzie nauczyciel w przyszłości? Stanie się bardziej kimś w rodzaju coacha, animatora edukacyjnego?

Na pewno można to tak nazwać. Już od starożytnej Grecji nauczyciel miał być z założenia inspiratorem, moderatorem procesu uczenia się, pokazującym, jak się uczyć, wskazującym kierunki, które warto zbadać.

Zeszyty i podręczniki pójdą w odstawkę? Nauka tylko przez smartfony, tablety, laptopy i inne narzędzia?

Podręczniki pełnią teraz dość istotną funkcję, bo zapewniają wiedzę tym uczniom, którzy nie mają dostępu do internetu. Na pewno ich rola będzie malała. I dobrze, bo strukturyzują on wiedzę w jeden konkretny sposób i nie zachęcają nauczycieli do tego, by podążać za tym, co oni sami lub uczniowie uważają za ciekawe.

Zmieni się też funkcja zeszytów lub zeszytów ćwiczeń. Powtarzalne ćwiczenia, służące wyrabianiu nawyków będą mogły odbywać się z wykorzystaniem narzędzi cyfrowych  Nie wyobrażam sobie natomiast, żeby wyeliminować ze szkoły ręczne pisanie, czy też rysowanie. Pisanie i wykorzystywanie umiejętności manualnych jest przecież bardzo ważne, a zwykła kartka papieru jest niezbędna do ekspresji artystycznej. To oczywiście nie wyklucza rysowania również np. na tablecie.  

Co z podstawą programową?

Mam nadzieję, że pandemia pomoże nam zrobić krok w takim kierunku, by nie była już przeładowana. Przestańmy w końcu fragmentaryzować wiedzę z podziałem na przedmioty, zacznijmy uczyć projektowo, nastawmy się na próby rozwiązywania prawdziwych i rzeczywistych problemów. 

Na przykład?

Analizując problem matematyczny, można porozmawiać z uczniami np. na temat obliczania oraz redukcji ilości plastikowych odpadów, które wytwarzamy w domu i w szkole. To samo dotyczy redukcji zużycia wody. Na matematyce możemy również planować domowy budżet, na biologii - hodować wspólny ogród, a na lekcji WOS-u rozmawiać z członkami lokalnej społeczności o ich potrzebach. Przykłady takich innowacyjnych lekcji m.in matematyki zajęć oferujemy już teraz w programie Fundacji Szkoła z Klasą Wartość dodana.  

Zresztą, takie zmiany już mają miejsce w wielu szkołach w Polsce. Takim przykładem jest chociażby szkoła prowadzona przez Ewę Radanowicz w Radowie Małym. Tam dba się o to, żeby szkołę opuścił człowiek ciekawy świata, gotowy, by ten świat zmieniać.

W rozmowę na temat zmian podstawy programowej powinni być zaangażowani nie tylko nauczyciele, ale również rodzice. Edukacja zdalna tylko uwydatniła to, jak ważna jest ich rola w procesie nauki dziecka. Wierzę też, że zmieni się system oceniania.

Dlaczego?

Ocena typu "czwórka" lub "piątka" poza szkołą nie ma żadnej racji bytu. Przecież za napisany artykuł lub przeprowadzony wywiad nie dostaje pan w redakcji oceny. Oceną dla pana są komentarze od czytelników lub opinia redaktora naczelnego. Jeśli ja prowadzę szkolenie, to też nie dostaję oceny, tylko informację zwrotną od uczestników: co się podobało, a co nie. Uczenie się dla stopni niczemu nie służy, a zabija kreatywność i chęć do działania.

Mam nadzieję również, że postawi się na ocenianie komunikacji, czyli umiejętności powiedzenia tego, co się zrobiło, pokazania tego światu. Uczniowie powinni chwalić się na zewnątrz tym, co robią, a nie wkładać swoją pracę do szuflady. 

Liczę na to, że w szkole w końcu zacznie się traktować uczniów jako ludzi, którzy mają coś do powiedzenia i są otwarci na rozwiązywanie problemów. Te trudne doświadczenia, z którymi się teraz zmagamy, pokazują, jak ważne jest dbanie po prostu o to, by uczniowie w szkole byli szczęśliwi. Przyjmijmy po prostu, że to ludzie, którzy miewają gorsze i lepsze dni, ale bez wątpienia drzemie w nich ogromny potencjał. 

*Agata Łuczyńska, ekspertka edukacyjna, socjolożka, trenerka oraz autorka programów szkoleń, publikacji dla nauczycieli i dyrektorów. Współzałożycielka i prezeska Fundacji Szkoła z Klasą. Zwolenniczka modelu szkoły otwartej, uczącej odpowiedzialności, współpracy, krytycznego myślenia i rozwiązywania problemów.