Dyrektorka zamówiła symulację ataku terrorystycznego na podstawówkę. Wybuchła panika

Była już dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 3 w Barczewie niedaleko Olsztyna postanowiła przeprowadzić w placówce symulację ataku terrorystycznego. 14 listopada na miejscu zjawiła się grupa miłośników militariów, którzy w przebraniach terrorystów m.in rzucali petardami hukowymi. Wśród dzieci wybuchła panika, jeden z uczniów wyskoczył nawet przez okno. Okazało się, że uczniowie nie byli poinformowani o akcji, która została zaplanowana bez porozumienia z odpowiednimi władzami. Burmistrz miasta złożył w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury.

Szkoła Podstawowa nr 3 w Barczewie wchodzi w skład zespołu szkół razem z liceum i liceum dla dorosłych. Znajdują się tam też oddziały przedszkolne, do którego uczęszczają 3-latkowie. Była już dyrektorka placówki postanowiła przeprowadzić tam symulację ataku terrorystycznego. W tym celu zatrudniła prywatną firmę, z którą współpracują znani w okolicy miłośnicy militariów. Ci przeprowadzili akcję 14 listopada - na miejscu zjawili się w kominiarkach, mundurach i z atrapami broni. Po wejściu do budynku rzucali też petardami hukowymi. Efekt był na tyle silny, że wśród dzieci wybuchła panika - nie zdawały sobie sprawy, że to tylko symulacja. O sprawie jako pierwszy napisał Tomasz Kurs z olsztyńskiej "Gazety Wyborczej"

Symulowany atak terrorystów i prawdziwa panika dzieci

Po rozpoczęciu ataku, o którym wiedzieć miała tylko część nauczycieli, dzieci zaczęły uciekać. Jeden z uczniów wyskoczył nawet przez okno na parterze, co potwierdziła w rozmowie z "Wyborczą" Barbara Szałaj-Borowiec, dyrektor Miejskiego Zespołu Oświaty i Zdrowia w Barczewie. - Dzieci były przerażone widząc zamaskowanych terrorystów. Jedna z matek mówiła, że dziecko od tamtej pory ma zaburzenia snu i śpi z rodzicami - powiedziała Szałaj-Borowiec. W rozmowie z TVN24 z kolei opisała przebieg wydarzeń:

Byli ubrani w moro, mieli czapki kominiarki, broń w ręku. Wewnątrz budynku były wrzucane petardy hukowe, była broń hukowa. Było głośno.

Dodała też, że "jedna z matek mówiła, że jej dziecko boi się samo spać. Przychodzi do rodziców, ma lęki, nie chciało jechać na szkolną wycieczkę do kina, bo boi się ataku terrorystów. Inni rodzice mówią, że dzieci boją się, że zobaczą znowu pana z bronią w ręku".

Onetowi z kolei zdradziła:

Jedna z matek tydzień po tej akcji prosiła o pomoc, bo jej dziecko boi się i nie chce chodzić do szkoły. Na szkolną wycieczkę do kina nie pojechało ze strachu przed terrorystami.

Rodzice uczniów szkoły interweniowali w Urzędzie Gminy. Okazało się, że dyrektor poinformowała o symulacji nauczycieli, najmłodsze dzieci miały nie widzieć napastników, co w praktyce nie wyszło. Co gorsza, dyrektorka nie uprzedziła o swoich planach policji czy straży pożarnej, ani żadnych innych państwowych instytucji. Kolejnym uchybieniem dyrektorki było to, że nie zapewniła uczniom opieki psychologiczno-pedagogicznej. To o tyle kluczowe, że do szkoły uczęszczają uczniowie z orzeczeniami o niepełnosprawności, w tym z zespołem Aspergera i z autyzmem. Zwłaszcza takie osoby mogą szczególnie źle reagować na zbyt intensywne bodźce dźwiękowe. Psycholog zajął się dziećmi dopiero, kiedy wybuchł skandal. Wcześniej takich spotkań nie było, bo dyrektorka nie wiedziała, że dzieci były przerażone. Ani dziennikarzom "Gazety Wyborczej", ani TVN24 nie udało się z nią porozmawiać.

Akcja trwała 10 minut

TVN24 dotarła do szefa firmy, która przeprowadziła pozorowany atak. Reporterom powiedział, że nie miał pojęcia o tym, iż uczniowie nie zostali uprzedzeni o akcji, ani poinstruowani, jak powinni się zachować. - Nie taka był umowa - mówi. Twierdzi, że całe wydarzenie trwało maksymalnie 10 minut, a część przedszkolna była zamknięta na klucz:

Nie wchodziliśmy do klas. Na korytarzu odpaliliśmy kilka petard. Później, zgodnie z ustaleniami, sprawdziliśmy, czy zostały zachowane procedury, czy pozamykane są drzwi od klas.

Kiedy alarm został odwołany, fałszywi terroryści odwiedzali klasy i tłumaczyli dzieciom, co właśnie się stało, dlaczego było tak głośno. Wręcz je pocieszali.

Odwołanie dyrektorki. "Spowodowała zagrożenie zdrowia i życia uczniów"

Dyrektorka szkoły niedługo po symulacji została odwołana. Decyzja zapadła 29 listopada, a w jej uzasadnieniu napisano m.in., że "naraziła dzieci na niepotrzebny stres i spowodowała zagrożenie zdrowia i życia uczniów oraz zabrała im poczucie bezpieczeństwa". W sprawie symulacji, 20 listopada odbyła się pilna narada Miejskiej Komisji Oświaty, Zdrowia i Spraw Społecznych. Barbara Szałaj-Borowiec przekazała reporterom TVN24, że dyrektorka broniła swojego pomysłu. Przyznała jednak, że nie wszystko odbyło się tak, jak powinno. 

Zastępca burmistrza Barczewa Piotr Mostek w rozmowie z Radiem Olsztyn powiedział z kolei, że forma symulacji w barczewskiej szkole była niedopuszczalna. Dodał jednak, że podobne ćwiczenia należy przeprowadzać. Rafał Prokopczyk, oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie, przekazał Onetowi:

Tego typu ćwiczenia powinny być konsultowane z organami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo. Gdyby wiedziała o tym lokalna policja, wszystkiemu mogłyby się przypatrywać służby; nie tylko policja, ale też straż pożarna i załoga karetki pogotowia

Zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa

Lokalne władzy cała sprawą przejęły się na tyle, że nie poprzestaną na samym zwolnieniu z pracy dyrektorki. Burmistrz Barczewa przekazał "Wydarzeniom", że złożył do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa narażenia na utratę życia i zdrowia uczniów i nauczycieli.

>>> Ograniczenie dostępu do broni przynosi skutek: 

Zobacz wideo
Więcej o: