Potrącony pies czołgał się ostatkiem sił, a kierowcy go omijali. Zatrzymał się tylko jeden człowiek

Ponad 37 tys. osób udostępniło post kierowcy, który jako jedyny zatrzymał się, aby pomóc potrąconemu psu. Z jego relacji wyjawia się dramatyczny obraz - obojętność świadków zdarzenia i brak odpowiednich kompetencji wśród służb.

Do zdarzenia doszło około godzinie 17 w środę 29 stycznia. Pan Witold, który opisał historię potrąconego psa, jechał drogą krajową nr 50, kiedy między Górą Kalwarią a Dębówką musiał zwolnić. Okazało się, że na drodze leży potrącone zwierzę, a kierowcy omijają je bez większego namysłu.

"Nagle prędkość z 40 spada do 0, bo kierowcy przede mną muszą się zatrzymać, żeby ominąć przeszkodę. Bus omija i odjeżdża, a ja już wiem, co spowolniło ruch. Na jezdni jest potrącony, ewidentnie przed chwilą pies, duży pies, w typie owczarka. I uwaga, nie martwy. Na przednich łapach, czołga się na pobocze, a tylne łapy ciągnie za sobą" - napisał na Facebooku Witold Wysocki.

Mężczyzna twierdzi, że zakrwawione zwierzę, które próbowało zejść z drogi ostatkiem sił, minęło co najmniej sześć samochodów. W swoim poście oburzony zastanawia się, dlaczego kierowcy tak się zachowali.

"Naprawdę ominąć istotę potrzebującą ewidentnie pomocy i pojechać dalej? Bo ku**a co? Śpieszę się? Pada? Jest zimno? Nie wiem co zrobić???" - czytamy w relacji.

>>> Shakira nie chodziła, więc właściciele chcieli ją uśpić

Zobacz wideo

Kierowca próbował pomóc rannemu psu. "Wydawało mi się, że akcja trwała wieczność"

Pan Witold, choć był w takiej sytuacji pierwszy raz i sam nie wiedział, co robić, postanowił pomóc. Zadzwonił na 112, ale nie udało mu się połączyć z dyspozytorem. Chwilę później na miejscu zdarzenia pojawił się samochód służb drogowych. Kiedy zobaczyli, że kierowca włączył światła awaryjne ze względu na potrąconego psa, drogowcy stwierdzili, że zwierzę nadaje się do uśpienia. Pan Witold stwierdził jednak, że nie odpuści.

Wśród znajomych zaczął szukać kontaktu do kogoś, kto wie, do kogo warto się zwrócić. Dowiedział się, że Góra Kalwaria ma umowę na przewóz rannych zwierząt do Schroniska Na Paluchu, otrzymał też numer do Fundacji Animal Rescue Polska i straży miejskiej Góry Kalwarii. Straż miejska przyjęła zgłoszenie, ale na pytanie, kiedy przyjadą funkcjonariusze, dyspozytor odpowiedział, że nie wie i że na pewno nie przylecą helikopterem. Do Fundacji Animals Rescue Polska pan Witold musiał dzwonić wielokrotnie. Każdy telefon do którejkolwiek z organizacji wiązał się z koniecznością wysłuchania informacji o przetwarzaniu danych i nagrywaniu rozmowy. Cenny czas uciekał

Upór pana Witolda w końcu przyniósł skutek. Na miejsce przyjechali funkcjonariusze Fundacji Animal Rescue Polska i zabrali rannego psa do Szpitala Na Paluchu. Chwilę później na miejsce dotarła straż miejska, jednak nie był to eko patrol.

Niestety, historia ta nie ma dobrego końca. Rannego psa nie udało się uratować. "Karma wraca" - pisze pan Witold, zwracając się do wszystkich, którzy ominęli psa i odjechali bez udzielenia mu pomocy.

Więcej o: