Tymoteusz Szydło tłumaczy odejście z kapłaństwa "kryzysem". "Będzie miał sporo do pozamiatania"

- Przejście do stanu świeckiego jest postrzegane przez wspólnotę jako dramat, ale jest to także dramat osobisty danego człowieka - mówi w rozmowie z Gazeta.pl duchowny, którego poprosiliśmy o komentarz dotyczący decyzji ks. Tymoteusza Szydły. Syn byłej premier Beaty Szydło ogłosił w środę, że zamierza porzucić kapłaństwo.

"Nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania" - tak swoją decyzję o złożeniu prośby o przeniesienie do stanu świeckiego uzasadniał w oświadczeniu przesłanym Katolickiej Agencji Informacyjnej ks. Tymoteusz Szydło, prywatnie syn byłej premier i obecnej posłanki do Parlamentu Europejskiego Beaty Szydło. Oznacza to, że jeśli papież Franciszek wyrazi zgodę, Tymoteusz Szydło przestanie być księdzem.

Sprawa księdza Tymoteusza Szydły i motywy jego decyzji to delikatna kwestia, stąd nie wszyscy duchowni chcą się do niej publicznie odnosić. Udało nam się porozmawiać na ten temat z księdzem, który zgodził się na publikację pod warunkiem zachowania anonimowości.

Marcin Kozłowski, Gazeta.pl: Czym z perspektywy księdza jest decyzja o przejściu do stanu świeckiego? Porażką, osobistym dramatem, a może po prostu życiowym przełomem?

Ksiądz proszący o anonimowość: Patrząc od strony teologicznej, o kapłanie mówi się, że jest wzięty z ludu i ustanowiony dla ludu. Duchowny zawsze pozostaje niejako w odniesieniu do innych osób.

Przejście do stanu świeckiego jest postrzegane przez wspólnotę jako dramat, ale jest to także dramat osobisty danego człowieka. Zaznaczam, że ten dramat nie musi oznaczać czegoś negatywnego, bardziej jest to kryzys, rozdarcie, konieczność podjęcia decyzji.

Mówi ksiądz o skutkach społecznych. Zastanawiam się, czy powrót do stanu świeckiego dla byłego księdza jest de facto zaczynaniem życia od nowa?

Musi sobie wszystko poukładać: znaleźć źródła utrzymania, motyw do życia, kierunek, musi odnaleźć jakieś inne przestrzenie sensu niż te, które do tej pory go inspirowały. Poza tym, w zależności od tego, do jakiej społeczności trafi, może spotykać się napięciami, negatywnym odbiorem, nawet formą ostracyzmu społecznego. Będzie sobie musiał z nimi poradzić. 

Syn pani premier, którym ona sama się zresztą chwaliła, w oczywisty sposób będzie miał do pozamiatania dużo więcej.

Z drugiej strony słyszę sporo komentarzy, które pochwalają decyzję Tymoteusza Szydły, jego gotowość to bycia szczerym wobec siebie i Kościoła.

To, że nie chce w nieuczciwy sposób funkcjonować jako kapłan, jest jak najbardziej sensowne i godne pochwały. Gdyby miał cokolwiek udawać, być fasadowym księdzem, byłby to nonsens. Nie mam problemu z zaakceptowaniem tego kroku.

Z drugiej strony, będzie to wywoływało określone skutki. Podobnie jak w małżeństwie: jeżeli się z kimś żenię, mam z kimś dzieci, to zaciągam odpowiedzialność. Nie ma wtedy dobrego wyjścia, gdy człowiek chce się z tego wycofać. Zawsze się kogoś skrzywdzi, zawsze zostawiamy za sobą jakieś pobojowisko.

W tym sensie mamy do czynienia z sytuacją tragiczną. Decyzja sama w sobie może być w porządku, ale to nie znaczy, że nie wiąże się ona z negatywnymi konsekwencjami.

Zobacz także: Czy Polska jest świeckim państwem? Postanowiliśmy zapytać. Odpowiedzi były bardzo zbliżone

Zobacz wideo

Przed ślubem można poznać przyszłą żonę lub męża. A czy Kościół można dobrze poznać przed rozpoczęciem kapłańskiej posługi?

Ależ panie redaktorze! Ilu młodych zawiera związki małżeńskie, nie mając pojęcia, co ich potem czeka. Walą w tak twardą ścianę, że są w ciężkim szoku.

Nauka w seminarium i święcenia kapłańskie to analogiczna sytuacja. Oczywiście to, w jaki sposób kandydat jest przygotowywany do swojej roli, ma znaczenie. Jeżeli jest wychowywany w jakiejś religijnej, laboratoryjnej bańce, czystej, nieskazitelnej, pełnej ideałów, laurkowych wyobrażeń, to jasne, że wtedy musi się zderzyć z twardą rzeczywistością. Czy tak było w przypadku Tymoteusza Szydły? Tego nie wiem.

Przyzna ksiądz, że "kryzys wiary i powołania" u osoby duchownej może być dla osób świeckich sporym zaskoczeniem.

Ksiądz, tak jak każdy inny człowiek, jest kimś dynamicznym. Na początku może mieć ogromną motywację do realizowania czegoś, a potem absolutnie może ją stracić. I to z różnych powodów. Pięćdziesiąt razy może nam się zmienić w te lub wewte spojrzenie na daną kwestię. To nie jest żadna nowość, księdzu może się przydarzyć dokładnie to samo.

O to, żeby motywacja trwała, trzeba dbać na co dzień. Można trafić do trudnej parafii, gdzie nie będzie się miało odzewu społecznego, gdzie nie będzie się poważanym. To może być ciężka orka na ugorze, wtedy rzeczywistość sprawdza, jaki jest prawdziwy motyw naszego działania.

Według zapisów Ewangelii, Jezus wisiał na krzyżu i stwierdził, że wszyscy go opuścili. Nie był sam, miał Ojca. Ta relacja była decydująca dla spełnienia jego misji, wiedział, że to wszystko miało sens, bo miał oparcie w Bogu. Jeśli próbujemy oprzeć wszystko na czynnikach stricte ludzkich, to musi nam to w końcu "wycieknąć". Ludzie, prędzej czy później, dadzą nam do zrozumienia, że nie jest się dla nich ważnym.

Czy ksiądz, który przeżywa kryzys, ma się do kogo zwrócić w Kościele o pomoc?

Nie ma najmniejszego problemu, by z takiej pomocy skorzystał. Doświadczenie uczy jednak, że najczęściej takie osoby zamykają się w sobie wręcz hermetycznie, są raczej niechętne w szukaniu pomocy. Zdarzają się też oczywiście takie sytuacje, gdy te osoby są pozostawiane same sobie, odepchnięte przez najbliższych.

Generalnie rzecz biorąc, biskup dba o każdego księdza pod tym względem, poza tym każdy z nas ma grono zaufanych przyjaciół, swojego spowiednika. Osób, do których można zwrócić się o pomoc duchową i psychologiczną jest sporo.