Onkologia. "Ani zielona karta, ani leczenie onkologiczne, o którym tak krzyczą, nie pomaga. Kolejki były, są i będą"

- To było wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Nie ma pędu życia. Tak, jakby każdy musiał przyjąć, co swoje, odczekać i dopiero mógł wyjść. Niczego tutaj się nie da pospieszyć - mówi jedna z kobiet w ursynowskim Centrum Onkologii. Kiedy "na górze" trwa polityczna gra o dwa miliardy złotych, tu przebywają ludzie, którzy każdego dnia walczą o życie.

Centrum Onkologii na Ursynowie. Tu prawie nikt nie jest sam. Nawet jeśli ktoś siedzi samotnie na korytarzu, to okazuje się, że czeka na swojego bliskiego lub znajomego, który jest na chemio- czy radioterapii. Przychodzą tu różne osoby: rodzice z dorosłymi już dziećmi, dorosłe dzieci z rodzicami w podeszłym wieku, których przywożą na wózkach czy prowadzą pod rękę.

Diagnoza "nowotwór" podcina wszystkim skrzydła i podstawia nogę. Nie spotkałam się z osobą, która by się po niej nie przewróciła. Dopiero później wychodzi, czy człowiek się załamie, czy wstanie i będzie walczył

- mówi jedna ze spotkanych na korytarzu pielęgniarek.

Przed różnego rodzaju poradniami siedzi mnóstwo ludzi. Praktycznie w ciszy, mało kto chce rozmawiać. W podniesieniu się z upadku po diagnozie chorym pomagają bliscy - rodzina i przyjaciele. To oni działają, załatwiają wszystko. Podtrzymują chorego w przekonaniu, że rak wcale nie równa się śmierć i że jest sens walczyć.

"Blizny zewnętrzne są niewspółmiernie płytkie do tych, które tworzą się wewnątrz"

Poznałam Anię, kiedy była już po zabiegu operacyjnym, bardzo dotkliwym, bardzo okaleczającym ją jako młodą kobietę. Myślę, że do dzisiaj się z tym nie pogodziła. Patrząc na to z boku, mogę powiedzieć, że ta choroba ją złamała

- opowiada jedna z siedzących w szpitalu kobiet. Dodaje, że diagnoza była dla jej znajomej "ciosem w plecy". Zaznacza, że spotkały się z brakiem jakiegokolwiek przygotowania ich na tę sytuację ze strony lekarzy. Że nikt do końca nie powiedział, jak to tak naprawdę będzie wyglądać. Wspomina, że choroba rozwinęła się krótko po diagnozie. Dwa miesiące później była już operacja.

Oczywiście w kolejce miałyśmy czekać długo, więc zaczęło się szukanie pomocy po znajomości. Po operacji pan doktor się wycofał i zostawił ją samą sobie

- podkreśla i dodaje, że, co prawda, przychodził do niej psycholog, ale ona się zamknęła w sobie i nie chciała z nikim rozmawiać.

Poza zabiegiem potrzebna była radioterapia, więc zaczęły się dokładne badania, tomografie i potem przez kilka tygodni dzień w dzień trzeba było zakładać ubranie i buty, robić dobrą minę do złej gry i jechać do szpitala, gdzie bolało i parzyło

- mówi. Jak podkreśla nowotwory na twarzy są bardzo "okaleczające". Po zabiegu zostają ślady, na które do końca życia dzień w dzień patrzy się w lustrze. Ma się świadomość tego, że inni też to widzą. Dodaje, że "blizny zewnętrzne są niewspółmiernie płytkie do tych, które tworzą się wewnątrz".

Mój tata załamał się po operacji nowotworu. Uczył się na nowo jeść, mówić i akceptować wygląd samego siebie. Ale dopiero kiedy  wnuczek zapytał, czemu przestał go odbierać z przedszkola, bo przecież jest jego ukochanym dziadkiem, to go zmobilizowało

- mówi córka mężczyzny, który wyzdrowiał, ale wciąż, co jakiś czas, musi jeździć na kontrole.

Miałam szczęście. Kilka dni po usłyszeniu diagnozy miałam już operację. Wcześniej musiałam tylko załatwić wszystkie badania, ale na nie też dostałam skierowania. Tak naprawdę to wszystko działo się w błyskawicznym tempie i trafiłam w dobre ręce. Aczkolwiek życie jest przekorne

- tłumaczy jedna z pacjentek siedząca na korytarzu. Trzy miesiące po zabiegu okazało się, że jest przerzut do węzła chłonnego. Potrzebna była druga operacja, potem radio- i chemioterapia.

"Jest taki moment, w którym ma się ochotę uciec"

Pacjenci dodają, że to walka z "własną ułomnością". Po niektórych zabiegach ciężko jest zacząć żyć normalnie, a jeszcze potrzebne są na przykład naświetlania, które nie dość, że zewnętrznie niszczą skórę, to parzą jeszcze wszystko, co jest wewnątrz, bo chodzi o to, aby zniszczyć te komórki, których nie dało się wyciąć.

Jak się wchodzi na radioterapię, dochodzi do tych drzwi, to na chwilę się człowiek zatrzymuje. To jest taki moment, w którym ma się ochotę uciec

- mówi jedna z osób siedzących na korytarzu radioterapii. Dodaje, że później przychodzi taki czas, że chorzy zaczynają się otwierać i rozmawiają między sobą o tym, czy boli, jak się czują, które to napromieniowanie czy chemia. Czasami zdarza się, że ktoś się już nie pojawia.

Ja wchodzę na radioterapię ze znajomą, bo rodzina nie ma na to siły, nie potrafi udźwignąć tego ciężaru. Zresztą na takich spotkaniach potrzebny jest ktoś, kto patrzy na to z boku, wyłapuje pewne informacje czy zalecenia, bo chory często jest tak przerażony, że w pierwszym momencie w ogóle nie dociera do niego, co mówi lekarz

- stwierdza znajomy chorej na nowotwór kobiety. Ludzie mówią, że to dobry ośrodek, chociaż z zewnątrz wygląda przerażająco. Do tego stopnia, że, jak mówią pacjenci, "wzbudza niepokój i przygnębienie". Dodatkowo przytłacza chorych.

Niestety ośrodki onkologiczne są stare, przeciążone liczbą pacjentów. Te wszystkie oddziały powinny być wyremontowane. Myślę, że tu bardziej inwestuje się w aparaty. Ponoć na Ursynowie mają jedne z nowszych aparatów do radioterapii

- mówi jeden z pacjentów. Jak podkreślają zarówno chorzy, jak i ich rodziny, kiedy się jest tam pierwszy raz albo przyjedzie się samemu, można się zgubić, bo to "labirynt totalny".

Jest gros osób, które błądzą przez dłuższy czas i nie mają odwagi poprosić kogoś o pomoc. To też, mi się wydaje, jest taki brak otwartości na sytuację, w której ci ludzie się znaleźli. Że ta blokada jest niezależna od nich

- dodaje siedząca obok kobieta i wspomina, że pierwsze, co zobaczyła na oddziale radioterapii to basen z żółwiami, które leżały na kamieniach pod lampami.

To było takie wrażenie, jakby tutaj czas się zatrzymał. Nie ma pędu życia, tu każdy, kto przychodzi musi się zatrzymać. Tak jakby musiał przyjąć, co swoje, odczekać i dopiero mógł wyjść. Niczego tutaj się nie da pospieszyć. Może też, żeby się zastanowić chwilę?

"To okrzyczany system, że wszystko się zmieni i że ma być lepiej"

Trafiliśmy na kompetentnych lekarzy i wspaniałą panią radiolożkę. To są ludzie, którzy mają ogromną wiedzę, empatię, ale są zaganiani. Oni w jakiś sposób muszą odcinać się od tego wszystkiego. Są racjonalni i konkretni, a pacjenci mogą to czasem odbierać jako oschłość

- mówi siedzący pod jednym z gabinetów mężczyzna i dodaje, że kiedyś pielęgniarka opowiedziała mu, jak do placówki trafił młody człowiek z rozsianym nowotworem przy tętnicy szyjnej. Miał napromieniania, ponieważ rak był nieoperacyjny. Lekarze i pielęgniarki mieli świadomość tego, że czeka go śmierć. "Pomimo wszystkich rąk, które były na pokładzie nie udało się go uratować. Taka bezsilność".

To niewątpliwie dziedzina niedofinansowana, bo my tutaj mówimy o radykalnych nowotworach, które są leczone radio-, chemioterapią czy zabiegiem operacyjnym. A są też takie przypadki, które się leczy lekami. Pacjenci przychodzą na oddział, dostają leki, które biorą przez konkretny czas. To mniejsze, to większe dawki. To leczenie też wymaga opieki onkologów

- mówi pielęgniarka. Dodaje, że liczba chorych na nowotwory stale się zwiększa. Jak podkreśla, może to być spowodowane większą świadomością społeczeństwa, jednak niektórzy ze strachu na onkologię trafiają już w stanie terminalnym, kiedy nie da im się już pomóc.

To okrzyczany system, że wszystko się zmieni i że ma być lepiej. Pacjentem nikt nie pokieruje, tylko powiedzą na przykład, że ma jechać na Ursynów i się zapisać do lekarza. Wtedy, nie dość, że oficjalnie czeka się długo na takie wizyty, to jeszcze jak chory nie wie, co robić dalej, to ta droga się strasznie wydłuża

- podkreśla jeden z chorych. Jak dodaje, inaczej sytuacja wygląda, jeśli rodzina jest bardziej zorientowana, czyta w internecie jak to wygląda czy szuka lekarzy polecanych przez innych. Ale są też tacy zwykli ludzie, którzy nie mają takiego pojęcia.

Ani ta zielona karta, która miała tak to ułatwić, ani dostęp do specjalisty, ani to leczenie onkologiczne, o którym tak krzyczą, nie pomagają. Tak naprawdę to kolejki były, są i będą. Może teraz z perspektywy czasu jest troszkę łatwiej, bo jest inna organizacja, ale te kolejki pod gabinetami ciągle mam przed oczami

- mówi córka jednego z chorych, pielęgniarka w innym szpitalu.

Zobacz wideo 2 mld zł na media publiczne, a nie onkologię. Michał Woś komentuje