Piotr Adamowicz: Nie mam w sobie gniewu i nienawiści wobec mordercy

- Z czasem zabójstwo Pawła stanie się dla wielu jedną z licznych tragicznych historii. Takie jest życie. Rozumiem to. Dlatego dopóki pytają mnie o Pawła, chcą o nim pisać i słuchać, to odpowiadam - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Piotr Adamowicz, brat zamordowanego przed rokiem prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.

Na Gazeta.pl gramy #JedenDzieńDłużej z WOŚP. Tutaj możesz wesprzeć naszą zbiórkę:

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Chciałby pan zapomnieć?

PIOTR ADAMOWICZ: Jestem bardzo tym wszystkim zmęczony. W szczególności ostatnimi kilkunastoma dniami. Tuż po świętach uciekliśmy na tydzień z żoną do Odessy na pierwszy wspólny urlop w tym niełatwym roku. Dosłownie dzień przed sylwestrem zaczęło się - telefony, SMS-y, maile. Zbliżała się rocznica śmierci Pawła, każdy chciał wywiadu albo zaaranżowania wywiadu z rodzicami. Tak się wściekłem, że w Nowy Rok po południu wyłączyłem komórkę i przestałem odpowiadać na maile. Wściekłem się, bo...

… popsuli urlop.

Dokładnie tak. Ale ta ucieczka od tych pytań, próśb była oczywiście tylko na chwilę. Wiadomo, że tych wywiadów należało udzielić.

Dlaczego?

Bo przypominanie o tej tragedii to moja osobista powinność. To była publiczna egzekucja, nie oszukujmy się. Poza tym ludzka pamięć i postrzeganie wydarzeń z przeszłości są zawodne. Zwłaszcza gdy w jakiejś sprawie jest dużo szumu informacyjnego, a tak jest w przypadku zabójstwa Pawła. Nie chcę, żeby pamięć o wydarzeniach sprzed roku uległa zniekształceniu.

Z drugiej strony w rozmowie z "Newsweekiem" powiedział pan, że momenty, gdy wracają wspomnienia, są dla pana najtrudniejsze: "Nie chcę, żeby wracały, bo na to jest jeszcze za wcześnie. Nie jestem na to jeszcze gotowy".

To prawda. Ale mam też świadomość, że z czasem ludzie do wszystkiego się przyzwyczajają, zapominają. To naturalne. Dlatego dopóki kogokolwiek historia Pawła jeszcze interesuje, to należy o niej mówić. W tym roku była pierwsza rocznica jego śmierci, więc obchody były godne i to bardzo fajnie, ale za rok już tak nie będzie.

Myśli pan, że ludzie przejdą nad zabójstwem pana brata do porządku dziennego?

Z czasem zabójstwo Pawła stanie się dla wielu jedną z licznych tragicznych historii. Takie jest życie. Rozumiem to. Dlatego dopóki pytają mnie o Pawła, chcą o nim pisać i słuchać, to odpowiadam.

Jednocześnie uważa pan, że historia pana brata nic nie zmieniła w tzw. wojnie polsko-polskiej. "Szybko polskie sprawy wróciły do swej chorej normy" - stwierdził pan w rozmowie z Onetem. Jeśli takie wydarzenie nic nie zmienia, to czy cokolwiek może tę zmianę przynieść?

Z pewnością jest wiele osób, których ta śmierć poruszyła i u których w pewien sposób wywołała refleksję. Gdyż, powtórzę, to była publiczna egzekucja poprzedzona niemal zorganizowaną nagonką w wykonaniu niektórych mediów. Mniej jest ważne, co ja sądzę. Przypomnę dramatyczny apel dominikanina o. Ludwika Wiśniewskiego o zaniechanie nienawiści i pogardy. I co? Przez kilka, może klikanaście dni politycy, analitycy i komentatorzy rozbierali ów apel na czynniki pierwsze. Następnie życie publiczne wróciło do "normy".

Zobacz, co o. Ludwik Wiśniewski mówił podczas pogrzebu Pawła Adamowicza:

Zobacz wideo

Pan wrócił do normy? Jak ostatni rok zmienił Piotra Adamowicza?

Staram się nad tym nie zastanawiać. Każdy człowiek ma określoną pojemność emocjonalną, psychologiczną. Bardzo uważam, żeby wspomnienia i rozmowy o Pawle nie przerodziły się w rozpamiętywanie. Rozpamiętywanie nikomu nie pomaga, nie jest wyjściem z sytuacji. Z drugiej strony na antypodach byłoby stanięcie obok całej sprawy i zapomnienie o niej. Tak się nie da i nie można.

Chyba nikt z bliskich nie chce zapomnieć.

Nie chce, ale staramy się nie rozmawiać o tym, co się wydarzyło rok temu. Podczas Wigilii byli u nas moi rodzice oraz Magda [Adamowicz, żona Pawła - przyp. red.] z dziewczynkami. Myśmy w zasadzie ani razu nie nawiązali do tego, co stało się rok wcześniej ani do tego, że te święta są zupełnie inne (chociaż oczywiście każdy czuł, że są inne).

Pan co czuł? Co czuje po tym roku?

Przede wszystkim musiałem zająć się rodzicami - matka ma 85, a ojciec 92 lata - a także swoją własną rodziną, która mocno tamte wydarzenia przeżyła. Przetrwać tamte dni bardzo pomógł mi nawał obowiązków - od odbioru aktu zgonu, przez szereg mniejszych rzeczy, po przygotowaniach do mszy.

To pozwalało uciec od myślenia o tym, co się stało?

Tak, bo przez kilka dni nie uświadamiałem sobie niczego, byłem w zupełnie innym świecie. Tak naprawdę nie bardzo wiedziałem, co się dzieje w całym Gdańsku - że Pawła wspominają i opłakują tysiące gdańszczan. Nie wiedziałem, co się dzieje w Polsce - że ludzie gromadzili się zarówno w małych, jak i dużych miastach, żeby oddać cześć Pawłowi.

Kiedy się pan o tym wszystkim dowiedział?

Już później, po fakcie.

Paweł AdamowiczPaweł Adamowicz Fot. Jakub Porzycki / Agencja Gazeta

Pierwsza myśl?

Bardzo tym wszystkim ludziom za to dziękuję! Kiedy później dowiedziałem się, jaka była skala tych wszystkich gestów poparcia, tej solidarności, bardzo mi to pomogło. To było i dla mnie, i dla naszej rodziny szalenie ważne. Zabójstwo Pawła było dla mnie i mojej rodziny gigantycznym ciosem. Ale dzisiaj wiem, że reakcja setek tysięcy nieznanych osób mnie wzmocniła, jestem mocniejszy wewnętrznie.

W jakim sensie?

Jeżeli coś trzeba wykonać, zrobić, to nie ma na co czekać, tylko trzeba działać. Taka jest potrzeba, nie ma co się rozdrabniać. Decyzje, decyzje, decyzje.

Takie podejście sporo ułatwia w przeżywaniu straty.

Ułatwia. Zadaniowość, czyli fakt, że musiałem załatwiać coś bezpośrednio po morderstwie, pozwalała mi się nie rozsypać. Gdybym zaczął roztkliwiać się nad sobą, moją rodziną, rodzicami, rodziną Pawła, całą sytuacją, odpadłbym emocjonalnie i nie wiem, czy udałoby się potem pozbierać.

Opowiem o jednej ważnej refleksji zaraz po morderstwie. Cud boski, że brat tym razem kwestował na WOŚP sam, bez najstarszej córki Antoniny. Z pewnością zabrałby ją na scenę i wówczas mogła też zostać zaatakowana przez Stefana W. albo być świadkiem publicznej egzekucji ojca. Czy pan i czytelnicy mogą sobie wyobrazić taką sytuację? Niekończąca się trauma!

Ta zadaniowość, o której pan mówi, nie rozwiązuje sprawy żałoby, przepracowania bólu, tylko odkłada to w czasie.

Zgoda. Ale tak to działa. Dzięki temu, że jestem tutaj w Sejmie i wykonuję moje poselskie obowiązki, mogę uciec od wydarzeń sprzed roku, nie myśleć o nich.

Minął rok. Ta metoda cały czas działa?

Na razie tak, ale nie wiem, jak długo będzie działać.

Ma pan plan B, gdyby nagle przestała działać?

Nie ma planu B, jest plan A - pilnować śledztwa, być z rodziną i przyjaciółmi, wypełniać nowe obowiązki najlepiej, jak jest to możliwe. Proszę nie pytać o leki. Nie biorę i nie brałem. Zaraz po śmierci brata podano mi jakąś miksturę. Potem wypisano receptę na tabletki. Wziąłem raz czy dwa i odstawiłem.

Ucieczka przed roztkliwianiem pozwoliła też panu uciec przed takimi uczuciami jak chęć odwetu, gniew, gorycz, nienawiść?

Nie było mowy o rozgoryczeniu czy żądzy odwetu. Zostaliśmy wychowani w tradycyjnej, wierzącej rodzinie, w której Dekalog i pewne kanony moralne mocno się trzymają.

A gniew i nienawiść? To naturalne uczucia dla kogoś, kogo spotkała taka tragedia.

Nie mam w sobie gniewu i nienawiści wobec mordercy. Mam oczekiwanie i żądanie, żeby odpowiedział za egzekucję brata. W tym wszystkim pomaga mi to, że za cel postawiłem sobie pilnowanie śledztwa w sprawie zabójstwa Pawła. Chcę, żeby toczyło się w należyty sposób, żeby nikt niczego nie zawalił, żeby sprawa została możliwie jak najlepiej wyjaśniona.

I znowu to zadaniowanie. Znowu przywraca równowagę, pozwala uporać się z żałobą.

Sam pan widzi, tak już jest. Ale jest też zupełnie prozaiczny powód - muszę się tym zająć, ponieważ rodzice są już w sędziwym wieku, a Magda jest w Brukseli i ma inne obowiązki.

28. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Gdańsku28. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Gdańsku Fot. Bartosz Bańka / Agencja Gazeta

Kryzysy, tragedie, sytuacje krytyczne zawsze weryfikują krąg najbliższych ludzi. Tutaj też tak było? Ktoś zawiódł, nie sprawdził się w najtrudniejszych chwilach?

Zarówno bliżsi, jak i dalsi znajomi zdali ten egzamin w stu procentach. Ze wsparciem dzwonili do mnie ludzie, z którymi kontakt urwał się kilkanaście lat temu. Tuż po zabójstwie Pawła nie miałem ani czasu, ani siły oglądać telewizji, czytać gazet, przeglądać internetu. Post factum, już po uroczystościach pogrzebowych, dowiedziałem się, że w "Rzeczpospolitej", w której pracowałem osiemnaście lat, ukazało się wielkie ogłoszenie ze słowami wsparcia dla naszej rodziny, podpisane przez kilkudziesięciu dziennikarzy, z którymi przez lata pracowałem lub współpracowałem. Mogę powiedzieć tylko jedno: dziękuję. Inny przykład - małżeństwo emerytowanych lekarzy z Nysy przysłało moim rodzicom paczkę z jakimiś czekoladkami, książkami, ubrankami dla dziewczynek. Przysłali tę paczkę, chociaż nie mieli dokładnego adresu - znali jedynie miasto i ulicę, bo wiedzieli, że kondukt pogrzebowy podczas swojego przejścia ulicami Gdańska zatrzymał się przed naszym domem rodzinnym. Zwykły czy niezwykły gest?

Zobacz, jak Polacy wspominali prezydenta Pawła Adamowicza:

Zobacz wideo

Takie gesty dużo znaczą? Zazwyczaj są trywializowane.

Znaczą bardzo dużo. Nie można tego trywializować. Takie gesty, odruchy ludzkiego serca niewątpliwie pomagają przetrwać i rodzicom, i mnie, i mojej rodzinie. Ktoś z drugiego końca Polski w odruchu serca postanowił działać, pomóc, wesprzeć. To jest wspaniałe. Moich rodziców stać, żeby kupić sobie te książki czy czekoladki, ale nie o to chodzi. Chodziło o gest. A tego nie można zmierzyć żadnymi pieniędzmi.

Zabójstwo pana brata to w waszej rodzinie temat tabu?

Nie. Rozmawiamy o tym ze sobą, ale nie są to długie i pogłębione dyskusje. Przede wszystkim nie chcę tym męczyć rodziców. To mocno starsi ludzie, nie chcę wchodzić w szczegóły sprawy. Nie znając reguł rządzących współczesnym światem, mogą źle interpretować pewne fakty, słowa. Dlatego chociażby nie rozmawiam z nimi o wszystkich aspektach śledztwa.

Waszą rodzinę wydarzenia ze stycznia ubiegłego roku mocno zmieniły? Wyszliście z tego silniejsi czy rozbici?

To bardzo trudne pytanie, na które jeszcze nie mam odpowiedzi. Nie mam jej, bo jest na nią zbyt wcześnie. Nie chcę wchodzić w szczegóły.

Co z samym Gdańskiem? Wasza rodzina jest z nim bardzo związana, mnóstwo rzeczy w mieście kojarzy i będzie się kojarzyć z pana bratem. Nie miał pan momentu, w którym pomyślał: może warto wyjechać, zacząć wszystko od nowa w innym miejscu?

Nie, nigdy. Absolutnie nie. To było, jest i będzie moje miasto.

Po zabójstwie brata jest jeszcze bardziej pana miastem?

Myślę, że tak. Zresztą, jak czytał pan mój życiorys, to wie, że Aleksander Hall był moim nauczycielem historii w liceum, a w 1979 roku związałem się z opozycyjnym Ruchem Młodej Polski. Potem były kolejno strajk w Stoczni Gdańskiej, praca w Komisji Krajowej "Solidarności", poznanie ówczesnych elit opozycyjnych (Geremka, Mazowieckiego, Borusewicza, Lecha Kaczyńskiego, małżeństwa Gwiazdów, Lisa, Wielowieyskiego czy Bugaja; Tuska poznałem później, w 1983 roku) z Wałęsą na czele, stan wojenny, cztery miesiące w jednej celi Zakładu Karnego Iława z Macierewiczem, wreszcie działalność podziemna w roli kuriera. Po 1989 roku też działałem na rzecz Gdańska, że tylko wspomnę o współorganizacji gdańskiego Millennium. Gdańsk to całe moje życie, Gdańsk to ja. Jak miałbym zostawić to miasto?

Ludzie różnie reagują na traumatyczne sytuacje. Niektórzy chcą się odciąć, odzyskać spokój.

Nie ja, nie w ten sposób.

Sam Gdańsk jest dzisiaj inny niż przed zabójstwem prezydenta Adamowicza?

Jest taki sam jako miasto wolności i solidarności, ale z pewnością wzmocniony.

Paweł AdamowiczPaweł Adamowicz Fot. Michał Ryniak / Agencja Gazeta

Muszę też zapytać o zabójcę pana brata Stefana W., a raczej o jego matkę. Spotkał się pan z nią albo chciał spotkać?

Nie spotkałem się. Być może mógłbym się z tą panią spotkać, ale już po zakończeniu całej tej historii, czyli przede wszystkim śledztwa i procesu. Wcześniej takie spotkanie mogłoby zostać wykorzystane w sądzie albo w przestrzeni medialnej.

Czyli po procesie?

Jeśli wszystko zostanie wyjaśnione, być może tak. Ale na pewno nie wcześniej, nie na obecnym etapie.

Czego oczekiwałby pan po takim spotkaniu? Zwykłej rozmowy, odpowiedzi na jakieś pytania, zrozumienia czegoś więcej z tego, co się wydarzyło?

Tuż po tej tragedii matka Stefana W. powiedziała w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej", że przeprasza i prosi o wybaczenie. Moja matka powiedziała wtedy, że współczuje tej kobiecie jak matka matce. Obie są matkami i czują tę sytuację. Wiedzą, jak wielkie jest to obciążenie. I to było dobre. Natomiast później próba spotykania się, modlitwy przed urną czy wspólnego palenia świeczek - nie, zdecydowanie nie.

Kto składał takie propozycje?

Możliwości są trzy - refleksja matki Stefana W., pomysł obrońcy mordercy albo pomysł jakiegoś tabloidu. Być może jakieś wspólne działanie.

Brał pan w tym roku udział w finale WOŚP?

Tak.

Nie było wątpliwości? Bariery emocjonalnej? Strachu przed wspomnieniami?

Sytuacja była trudna. Proszę samemu postawić się w mojej sytuacji. Gdybym jako brat zamordowanego Pawła Adamowicza nie poszedł kwestować z puszką, od razu wychwyciłoby to jedno z tzw. mediów narodowych i rozkręciło histerię pod hasłem "Adamowicz bojkotuje Owsiaka". Mimowolnie stałbym się narzędziem propagandy mediów publicznych.

To był jedyny powód, dla którego wziął pan udział w tegorocznym finale?

Akcja, którą Owsiak z powodzeniem organizuje jest z całą pewnością pożyteczna. Cenię ją. Dlaczego miałbym jej nie wesprzeć? Jednak bez egzaltacji. Nie będę przez pół dnia krzyczeć "Siema!", gdyż to nie leży w mojej naturze. Każdy z nas jest inny.

Nie boi się pan, że coroczne finały WOŚP nie pozwolą wam zapomnieć o zabójstwie Pawła, ostatecznie tego przepracować i zostawić za sobą?

WOŚP sama sobie poradzi i my musimy sami sobie poradzić. Poradzimy sobie. Dziękuję za to pytanie, bo zmusza mnie ono do decyzji.

Jakiej?

Że WOŚP należy pomagać, należy ją wspomagać. Być może Orkiestra powinna pamiętać o tym smutnym wydarzeniu, ale nie jestem przekonany, czy powinna budować na nim swoją narrację.

WOŚP w OlsztynieWOŚP w Olsztynie Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta

W wywiadach mówił pan, że po zabójstwie brata długo namawiano pana na start już w zeszłorocznych eurowyborach. Ostatecznie wystartował pan jesienią do Sejmu. Dlaczego się pan zgodził?

To prawda, już wiosną niektórzy samorządowcy namawiali mnie na kandydowanie do europarlamentu, ale od razu im powiedziałem, żeby mnie nie męczyli. Wiosną ubiegłego roku byłem kompletnie wykończony. Nie chciałem nawet słyszeć o żadnym kandydowaniu. Potem przekonywanie wznowiono, rozmówcy się zmienili, byłem też silniejszy emocjonalnie. Namówili mnie na start do Sejmu.

Kto przekonywał, kto zadzwonił? Grzegorz Schetyna?

Nie, absolutnie. Zadzwonił Bogdan Borusewicz.

Długo musiał przekonywać?

Po Bogdanie rozmawiałem też z innymi. Trwało to jakieś trzy tygodnie. Moją żonę w pewnym momencie również przekonali, bo też była przeciwna.

Kim byli ci "inni"?

Poza Bogdanem Borusewiczem rozmawiałem wtedy z prezydentami Aleksandrą Dulkiewicz i Jackiem Karnowskim, a także marszałkiem Mieczysławem Strukiem. Było nawet kilku księży z argumentacją, że mieliby na kogo głosować. Z Karnowskim jeździłem też trochę po Polsce, towarzyszyłem mu w rozmowach z niektórymi samorządowcami o ich starcie w wyborach - np. z Zygmuntem Frankiewiczem. Co przeważyło? Chyba ich argumentacja, z którą w sumie się zgadzam. Mam jakieś CV, mam pewnego rodzaju doświadczenia ze sfery publicznej, bo w politycznych kategoriach zaangażowany byłem już w 1979 roku. "Solidarność" była polityką, stan wojenny był polityką. Dziennikarstwo - zaczynałem w 1988 roku w Agence France-Presse, 18 lat przepracowałem w "Rzeczpospolitej" - też było jakimś udziałem w polityce, działalnością publiczną. Do tego brat od 30 lat zaangażowany w działalność publiczną. To nie było tylko ocieranie się o politykę, tylko bycie w tej polityce, wpływanie na nią. Czy chcę, czy nie, to w polityce jestem niemal od zawsze.

Politykiem się pan czuje?

Nie, chociaż jako poseł nim jestem. Ja widzę to tak, że po prostu próbuję coś zrobić, korzystając z własnych doświadczeń, przemyśleń i wiedzy. Tym bardziej że w obecnym Sejmie jest ekipa ludzi - mówię o byłych samorządowcach - którzy przeszli naturalną ścieżkę kariery. Zaczynali od samorządów, potem byli prezydentami miast, teraz są w parlamencie. Widzę w nich jakościową różnicę względem niektórych parlamentarzystów, którzy na Wiejskiej są od zawsze. To jest inny język i innego rodzaju zachowania.

Nogi bardziej na ziemi.

Bardzo trafne określenie. Kupuję je od pana, jeśli pan pozwoli. Nie chodzi też nawet o to, że im bardziej się chce, ale o to, że polityka w ich wydaniu jest bardziej zrozumiała, klarowna. Nawet język, którym się posługują, jest inny. Jest prosty wybór: tak albo nie.

Bez politykowania.

Otóż to. Nie ma rozdrabniania każdej kwestii, hamletyzowania, permanentnej kalkulacji. Jest konkret: pomysł, przygotowanie, realizacja, efekt.

Tego konkretu tak brakuje w polskiej polityce?

Pewnie, że brakuje. Ludzie ciągle zadają mi pytanie: co można dzisiaj zrobić. Uważam, że trzeba mówić im prawdę.

Jaka jest ta prawda?

Taka, że niewiele można zrobić. PiS ma większość w Sejmie, ma większość w komisjach sejmowych. Tłumaczę ludziom, którzy mnie pytają, te złożone sejmowe mechanizmy i zależności. Bo ludziom Sejm i Senat kojarzą się z tym, co widzą w krótkim materiale w telewizji, tymczasem esencja działania obu izb to praca w komisjach i podkomisjach. Opowiadam też o parytetach, składach osobowych, o tym, że wszystko można przegłosować, o tym, że rewolucji nie będzie, bo jest cały szereg uwarunkowań, które to uniemożliwiają.

Pana rozmówcy muszą odchodzić przybici po takim wykładzie z realpolitik.

Staram się ich uświadomić. To nie jest tak, że nie możemy zrobić nic. Możemy zrobić niewiele, ale musimy to robić. Musimy wynajdować tematy albo nisze, wokół których można coś zrobić albo coś załatwić.

Łatwo znaleźć te tematy, nisze?

Nie, ale trzeba próbować, a mam wrażenie, że wielu polityków opozycji tego nie robi, bo już się poddało. Uznali, że z tą władzą nic nie wskóramy i koniec.

Pan sądzi inaczej?

Tak, inaczej nie byłoby mnie na Wiejskiej.

Piotr AdamowiczPiotr Adamowicz Fot. Bartosz Bańka / Agencja Gazeta

To co pan ostatnio zrobił?

Chociażby zmusiłem ministra Sellina na komisji kultury, żeby w końcu wprost i publicznie powiedział, dlaczego obcięli finansowanie Europejskiemu Centrum Solidarności z siedmiu do czterech mln zł, mimo że kiedyś resort kultury zawarł dżentelmeńską umowę, że ECS będzie otrzymywać dotację w wysokości siedmiu mln zł. W trakcie naszej dyskusji pan minister na chwilę stracił nad sobą panowanie i rzucił: "ECS zostało zawłaszczony przez pomorskich polityków!". Wreszcie powiedział to, co naprawdę myśli. Odpowiedziałem mu tylko: "Dziękuję, panie ministrze, że w końcu pan to powiedział, bo o te słowa właśnie mi chodziło. Mógł pan powiedzieć to pięć minut wcześniej, to wszyscy zaoszczędzilibyśmy trochę czasu". Można? Można.

Podobna sytuacja była z wezwaniem KRRiT na komisję kultury, żeby przedstawili nam sprawozdanie z monitoringu tzw. mediów narodowych w czasie kampanii wyborczej. Niektórzy koledzy i koleżanki z PO mi to odradzali, bo przecież i tak mnie przegłosują na komisji, a jeśli nawet nie, to sfałszują sprawozdanie i nic się nie uda. Tymczasem zgłosiłem swój wniosek i okazało się, że można ich zaprosić. Sam wniosek przeszedł przez aklamację. Można? Można. To nie jest żadna rewolucja, tylko małe kroczki. Jeśli każdy z nas będzie wykonywać takie małe kroczki, to może summa summarum coś do ludzi dotrze, coś się zmieni.

Po to wszedł pan do polityki? Żeby robić te małe kroczki, dokonywać małych zmian?

Tak. A jakie wielkie kroki w obecnej rzeczywistości można zrobić? A oprócz tego - mówić, jak wygląda prawda. Bo parlament jest właśnie tym miejscem, gdzie można, a nawet trzeba, mówić, jak wygląda prawda.

To w ogóle możliwe? Dzisiaj każda strona sporu ma swoją prawdę.

Ksiądz Tischner mówił o trzech prawdach. I one są. Niech współobywatele sami zdecydują, która z nich jest ich prawdą.

W kampanii samorządowej Platforma nie oszczędzała pana brata. Nie było po pana stronie urazy o tamte spory, krytykę, rozstanie?

Relacje między Pawłem a Platformą były wtedy bardzo szorstkie, to prawda. Ale umówmy się, że jeśli ktoś chce być politykiem - nie mówię tutaj o sobie, żeby była jasność - to jest też realistą. Jeśli nie uzewnętrznia tego publicznie, zapewne robi to prywatnie. Oceny ówczesnych liderów Platformy sprowadzały się do jednego wniosku - jeśli wygra Jarosław Wałęsa, to bardzo dobrze, ale jeśli wygra Paweł Adamowicz, to też dobrze, bo przecież wywodzi się ze środowiska Platformy.

Słabo to okazywali. Wbijanych szpil było co niemiara.

Nie tylko ze strony Platformy nie brakowało szpil. Były też nie do końca przyjemne gesty ze strony Lecha Wałęsy. Zwrócił mi na to uwagę Aleksander Hall. To było chyba na jakichś urodzinach Wałęsy. Paweł przemawiał i witał go. Jak już go powitał, to Wałęsa wstał, zaczął kiwać głową i pokazał kciuk w dół. To nie było eleganckie.

Ale bardzo w stylu Lecha Wałęsy.

Od Lecha Wałęsy, mimo jego wieku, czasami powinniśmy oczekiwać więcej niż od przeciętnego człowieka. Po tak wielu latach znajomości mogę sobie na to stwierdzenie pozwolić.

Co dalej? Sejm i polityka to dla pana projekt długofalowy czy po prostu środek do celu, żeby ułatwić sobie przepracowanie tragedii?

Kolejny rozdział życia. A także czas na notatki, żeby dokumentować świadectwo z teraźniejszego i, jeśli się uda, z przeszłych rozdziałów. Może one kogoś zainteresują, komuś będą pomocne.

Zobacz wszystkie aukcje Gazeta.pl w ramach akcji #JedenDzieńDłużej.