Szlak na Giewont zamknięty do odwołania. Turyści wchodzą mimo zakazu. "Chcemy zobaczyć krzyż"

Turyści wchodzą na zniszczony szlak na Giewont mimo zakazu wydanego przed Tatrzański Park Narodowy. - Chcemy zobaczyć krzyż - tłumaczą w rozmowie z "Tygodnikiem Podhalańskim". Podczas burzy w Tatrach zginęło 5 osób, w tym dwoje dzieci oraz Czech po słowackiej stronie. 150 osób zostało rannych. Zniszczenia na szlaku są duże - uszkodzone zostały m.in. metalowe łańcuchy, w które uderzył piorun.
Zobacz wideo

W ubiegłym tygodniu nad Tatrami przeszła tragiczna burza, podczas której piorun uderzył w turystów m.in. na Giewoncie. Zginęło 5 osób, a ponad 150 zostało rannych. Blisko 30 osób wciąż przebywa w szpitalach. Po tragicznej burzy szlak na Giewont uległ zniszczeniu i został zamknięty do odwołania ze względów bezpieczeństwa. Na szlaku uszkodzone są między innymi łańcuchy. Kamienie są niestabilne, a część szlaku została zasypana.

Giewont. Turyści wchodzą mimo zakazu. "Chcemy zobaczyć krzyż"

Niektórzy turyści nie zważają na zakaz i - ryzykując swoje bezpieczeństwo - wchodzą na zamknięty szlak na Giewont. Próbę wejścia na szczyt przez grupę turystów zarejestrował fotograf "Tygodnika Podhalańskiego". Po zapytaniu o powody złamania zakazu, turyści odpowiedzieli: - Chcemy zobaczyć krzyż.

Wejścia na szlak z Wyżniej Kondrackiej Przełęczy nikt nie pilnuje, ale zakaz wejścia jest wyraźnie oznaczony - zarówno przy samym podejściu na szczyt, jak i przy wejściu do dolin.

Duże zniszczenia na szlaku na Giewont

Leśnicy z Tatrzańskiego Parku Narodowego ocenili zniszczenia na szlaku na Giewont jako duże. Marcin Strączek-Helios poinformował, że szlak jest częściowo zasypany. - Widać kilka punktów na szlaku, gdzie uderzył piorun. Wielkie skały, które się tam znajdują, zostały rozszczepione na drobne i spadały na szlak, na ludzi znajdujących się poniżej. Także szlak jest częściowo zasypany, a dużo kamieni jest niestabilnych i mogą grozić tym, że spadną samoczynnie - powiedział.

Akcja ratunkowa na Giewoncie była największą w historii TOPR. Wiele wskazuje na to, że część turystów nie zeszła ze szczytu mimo oznak zbliżającej się burzy. Pilot śmigłowca TOPR Andrzej Śliwa, który brał udział w akcji, relacjonował, że po masowym porażeniu piorunem pod metalowym krzyżem leżało kilkadziesiąt osób, a widok był przerażający.

Staraliśmy się pomóc tym ludziom. Kto, gdzie - to już mieliśmy intuicyjnie: najpierw do reanimowanych dzieci, później do połamanych, leżących, którzy nie mogli się poruszać o własnych siłach. Ile lotów wtedy wykonałem, to nawet trudno policzyć lądowania. Później dopiero to liczyliśmy i to było kilkadziesiąt lądowań, 32 użycia dźwigu i to wszystko w rejonie krzyża na Giewoncie 

- mówił w rozmowie z TVN 24.