Koronawirus w Polsce. Immunolog: Nie ma w tej chwili powodu, by zatrzymywać dzieci w domach

- W tej chwili nie ma żadnych przesłanek, żeby trzymać dzieci w domach, odwoływać spektakle teatralne czy nie chodzić do kina. Sytuacja jest dynamiczna, trzeba to obserwować, ale na teraz nic się nie zmieniło - mówi w rozmowie z Gazeta.pl immunolog dr Paweł Grzesiowski. W środę minister zdrowia Łukasz Szumowski ogłosił, że stwierdzono pierwszy w Polsce przypadek wystąpienia koronawirusa.

Pierwszy w Polsce przypadek koronawirusa został zdiagnozowany w szpitalu w Zielonej Górze. Chory pochodzi z województwa lubuskiego i przyjechał z Niemiec. Pacjent czuje się dobrze, nie ma gorączki. Wszystkie osoby, które miały z nim kontakt odbywają w tej chwili kwarantannę.

Marcin Kozłowski, Gazeta.pl: Czy pierwszy przypadek koronawirusa w Polsce zmienia coś w życiu zwykłego Kowalskiego?

Dr Paweł Grzesiowski, immunolog, wykładowca Szkoły Zdrowia Publicznego CMKP, prezes Fundacji Instytut Profilaktyki Zakażeń:

Nie powinien nic zmienić, poza sytuacją tych osób, które miały kontakt z chorym.

Nic nie wskazuje na to, by pacjent zaraził się w Polsce. Do wykrycia doszło w odległym zakątku kraju. Wygląda na to, że wirus został "zawleczony" do Polski, nie jest to nasze rodzime zakażenie. Nie musimy przez to szukać dziesiątków Polaków, którzy mogli ulec zakażeniu, poza tymi, którzy mieli kontakt z tym chorym. 

Wszystko zadziałało modelowo. Kiedy usłyszałem o tej sytuacji, byłem pewien, że to ćwiczenia. Pacjent sam zadzwonił do lekarza, dostał informację, przekierowano go do Sanepidu, tam również udzielono dobrych wskazówek. Został przewieziony do szpitala zakaźnego, szybko umieszczono go w izolacji. Jeśli tak miałoby to wyglądać w przyszłości, budzi to wielką nadzieję, że pokonamy wirusa.

Na jednym przypadku może się skończyć?

Zakaźność tego wirusa nie jest tak wielka, że siedząc godzinę lub dwie w jednym autobusie zarazi się 100 procent pasażerów. Jeden chory zaraża przeciętnie dwie osoby, ale do tego muszą być spełnione kryteria, takie jak chociażby bliski kontakt. Ale trzeba dmuchać na zimne, bo przeoczenie choćby jednej osoby może dać początek nowemu ognisku zakażeń.

Wiele osób ma pewnie wątpliwości, czy w obecnej sytuacji dzieci powinny chodzić do szkoły, czy powinno się chodzić do pracy.

Nie jest to uzasadnione. W tej chwili nie ma żadnych przesłanek, żeby trzymać dzieci w domach, odwoływać spektakle teatralne czy nie chodzić do kina. Sytuacja jest dynamiczna, trzeba to obserwować, ale na teraz nic się nie zmieniło.

Czy możemy liczyć na to, że epidemia skończy się w najbliższym czasie?

Patrząc na dynamikę zachorowań w Chinach i Włoszech, sądzę, że trzeba się liczyć z kilkoma miesiącami. Nie wiem, z iloma konkretnie, byłoby to wróżenie z fusów. Chorych w pierwszej fazie wyraźnie przybywa, Europa obecnie odnotowuje rosnącą tendencję liczby zachorowań. Taka epidemia nie wygasza się w ciągu dni, tygodni. Nie wiemy, jak wirus się zachowa, gdy pogoda wyraźnie się ociepli. Jest również taka szansa, że może wirus "wyciszy się" po zmianie temperatur i będzie krócej przeżywać. Tego do końca nie jesteśmy w stanie przewidzieć, to są spekulacje. 

Jest możliwe, że za kilka miesięcy nie będą pojawiały się nowe zachorowania?

Nie wierzę w to, że w tym roku uda się wygasić wirusa całkowicie. Z jeszcze większą obawą myślę o kolejnym sezonie jesienno-zimowym 2020/2021. Pytanie, czy jesteśmy w stanie wygasić grypę? Obecnie mamy mało zarażonych koronawirusem, co sprzyja temu, że wirus się rozprzestrzenia. Dopóki nie ma szczepionki, jedynym hamulcem dla epidemii jest ludzka odporność po przechorowaniu. Ten, kto wyzdrowiał, stanowi blokadę dla zarażania. Jeżeli 30-40 proc. ludności przechoruje tego wirusa, będzie to stanowić blokadę dla jego rozprzestrzeniania się. Wtedy epidemia wygaśnie samoistnie.

Zobacz wideo Wiceprezydent USA: Leki na koronawirusa mogą być gotowe już latem, szczepionka pod koniec roku [Źródło: RUPTLY/x-news]
Więcej o: