Pierwsze polskie UFO. Tajemniczy obiekt z gdyńskiego portu, który nie był satelitą

Sztormowym świtem 21 stycznia 1959 roku pracujący na nocnej zmianie w gdyńskim porcie mieli dostrzec na niebie coś niezwykłego. Ognista kula ciągnąca za sobą ogon dymu i pary z wielką prędkością zmierzała w ich kierunku. Ostatecznie z hukiem i "metalowym zgrzytem" wpadła do basenu portowego. Tak wygląda początek pierwszej historii o UFO w Polsce. Do dzisiaj nierozwikłanej.

Tajemnicze zdarzenie obrosło różnymi legendami i potencjalnymi wyjaśnieniami. Od standardowych kosmitów, przez tajne uzbrojenie i satelitę, po prozaiczny meteoryt. Jedno jest pewne, było to dla Polski wydarzeniem na miarę tego, co się stało w amerykańskim Roswell w 1947 roku (rozbił się tam wówczas balon szpiegowski CIA, ale dla przykrywki rozsiewano plotki o kosmitach, co zapoczątkowało manię w całym kraju) - początkiem całej serii doniesień na temat wizyt "latających spodków".

Obiekt w gdyńskim porcie

Odnośnie do wydarzeń w Gdyni pewność jest właściwie tylko co do tego, że coś wpadło do basenu nr IV przy Nabrzeżu Polskim. Stało się to około godziny piątej-szóstej rano, w mroźną sztormową pogodę. Ognisty, silnie świecący obiekt spadający z nieba miała dostrzec z bliska garstka osób pracujących wówczas na zewnątrz na statkach, nabrzeżach, dźwigach i przy magazynach portowych. Do tego światło nad portem miało dostrzec też wielu mieszkańców miasta.

Dopiero po dwóch dniach dwoje z nich, małżeństwo Płonczkier, zgłosiło się ze swoimi rewelacjami do redakcji "Wieczoru Wybrzeża". Po ich telefonie do portu wyruszył dziennikarz popołudniowego dziennika i już tego samego dnia wieczorem, 23 stycznia, mieszkańcy Trójmiasta mogli przeczytać szokujący artykuł o tajemniczych wydarzeniach w gdyńskim porcie. To z niego pochodzą powtarzane do dziś podstawowe relacje świadków o ognistym obiekcie "długości około metra, raczej półkolistym niż okrągłym, najpierw różowy, później coraz bardziej czerwieniejący". Inni świadkowie wspominali o zgrzycie powstałym jakby przy tarciu metali. Dodatkowo woda po uderzeniu miała wytrysnąć w górę na wysokość półtora metra.

Później w kolejnych tytułach prasowych pojawiały się następne artykuły i relacje świadków. Dochodziły różne wariacje mówiące o tym, jak ów obiekt miał lecieć, jaki miał kształt, że został szybko wydobyty z dna, że sprawą natychmiast zainteresowały się służby bezpieczeństwa oraz wojsko.

Dodatkowo pojawiły się rewelacje, jakoby kilka dni później na plaży w pobliżu gdyńskiego portu natrafiono na ledwo żywą dziwną postać w metalicznym skafandrze. Rzekomo szybko przewieziono ją do szpitala, gdzie poddano badaniom i stwierdzono, iż na pewno nie jest człowiekiem. Potem miała umrzeć lub zapaść w śpiączkę po zdjęciu z ręki tajemniczej bransolety. Często powtarzanym wątkiem jest wywiezienie w tajemnicy do ZSRR szczątków obiektu rzekomo wydobytego z basenu portowego i rzekomego kosmity badanego w szpitalu.

Faktem jest natomiast, że oficjalne i relacjonowane przez media przeszukanie dna przez nurków, a potem przy pomocy pogłębiarki nie dały efektów. Znaleziono jedynie jakiś bliżej nieokreślony metalowy obiekt, który musiał leżeć w wodzie co najmniej kilka miesięcy.

Współczesny oficjalny plan portu w Gdyni. Basen IV jest widoczny na środkuWspółczesny oficjalny plan portu w Gdyni. Basen IV jest widoczny na środku Fot. port.gdynia.pl

Meteoryt, satelita, kosmici?

Pół wieku temu często powtarzanym wytłumaczeniem wydarzeń w Gdyni był meteoryt. Pierwsze relacje świadków pasują do tego, jak mógłby wyglądać upadek do basenu portowego kosmicznej skały. O takim wytłumaczeniu wydawała się być przekonana Polska Akademia Nauk, która oferowała w 1960 roku tysiąc złotych za znalezienie meteorytu. Sprawie przyglądało się też Polskie Towarzystwo Miłośników Astronomii. Członkowie lokalnego gdyńskiego oddziału rozmawiali ze świadkami i uczestniczyli w akcji przeszukiwania dna basenu portowego. Według ich oceny najpewniej był to meteoryt, choć z braku konkretnych dowodów wydarzenie jest zakwalifikowane jako "wątpliwe".

Inne często powtarzane w mediach wytłumaczenie jest znacznie bardziej sensacyjne i pasujące do zimnowojennych klimatów rywalizacji mocarstw. Ognistym obiektem spadającym na Gdynię miałby być amerykański eksperymentalny satelita telekomunikacyjny SCORE. Nadawał między innymi świąteczne pozdrowienia od prezydenta USA Dwighta Eisenhowera. Satelitę wystrzelono w grudniu 1958 roku z przylądka Canaveral. Ponownie wszedł w atmosferę 21 stycznia 1959 roku. W oficjalnych amerykańskich archiwach nie ma informacji, nad jaką częścią Ziemi się to stało.

Zbieżność dat pozwala snuć teorie, że SCORE spadł na Gdynię. Można wówczas dorabiać teorię, jakoby sprawę szybko przejął wywiad i towarzysze radzieccy zainteresowani wówczas topową amerykańską technologią. Problem w tym, że amerykański satelita nie mógł się pojawić nad Polską. Dane na temat jego orbity są jak najbardziej dostępne w amerykańskich archiwach. Miała ona mieć nachylenie wynoszące 32,3 stopnia. Pozwala to określić mniej więcej, nad jakimi regionami Ziemi przelatywał SCORE. No i nie przelatywał nad Polską lub nawet w jej pobliżu. Najdalej na północ mógł dotrzeć gdzieś w rejon Libii czy Egiptu.

Uproszczona symulacja orbity satelity SCOREUproszczona symulacja orbity satelity SCORE Fot. observablehq.com

Jeśli nie SCORE, to co wpadło do basenu portowego nr IV? Jak to zwykle bywa z tego rodzaju historiami, nie wiadomo na pewno. Być może kiedyś na jaw wyjdą jakieś dzisiaj nieznane dokumenty służb bezpieczeństwa lub radzieckiego wojska licznie stacjonującego wówczas w północnej Polsce i pobliskim rejonie Kaliningradu. Meteoryt, sprzęt wojskowy, kosmici? Jedno jest pewne. Wydarzenia z Gdyni z 1959 roku to takie polskie mini-Roswell. Być może w podobny sposób zostaną kiedyś wyjaśnione. Choć nawet wówczas na pewno nie wszyscy w to wyjaśnienie uwierzą i historia nadal będzie żyła swoim życiem.

Więcej o: